Waldemar Jagliński – ANTAGONIŚCI

0
30
Ryszard Tomczyk

Zmierzch przykrywał już step. Padało, jednak pokonanie sześciometrowego ostrokołu nie było trudne dla młodego wojownika. Długie szpony łatwo wbijały się w sosnowe pale, a pogoda sprzyjała zaskoczeniu wroga. Przed zimnymi kroplami schroniły się nie tylko psy, ale i wąsaci strażnicy. Ten zaś, który pozostał na południowej wieży, przez szkliste strugi niewiele mógł zobaczyć.

   Przybysz z nadrzecznych bagien siedział przez dłuższą chwilę u szczytu ogrodzenia. Deszcz i chłód zaczęły przenikać przez jego gęste, szare futro, wtedy jednak dostrzegł cel swojej wyprawy: wysokiego, nieco przygarbionego Kozaka, gospodarza chutoru stworzonego z niedawnej stanicy i zasłużonego żołnierza Konstantego Wiśniowieckiego.

   Starzejący się mężczyzna przywoływał dramatyczne wspomnienia. Obrazy kata uzbrojonego w nahaj i odartej z odzienia ofiary. Dni rozczarowanego ojca, rozpaczającej matki i nieświadomego swej odmienności syna. Długie noce przerażonego dziecka zamykanego w stajniach albo w chlewie. Piekło odmieńca, który mógł pokąsać nie tylko starszego brata. Smutny czas poprzedzający ostateczne wygnanie.

   Gospodarz zatrzymał się między ścianą domu, a ogrodzeniem z niesmakiem spoglądając w czarne niebo. Mając przemoczoną karazję chciał już ukryć się pod dachem i przerwać wieczorny obchód, ale zatrzymał go głośny plusk. Spojrzał w półmrok rozciągnięty przed palisadą i zadrżał. W kałuży stanął strzygoń! Stwór, który mógł przewodzić kolejnej kudłatej bandzie. W jego czerwonych oczach błysnął jednak znajomy ślad…  

   – Ścierwo powróciło, aby posmakować świeżej krwi! – krzyknął mężczyzna kładąc dłoń na rękojeści szabli pamiętającej jeszcze zaciekłe walki z hordami z Budziaku. Odzyskał pewność siebie i powiedział z przekonaniem: – Zanim spłoniesz, posmakujesz tego ostrza. Serhij, do mnie!

   Ostatnie słowa skierowane były do dowódcy Kozaków chroniących chutor. Kilku z siedmiu schroniło się pod słomianym okapem stajni, jakieś dwadzieścia kroków za gospodarzem. W mocnych dłoniach ściskali pochodnie, a kosmaci z bagien nierazstawali im na drodze.  

  Gospodarz ze świstem wydobył czarną szablę, lecz nie zdążył zadać nią żadnego cięcia, gdyż upadł na plecy z rozpłatanym gardłem. Strzygoń przycisnął go do mokrej ziemi i jednym uderzeniem szponiastej dłoni rozciął odsłonięty żółtoszary żupan, a drugim – brzuch Kozaka. Kolejny cios nie był już potrzebny, pragnienie zemsty nie gasło jednak w szarym wojowniku. Woń świeżej krwi uderzyła w jego szerokie nozdrza, a świat zawirował jak po najprzedniejszym winie!

   Strzygoń poczuł ból: kule z samopałów szarpały owłosione ciało i nie pozwalały upajać się zwycięstwem i poniżaniem największego wroga. Pociski ze strzelb nie mogły jednak zabić kosmatego przybysza. A strażnicy krzyczeli dodając sobie odwagi i rzucali pochodniami. To one zmusiły wojownika do wycofania się na ogrodzenie, a potem na zewnątrz chutoru.

   – Zawiedliśmy! Ostapa już nie ma – powiedział czarniawy wąsacz o imieniu Anton kiedy z drżeniem pochylił się nad martwym gospodarzem. – A przecie goniliśmy już te bestie…

   – A ta kogoś mi przypominała – rzekł wymownie inny strażnik zerkając na Antona.

   – Dobrze myślisz, Serhij. To był Kirył – odezwała się starsza kobieta podchodząca z tyłu, od północnych drzwi piętrowego domu.  

   Prawie obojętnie spojrzała na tego, który jeszcze tak niedawno był jej mężem i czynił wszelkie starania, aby poszerzać hodowlę koni na ziemi otrzymanej od księcia Konstantego. Aby nie tylko wojsku sprzedawać pierwszorzędne wierzchowce i liczyć nowe czerwone. W oczach żony gospodarz dziwnego chutoru był awanturnikiem strzelającym po pijanemu, chociaż długo walczył w semeńskich oddziałach książęcych aby żyć godniej i utrzymać rodzinę. Starsza kobieta zapamiętała męża przede wszystkim jako mrocznego sędziego i sadystę stojącego z nahajem nad nieświadomym swej odmienności dzieckiem.

   Gdy patrzyła teraz na rozdarte ciało i rozlaną krew zmieszaną z deszczówką, przypomniała sobie nagle niezwykły sen sprzed wielu lat. Stała w nim na letnim, nocnym stepie, który był dziwnie cichy. Głosy drapieżników zdominowało niebo, w pewnej chwili bowiem w ciemnych chmurach powstała szczelina przypominająca grot strzały. Wypełniło ją czerwone światło spływające na kobietę, a w jego snopie pojawił się kruk. Kobieta obudziła się z bólem brzucha, a po dziewięciu miesiącach urodziła drugie dziecko. Sypiając z mężem zapomniała o śnie.  

   Kiedy żona martwego gospodarza chutoru rozmyślała jeszcze o tym, jej młodszy syn biegł w kierunku północnych bagien. Czarne niebo przeszył osobliwy, czerwony promień, który uderzył w strzygonia nie czyniąc mu krzywdy. Stwór zatrzymał się, spojrzał w górę i zaryczał tryumfalnie dziękując jednocześnie swemu mocodawcy. Tymczasem spomiędzy chmur wyłonił się czarny smok ziejący białym ogniem. Jego łuski błysnęły metalicznie, a szeroko rozpostarte skrzydła pozostały nieruchome.

 *            *            *

Bellator Szary rozejrzał się oceniając pozycje osobników watahy. Były niebezpiecznie blisko, stanął więc niezwłocznie z prawej strony Myślowca. Tego, który zradzał się bardzo rzadko. Tamten przyklęknął, pochylił masywną głowę, dotknął dłońmi skroni i wysłał drapieżnikom polecenie odejścia. Wilki zatoczyły jednak krąg bo ich przednia straż, pełniąca również funkcję tropicieli, już wcześniej wypatrzyła pierwszą ofiarę. Poza tym, mimo pomocy z góry, rzadko wciąż udawało się sterować większymi drapieżcami.

   A ofiarą miała być młoda, drobna robotnica idąca dotąd z boku całej kosmatej grupy. Osłoniło ją w końcu kilku rosłych myśliwych. Strzyga wysunęła się jednak poza bezpieczny krąg i warknęła prowokacyjnie skupiając uwagę na najbliższym wilku. Aspirowała do miana wojowniczki. Zyskiwano je czasem przez odpowiednią postawę, chociaż łatwiej było oczywiście tym, co dostawali lepsze geny od czarnych powietrznych mocodawców.   

   Bellator Szary, stojący za plecami Myślowca, zdenerwował się. Zacisnął szerokie szczęki i posłał robotnicy krótką myśl:

   ‘’ Natychmiast się wycofaj! ‘’

   ‘’ Chcę być jak ty! ’’ – odebrał zaraz nie znoszący sprzeciwu komunikat. Aksamitny głos myśli już od dwu wiosen mieszkał w kosmatym stworzeniu, które zrodziło się z ładnej, jasnowłosej dziewczyny.  

   Bellator warknął głucho i z niezadowoleniem pokręcił głową. Poczuł rosnącą obawę o tę, która stała się najważniejsza w jego drugim życiu, po pamiętnym przebudzeniu, zrzuceniu ludzkiej skóryi doświadczeniu świata strzyg. Był zachwycający, lecz nie pozbawiony wad. Gdy wygnano go z chutoru, w rozpaczy trafił do nadrzecznego, północnego lasu wiedziony tam niejasnym jeszcze wtedy poczuciem więzi z bagiennymi braćmi i siostrami. Tymczasem zobowiązany był chronić przede wszystkim Myślowca, dlatego czekał w kręgu utworzonym przez pięciu wojowników.

  Poprzez wilcze warknięcia oznaczające pełną gotowość do walki, przebijały się jeszcze niedawne obrazy polowania na zające. Świeża krew zwierząt smakowała często nie gorzej niż ludzka, niektórzy myśliwi zerkali jednak na dziwny chutor. Bellator stanął wówczas przeciwko nim, chociaż w bagiennych społecznościach rzadko dochodziło do jakichkolwiek konfliktów. Jako silny już wtedy wojownik, w gwałtownej i krótkiej walce pokonał pewnego ambitnego myśliwego. Potem jego wściekłe wciąż spojrzenie zatrzymało się na Myślowcu, który ostatecznie zarządził powrót do nadrzewnych gniazd. Cichy konflikt jednak trwał bo Bellator żył ciągle w dwóch światach. Starsza kobieta i jej syn zza ostrokołu pozostawali dla niego ważni, chociaż młodzieniec był oczkiem w głowie zabitego ojca i gospodarza, mógł więc szukać okazji do zemsty.

   Tymczasem dwa młode wilki z podkulonymi ogonami wycofały się w głąb lasu. Zbite w dwa kręgi strzygi z zadowoleniem przyjęły efekt działań Myślowca, on sam liczył jednak na znacznie więcej. Możliwość sterowania światem zwierząt otrzymał od swoich Czarnych Panów nazywających siebie Smokiem i żyjących między chmurami. Sterowanie to stanowiło jeden z ważniejszych elementów szerszej strategii.

   Pierwsza skoczyła wadera. Powalona przez nią młoda robotnica, która wysunęła się poza myśliwski krąg bezpieczeństwa, zacharczała rozpaczliwie. Broniła się jeszcze zadając zwierzęciu kilka ran szponami, wilczyca była jednak znacznie silniejsza. Organizm wojowniczki zatamowałby krew tryskającą z rany gardła i strzyga mogłaby przeżyć. A ta wyprężyła się w przedśmiertnej agonii wysyłając wcześniej błaganie o pomoc. Szczególnie uderzyło ono w Bellatora Szarego, ale za długo się wahał stojąc wiernie obok atakowanego już Myślowca.  

  Wreszcie skoczył wprost na grzbiet rozjuszonej wadery. Pragnienie zemsty przesłoniło mu wszystko. Potężnym uderzeniem szponiastej dłoni wbił się w brzuch zwierzęcia, a drugą ręką rozorał mu gardło. Wilczyca zwiotczała. Bellator odrzucił jej ciało i ruszył z pomocą Myślowcowi kątem oka rejestrując jak basior rozrywa brzuch jednego ze strzygoni osłaniających najważniejszego członka grupy. Wojownik zaatakował z tyłu i podciął szponami zadnie łapy wilka. Zwierzę zawyło wściekle, zerwało się z ziemi i stanęło gotowe do skoku. Bellator naprężył muskuły, nie zwarł się jednak z potężnym przywódcą watahy bo sam Myślowiec rzucił się na grzbiet basiora, przytrzymał go i błyskawicznie rozpłatał mu gardło.

   Po śmierci największego wilka walki ucichły. Reszta drapieżników znikła szybko między pniami buków, ale strzygi czuwały jeszcze obserwując nocne otoczenie. Grupa składająca się wciąż z trzech wojowników i czterech myśliwych skupiła się wokół Myślowca i kilku ocalałych robotnic.

   W pewnej chwili Bellator Szary zszedł ze swego stanowiska zajmowanego z prawej strony przywódcy i ruszył do niedużego, kosmatego ciała leżącego obok drzewa. Gdy stanął nad nim, opadł na kolana, zamknął czerwone oczy i zapłakał.   

*          *          *

Artem Kindraczuk był wysokim, dobrze zbudowanym semenem z czarnym osełedcem noszonym na wzór Zaporożców. Przed zasłużonym odpoczynkiem zwinął czerwono – złoty płaszcz z karazji i położył go sobie pod głowę. Stopy oparł na wojłokowej kulbace i przymknął oczy czując potężne zmęczenie po wielogodzinnej przeprawie wzdłuż lewego brzegu Dniepru.

   Głośne rozmowy żołnierzy przy kartach mieszały się z okrzykami handlujących obok i ze szczękiem obozowych naczyń. Przygotowywano wieczerzę, a chorągwie rozłożyły się trzema obozami na wysokości ostatniego progu skalnego. Ciągnęły na Niż. Zgodnie z rozkazem młodego księcia Jaremy, przebywającego jeszcze za granicą, miały przykrócić tatarskie swawole.

   Ordy koncentrowały siły do nowych najazdów i podchodziły aż pod Kamieniec Podolski nazywany przedmurzem chrześcijaństwa albo bramą do Polski. Dlatego ramię w ramię Kozacy i Lachy bronili południowo – wschodnich rubieży Lechistanu, a w nim również magnackich posiadłości.

   W skład wojsk Konstantego, który był faktycznym dowódcą na własnych ziemiach, wchodziła lekka oraz ciężka jazda. Na Dzikie Pola skierował książę dwie chorągwie semenów i rotę husarii. Pierwsi żołnierze zbierani byli z chutorów jako znajdujący się na posłudze wojennej lub wolni, albo stali dotąd w Łubniach jako nadworni, wspierający straże stepowe. Husarzy werbowani byli wcześniej z wojsk królewskich, dlatego należało zapłacić im znacznie więcej niż przeszkolonym chłopom czy wszelkiej maści wolnym duchom i awanturnikom przybywającym głównie z południa.

   Dla młodego Jeremiego natomiast Niderlandy stawały się pierwszym doświadczeniem wojskowym. Miał je kiedyś wykorzystać gromiąc nie tylko Tatarów.

   Artem westchnął sennie. Kolacji nie musiał jeść, a straże już rozstawiono. Odpiął więc czarną szablę, dar od towarzysza Łapickiego za głowy ocalenie. Jako żołnierz oddziałów wspierających ciężkozbrojne hufce, Artem wyciągnął kiedyś z kotła walk rannego husarza, za co ten podarował mu szczególnie cenną broń. Nie chcąc zmagać się z sennością, młody semen okręcił szablę karazją i uzyskał dość miękką poduszkę. Rozpiął jeszcze watowany żupan i poluzował szeroki, skórzany pas.

   Szybko odpłynął w sen. Wraz z matką pracował w nim w książęcym lesie marząc o wojaczce. Nim obudził go obozowy gwar, zobaczył jeszcze ojca. Ostap uśmiechał się i zapewniał syna, że rozmawiał z księciem jako liczący się Kozak i że niedługo Artem wciągnięty zostanie na posługę wojenną.

   Semen otworzył oczy: gwiazdy błyszczały na granatowym nieboskłonie, a wokół komentowano smak zjadanej właśnie pieczeni z suhaka. Nim zdecydował się na nią, Artem pomyślał jeszcze o śnie, który łączył się z przeszłością. Już na pierwszej wyprawie na Niż naciął kupę Tatarów zdumiewając wszystkich. Konstanty darował mu więc wolność prosząc jednocześnie, aby nie szukał szczęścia w wojskach królewskich. Artem został u księcia jako wolny regestrowy.

   Magnaci, pełniący często funkcję hetmańską, niechętnie zwiększali liczbę regestrowych bo wiązało się to z dużymi wydatkami i z ucieczką czerni. Latyfundia wymagały jednak ochrony, a król poprzez rejestr mnożył stałą armię. Widmo monarchii absolutnej z kolei żadnemu wielkiemu panu nie było w smak.

   Artem zawsze marzył o wojaczce i bacznie obserwował wolnych zatrudnionych przez ojca. Wąsatych Kozaków noszących szable, pistolety i czekany. To od nich pobierał pierwsze nauki, potem szkolił go Ostap widząc w nim urodzonego żołnierza. W 1625 roku młodzieniec z dziwnego chutoru stanął na posłudze wojennej. Wtedy to Ordynacja Kurukowska ustaliła wysokość rejestru na sześć tysięcy semeńskich szabel. Artem szybko znalazł się w tej liczbie.

   – Strzyga! – głos jednego z żołnierzy wyrwał go z rozmyślań.

   Zaraz też pomyślał o Kiryle. O batogu ojca wiszącym nad młodszym bratem i o rzekomym zagrożeniu ze strony chłopca. Wtedy jeszcze Artem nie uświadamiał sobie pewnych zjawisk i płakał widząc jak ojciec krzywdzi Kiryła. Rozpaczał gdy młodszy brat został wypędzony na step. Artem znienawidził Ostapa. Uczucia do ojca zmieniły się jednak bo Ostap na swój sposób kochał starszego syna. Często rozmawiał z nim o hodowli koni, o wojsku i o tym, że kiedyś nie będzie musiał chodzić z matką do pańskiego lasu. Że będzie wolny tak jak on. I tak się stało. Ostap zginął gdy Artem był na Niżu i od tamtego czasu młody semen znienawidził Kiryła. Odmieńca.

   – Ale wielka! – mówiono wokół wskazując sobie istotę podobną do nienaturalnie wielkiej sowy. Siedziała na konarze sędziwego dębu należącego do leśno – stepowej strefy i świeciła czerwonymi oczami.

   – Uważajcie bo może i smok się pojawi! – krzyknął ktoś inny.

   Wielu wędrowców widziało ponoć bestię między burzowymi chmurami. Podobna była do wielkiego gada i nocą umacniała strzygi zsyłając na nie krwiste, odżywcze promienie. Wnioskowano więc, że naziemni i latający odmieńcy są smoczymi dziećmi. Chociaż ludzie od lat bali się i jednych, i drugich to nawet biskup nic nie mógł zaradzić i pisał do samego papieża. Nikt nie słyszał aby Rzym znalazł receptę na czarci pomiot pojawiający się także w innych krajach. Chociaż strzygi i smoka widywano coraz częściej, to świat stepu żył przede wszystkim codziennymi sprawami i prowadził rozmaite wojny.

   Żołnierze tymczasem przerywali swoje czynności chcąc zobaczyć latającą czarownicę. Chwytali pochodnie i szli we wskazane miejsce, czasem poza żółtopomarańczowy krąg ognisk. Nawet porucznik Jodłowski i chorąży Galiński ruszyli za wojskiem nielicznym tylko nakazując pozostanie na miejscu. Dlatego rotmistrz Daszkiewicz, który nigdy jeszcze ani strzyg, ani smoka nie widział, również poszedł w kierunku starego dębu.

   Stojąc w grupie semenów wznoszących pochodnie, Artem usłyszał trzepot wielkich skrzydeł, a potem zobaczył lecącą nagą kobietę wyposażoną w czarne szpony. Siostrę tych niewiast, które szczególnie znienawidziły mężczyzn i zapragnęły ich krwi, a przynajmniej tak powiadano na stepie nie potrafiąc wytłumaczyć sobie istnienia owych strzyg. Ta skierowała się do innej części lasu. Jej plecy, ramiona i wewnętrzne części ud pokryte były piórami nocnego ptaka.

*       *       *   

Końska szczęka, pokryta zaschłymi plamami krwi, ze świstem przecięła zaporoskie powietrze i przeleciała tuż nad głową rannego Artema. Przed oczami Kozaka pojawiały się coraz większe, ciemne plamy, ale osłaniał się wciąż czarną szablą, a złoto – czerwony kałkan pozostawał na plecach. Masłak, którym dysponował Nohajec był prymitywną bronią i w innej sytuacji Artem zniszczyłby go pierwszymi cięciami. Młody żołnierz księcia Konstantego słabł jednak i coraz mocniej odczuwał ranę lewego barku.

   Był wściekły i bezsilny zarazem. Chwilami dostrzegał rosłego Daszkiewicza walczącego w środku chorągwi. Dowódca wyróżniał się brakiem czapki, jasną czupryną i karmazynowym kontuszem. Ciął na prawo i lewo eliminując kolejnych wrogów, którzy niekiedy nosili zbroje wykonane ze skóry lub rogu. Lojalnie osłaniano rotmistrza, tak, jak ciężkozbrojnych towarzyszy.

   A husarze ruszali właśnie do drugiego ataku.

   Na Zaporoże wyprawiło się kilkuset wojowników dysponujących sławnymi już łukami refleksyjnymi. Najprawdopodobniej chcieli wziąć jasyr i pomimo rzadkich zbroi stanowili niebezpieczny oddział. Słusznie zakładano, że w pobliżu mogą znajdować się podobne grupy. Z pierwszą zwarto się tuż po ominięciu ostatniego progu skalnego, a husaria przełamała jej szyki stosując mocne, czołowe uderzenie. Rozproszonych Tatarów zaatakowali lekkozbrojni chcąc ostatecznie zniszczyć oddział. Ten jednak zdołał ich oskrzydlić, a potem pojawiła się druga grupa ordyńców i z impetem natarła z flanki. Sytuacja semenów stawała się coraz gorsza.

   Dumni husarze ruszyli tymczasem z niedużego pagórka szumiąc piórami sokołów i jastrzębi. Wcześniej podzielili siły na dwa pododdziały, które jeszcze raz miały staranować pewnych siebie skośnookich wojowników. W tym czasie również, pomimo kałkanów, od strzał padło co najmniej dwudziestu książęcych kawalerzystów chowających się niekiedy za pędzącymi końmi. Asekurowano walecznego chorążego Galińskiego noszącego Korybuta i znak ów dodawał wciąż książęcym żołnierzom wiary w ostateczne zwycięstwo.

   Artemowi też, ale nie wówczas. Słabł z każdą chwilą. Szczęka rozdarła mu rękaw żupana, przelatywała coraz bliżej głowy i szczerzyła trupie zęby. Wściekłość rosnąca w bezsilności zdołała jednak podnieść go w kulbace i jeszcze raz unieść czarną szablę. Widząc wykrzywioną pogardą, czarniawą twarz Nohajca, Kozak wychrypiał z dna wrzącej duszy:

   – Wracaj do Budziaku, śmierdzielu!

   Tamten zaśmiał się chrapliwie ukazując ubytki w pożółkłym uzębieniu, a potem kolejnym uderzeniem masłaka omal nie zrzucił semena z siodła. Ten na szczęście zdołał nadstawić szablę i już po chwili wyprostował się, ryknął gniewnie i resztką sił zaczął razić wroga stojąc mocno w strzemionach. Pod potężnymi cięciami znad głowy masłak pękł z głośnym trzaskiem, a potem czarna szabla rozpłatała czaszkę zaskoczonemu Tatarowi.

   Widząc już bardzo mało, Artem wciągnął głęboko powietrze i sięgnął po bukłak z gorzałką. Alkohol pobudził go jednak na krótko, zachwiał się więc mocno w siodle, ale zobaczył jeszcze kolejnego przeciwnika. Tamten machał już prowokacyjnie znacznie większą szczęką zatkniętą na masywnym drzewcu.

   Szczęśliwie obok pojawił się Serhij, wierny towarzysz Artema i zaraz odpiął od pasa bandolet, a potem zdzielił nim zapalczywego wojownika. Tatar bez życia runął na wilgotną ziemię.

   – Dziękuję! – powiedział młody Kozak i drżącymi rękami chwycił bukłak z wodą.

   Serhij uśmiechnął się wymownie i podał przyjacielowi ciasno zwinięte szarpie. Rozglądając się nerwowo, pomógł mu założyć opatrunek. Bark przestał krwawić. Gdyby nie kałkany wiszące wciąż na plecach, semeni zginęliby od strzał. Aż trzy wbiły się w tarczę Artema bo skośnoocy ciągle nacierali z flanki. Na szczęście pierwsza grupa husarzy uderzała już w Tatarów i odrzucała ich w tył razem z wierzchowcami.

   Krzyk poranionych i umierających na kopiach wojowników mieszał się ze szczękiem broni, trzaskiem łamanego drzewca i z przedśmiertnym rżeniem koni. Przerażone grupki rozbitych Nohajców zaczęły umykać z pola walki. Ścigano je rąbiąc szablami, a wizja zwycięstwa i pragnienie mordu poniosły również Artema. Uciekający Tatarzy sięgali do sajdaków wypuszczając jeszcze dziesiątki strzał. Nie pomogło im to jednak zachować życia, rozsierdzeni Kozacy bowiem unikali tych pocisków przechodząc nawet pod brzuchami pędzących koni. Potem dopadli przerażonych wojowników.

   Artem nie czuł bólu ani zmęczenia. Wznosił ramię jak maszyna i ciął wyciągnięte w obronie ręce, rogowe zbroje i wykrzywione strachem twarze.

   Osłabienie powróciło jednak i wszystko wokół zaczęło się zacierać i rozmywać. Wszelkie głosy docierały jakby z dali, zdawały się być nierealne. Artem widział jeszcze pojedynczych, tatarskich uciekinierów zanurzonych w falującej panoramie stepu. Wszystko rozpływało się przed oczami młodego semena…

  Znowu zachwiał się w kulbace i gdyby nie czyjeś mocne ramię, runąłby w błoto. Stracił jednak przytomność i na dobre ocknął się dopiero po kilku godzinach. Poczuł szarpie lekko uciskające ranę i usłyszał obozowy gwar. Rozległy się mocne słowa Daszkiewicza:

   – Zwycięstwo jest całkowite, bracia! Łupy podzielimy, swoich zbierzemy i godnie pochowamy, a potem – powrót!

*     *     *

Bellator Szary biegł z innymi wzdłuż rzeki. Zabrał czterech myśliwych i dwóch wojowników. Pierwsi byli wytrzymali, drudzy – silni i szybcy. Wszyscy transportowali na plecach i noszach grupę dziesięciu robotnic wyposażonych w szpony odpowiednie do kopania. Myślowiec wysłał je na zachód, do społeczności budującej system podziemnych korytarzy. Były one elementem szerszej strategii i chodