Taras Szewczenko – Wiersze

0
565
Ilia Repin. Portret Tarasa Szewczenki. 1888

KOBZIARZ

[TESTAMENT]

 Kiedy umrę, prochy moje
 Złóżcie na mogile,
 Pośród stepu szerokiego,
 W Ukrainie miłej:
 Niechaj widzę łany, pola,

 Dnieprowe urwiska,
 Niechaj słyszę, jak Dniepr huczy,
 Wre i pianą ciska!
 A gdy spłynie z Ukrainy
 Ku morzu krew wroga, —

 Wszystko rzucę i polecę
 Do samego Boga
 Na modlitwy. A póki co —
 Nie uznaję Boga!
Pochowajcie i wstawajcie,

Pozrywajcie pęta,
Niechaj wrażą krwią skropiona
Wstanie wolność święta!
A wówczas mnie w tej rodzinie
Wielkiej, wolnej, nowej,

Chciejcie wspomnieć choć cichemi,
Lecz dobremi słowy.
 1845.25.XII.
Perejesław.


DUMKA

Ach, naco mi kare oczy?
Na co mi uroda?
I naco mi te dziewczęce,
Szczęsne lata młode?
Moje piękne lata młode

Daremnie marnieją.
Oczy płaczą, czarne brewki
Od wiatrów płowieją.
Trzepoce się serce młode.
Jak w klatce ptaszyna —

Ach, poco mi ta uroda,
Kiedy szczęścia niema?
Jakże ciężko żyć sierocie
Na tym Bożym świecie:
Wszyscy ludzie niby obcy,

A toć swoi przecie.
Nikt mię w świecie nie zapyta,
Dlaczego łzy leję,
I nikomu ja nie powiem,
Czemu serce mdleje.

Czemu serce jak gołąbka
W dzień i w nocy grucha,
Nikt nie pyta się, dlaczego,
Bo mię nikt nie słucha.
Nie pytają się mnie ludzie,

Nie pytają obcy,
Niech sierota płacze sobie,
Bo to los sierocy.
Płaczże serce, płaczcie oczy,
Póki piersi dyszą,

Głośniej, głośniej i żałośniej,
Aż wiatry usłyszą!
I poniosą hen, za morze,
Mój żal, moją mękę
Czarniawemu, zdradliwemu

Na ciężką udrękę.
 1839.
Petersburg.


TOPOLA

Po dąbrowie wicher wyje
I pędzi przez pole,
Aż do samej ziemi schyla
Przydrożną topolę.
Pień wysoki, liść szeroki

Darmo zielenieje,
Wokół pole jak bezbrzeżne
Morze błękitnieje.
Przejdzie czumak, popatrzy się
I głowę pochyli;

Rankiem czaban z fujareczką
Siądzie na mogile,
Rzuci okiem — taka pustka,
Że aż serce boli:
Ni krzewiny prócz jedynej,

Samotnej topoli!

Któż ją sadził, pielęgnował,
Taką smukłą, rosłą?
Posłuchajcie, opowiem wam
Dolę jej żałosną.

Pokochała czarnobrewa
Kozaka dziewczyna,
Pokochała — nie wstrzymała:
Poszedł i zaginął…
Gdyby wiedzieć, że porzuci,

Toby nie kochała,
Gdyby wiedzieć, że nie wróci,
W światby nie puszczała.
Gdyby wiedzieć, to pod wodę
Nie szłaby wśród nocy

I nie stałaby pod wierzbą
Z miłym do północy —
Gdyby wiedzieć!…
I to również
Niedobrze dla człeka

Wiedzieć dzisiaj, co go jutro
Na tym świecie czeka.
Nie szukajcie, nie pytajcie
Swej doli, dziewczęta —
Co wam mówi serce wasze,

To przecież rzecz święta!
Bo niedługo, czarnobrewe,
Wasze oczko błyska
I niedługo białe liczko
Rumieńcami tryska —

Do południa! Brwi spłowieją
I powiędną twarze,
Więc kochajcie i miłujcie,
Jak wam serce każe.
Zaszczebioce słowik mile

W gaju na kalinie,
Wyśpiewuje kozak młody,
Chodząc po dolinie.
Wyśpiewuje, póki wyjdzie
Z chaty jego miła,

A on do niej: „Jak tam matka?
Czy może cię biła?”
Uścisną się, a słowik im
Śpiewa piosnki swoje;
Posłuchają, rozejdą się,

Szczęśliwi oboje.
Nikt nie widział, nikt nie spyta:
„Gdzieś była, dziewczyno?”
Ona jedna wie, jak prędko
Takie chwile płyną…

Kochała się, miłowała,
Aż serce jej mdlało.
Przeczuwało swą niedolę,
Przestrzec nie umiało.
Nie przestrzegło — poszedł kozak,

A dziewczyna biedna,
Jak gołąbka bez gołębia,
Tęskni sama jedna…
Nie szczebioce słowik w nocy
W gaju przy ruczaju

I nie śpiewa czarnobrewa
Jak ptaszyna w maju.
Już nie śpiewa. Jak sierota
Tęskni w dzień i w nocy,
Bez miłego ojciec, matka —

Niby ludzie obcy;
Bez miłego słońce świeci —
Niby wróg się śmieje;
Bez miłego świat — mogiła,
Że aż serce mdleje.

Rok przeminął, minął drugi,
Niema kochanego.
Dziewczę więdnie, a nikt nawet
Nie spyta, dlaczego.
„Co ci, serce?” — stara matka

Córki nie pytała.
Lecz za starca bogatego
Tajemnie swatała.
„Idźże, córko, byś mi starą
Panną nie ostała!

On bogaty, bez rodziny —
Będziesz panowała!”
„Ach, poco mi państwo takie!” —
Mówiła do mamy,
„Na ręcznikach, com natkała,

Spuśćcie mię do jamy,
Niechaj za mną drużki płaczą,
Niech śpiewają księża,
Ja takiego, jak ten stary,
Nie chcę widzieć męża!”

Nie słuchała matka córki,
Dalej ją swatała,
A dziewczyna, patrząc na to,
Więdła i milczała.
Aż do wróżki poszła w nocy:

Może jej powróży,
Bo bez swego kochanego
Nie wytrzyma dłużej.
„Babciu złota, babciu-serce,
Jak nie chcesz mej zguby,

To powiedz mi szczerą prawdę:
Gdzie teraz mój luby?
Czy żyw, czy zdrów, czy mię kocha,
Czy zapomniał może?
Powiedzże mi, a polecę

Do niego za morze!
Powiedzże mi, a polecę
Jak ptaszek skrzydlaty,
Bo mnie matka za starego
Potajemnie swata.

Ja pokochać go nie mogę,
Ja serca nie zmuszę —
Utopiłabym się w rzece,
Lecz żal gubić duszę.
Kiedy nie żyw mój jedyny, —

Spraw, abym do domu
Nie wróciła!… Takiej doli
Nie życzę nikomu!
W domu stary ze swatami —
Matka przyjąć każe”.

„Dobrze, córko! Spocznij chwilkę
I rób, co rozkażę.
Sama kiedyś, moja droga,
Panną byłam przecie,
Znam to licho i pomagam,

Pomagam wam, dzieci.
Twoją dolę, moja córko,
Od dwóch lat już znałam
I dla ciebie czarownego
Ziela nazbierałam”.

Poszła stara. Jakąś flaszkę
Zdejmuje z policy:
„Masz to dziwo! Weź i biegnij
Prędko do krynicy.
Umyjesz twarz, napijesz się

Jeszcze przed kur pianiem,
A zobaczysz, że ci ulży
Na sercu, kochanie.
Jak wypijesz, biegnij co tchu;
Choćby cię wołali,

Nie oglądaj się, aż staniesz,
Gdzieście się żegnali.
Spoczniesz chwilę, a gdy księżyc
Wśród nieba zaświeci,
Wypij znowu; nie przybędzie —

To pij po raz trzeci.
Ten pierwszy łyk zeszłoroczną
Wróci ci urodę,
A po drugim — podkóweczką
Tupnie konik młody.

Kiedy żywy twój jedyny,
To zaraz przybędzie,
A za trzecim… Moja córko,
Nie pytaj, co będzie!…
Lecz pamiętaj: nie żegnaj się,

Bo czar pójdzie w wodę.
Idźże teraz zeszłoroczną
Oglądać urodę!”
Wzięła ziele. „Bóg wam zapłać” —
I wyszła za progi.

„Iść, czy nie iść?… Ha, już późno. —
Nie zawrócę z drogi!”
Poszła: myje się i pije
Raz, drugi i trzeci.
Wszystko znikło, tylko piosnka

Ponad stepem leci:
„Płyń, ach płyńże, mój łabędziu,
Przez morskie lazury!
Rośnij, rośnij, topoleńko,
Aż pod czarne chmury!

Rośnij smukła i wysoka
Do samego nieba,
Spytaj Boga, jak mi długo
Jeszcze czekać trzeba.
Rośnij, rośnij, póki spojrzysz

Hen, za morze sine, —
Tam gdzie leży dola moja,
A ja tutaj ginę.
Tam mój miły, czarnobrewy,
Po polu ugania,

A ja płaczę, lata tracę,
Więdnę od kochania.
Powiedz jemu, moja droga,
Że świat się naśmiewa,
Powiedz jemu, że umieram,

Bo on nie przybywa.
Własna matka chce mię żywą
Złożyć w ciemnym grobie…
A jakże to ona radę
Będzie dawać sobie?

Kto doglądnie ją na starość,
W potrzebie pomoże?
Matko moja!… Dolo moja!
Boże Ty mój, Boże!
Popatrzże się, topoleńko,

Przed świtaniem, rano,
Jak go niema, zapłacz cicho,
By łez nie widziano.
Rośnij, rośnij, topoleńko,
Wciąż wgórę, pod chmury,

Płyń, ach płyń, łabędziu biały.
Przez morskie lazury!”
Taką piosnkę czarnobrewa
W stepie zanuciła,
Ziele cudu dokonało —

W drzewo się zmieniła.
Nie wróciła już do domu,
Stoi sama jedna…
Cienka, giętka i wysoka,
Wysoka — podniebna.

Po dąbrowie wicher wyje,
Mknie, pędzi przez pole,
Aż do samej ziemi zgina
Przydrożną topolę.
 1839.
Petersburg.


DO N. MARKIEWICZA

Bandurzysto, orle siwy,
Dobrze tobie, bracie,
Bo masz skrzydła, bo masz siły
I czasu nie brak ci.
Teraz leć na Ukrainę,

Na tę naszą, drogą.
Poleciałbym i ja z tobą, —
Nie mam tam nikogo.
I tu czuję się samotnym,
Choć ludzi tak wiele,

I tam byłbym wszystkim obcy,
Sierota i — tyle!
Milczże, serce, uspokój się!
Sierota? Mój Boże!
A ojczyzna, Ukraina,

A ten step — jak morze?
Tam wiatr szumi, jak brat z tobą
Dzieli smutki, żale,
Tam w szerokim polu wola,
Grają morskie fale.

Grają fale, Boga chwalą,
Smutek rozwiewają,
Tam mogiły z wiatrem bujnym
W stepie rozmawiają.
Poleciałbym, posłuchałbym,

Popłakałbym z niemi,
Lecz niestety! Los mię zmusza
Żyć z ludźmi obcemi.
 9.V.1840.
Petersburg.


MIJAJĄ DNI MIJAJĄ NOCE…

Mijają dni, mijają noce
I mija lato. Żółty liść
Szeleszcze w lesie; gasną oczy,
Zasnęły myśli, serce śpi.
I wszystko śpi, i nie wiem sam,

Czy życie to, czy życia kres,
Bo bez radości i bez łez
Wałęsam się to tu, to tam…
Dolo, gdzieś ty? Dolo, gdzieś ty?
Cisza… Niema doli! 

Jeśli dobrej żal Ci, Boże,
Daj taką, co boli!
Ale nie każ chodząc spać mi
Z duszą konającą,
Nie każ być pomiędzy braćmi

Kłodą próchniejącą,
Ale żyć daj, ludzi kochać,
Życie sercem chwalić,
A jeśli nie… to przeklinać
I świat ten podpalić!

Jak okropnie wpaść w kajdany
I umrzeć w niewoli,
Ale jeszcze stokroć gorzej
Spać i spać na woli,
I na wieki swe powieki

Zamknąć, nic po sobie
Nie zostawić, obojętnie,
Czyś ty żyw, czyś w grobie…
Dolo, gdzieś ty? Dolo, gdzieś ty?
Cisza… Niema doli…

Jeśli dobrej żal Ci, Boże,
Daj taką, co boli!
 1845.21.XII.
Wjunyszcza.


SŁOŃCE ZACHODZI, CIEMNIEJĄ GÓRY…

Słońce zachodzi, ciemnieją góry,
Milkną na polu ptaszęce chóry.
Cieszą się ludzie, że spocząć mogą,
A ja myślami w szarą godzinę
Lecę w sad ciemny na Ukrainę,

Na Ukrainę, tak sercu drogą.
Ciemnieją góry, pola — jak morza,
Na błękit nieba wypływa zorza.
O, zorzo, zorzo! (Łza z oka płynie…)
Czy tu już zeszłaś na Ukrainie,

Czy oczy karę szukają ciebie
W godziny szare na sinem niebie?
Czy cię szukają, czy zapomniały?
Jak zapomniały, bodajby spały,
O mojej doli nic nie wiedziały!

 1847.
Twierdza Orska.


W NIEWOLI CIĘŻKO…

W niewoli ciężko… chociaż woli,
Aby nie skłamać, — też nie było;
Lecz choć to było obce pole,
To przecież jakoś się tam żyło…
A dzisiaj, jak na Boga z nieba,

Tak na złą dolę czekać trzeba.
I czekam na nią, i narzekam,
Że durniom dałem się odurzyć,
Żem wolność cisnął do kałuży.
Truchleje serce, gdy pomyślę,

Że w obcym kraju grób mię czeka,
Że będę nie na Ukrainie
Miłować Boga i człowieka.
 1847.
Petersburg.


CZY MY SPOTKAMY SIĘ GDZIEŚ JESZCZE

Czy my spotkamy się gdzieś jeszcze,
Czy pożegnali się na wieki
I słowo prawdy i miłości
Ponieśli w obcy kraj daleki?
A niech i tak! Nie nasza matka,

Lecz przecież ją szanować trzeba
I trzeba wytrwać do ostatka,
Bo takie jest zrządzenie nieba!
Ukorzcie się! Módlcie się, bracia,
O sobie nie zapominajcie

I Ukrainę naszą drogą
Całą potęgą serc kochajcie!
A kiedy przyjdzie chwila sroga,
Ostatnia — za nią proście Boga!
 1847.
Petersburg.


MINĘŁA MŁODOŚĆ…

Minęła młodość… Od nadziei
Chłodnego wiatru podmuch wieje,
Nadchodzi zima… Zima już!
Samotny siedzisz sobie, bracie,
W swej nieogrzanej, pustej chacie —

Ani odezwać się do kogo,
Ani poradzić się… Nikogo,
Nikogo tutaj niemasz już!
Siedź tedy sam, póki nadzieja
Okłamie durnia i ośmieje,

Póki ci oczy skuje mróz,
A harde dumy tak rozwieje,
Jak śnieg po stepie… Dzień radosny,
Dzień wiosny nie zawita, nie;
Zielenią sadu nie odzieje

I nie odnowi twej nadziei,
I pieśni wolnej nie wypuści
Z więziennych, ciemnych tych czeluści
Na wolny przestwór! A więc cóż?…
Siedź i nie czekaj na nic już!…
 1860.18.X.
Petersburg.

Tłumaczenie z języka ukraińskiego Bohdan Łepki


Literatura:

Taras Szewczenko, Poezje, (Warszawa 1936) (wybór):

https://pl.wikisource.org/wiki/Poezje_(Szewczenko,_1936)_(wyb%C3%B3r)

Wybór Tadej Karabowicz [Dostęp: 15. 02. 2022]


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko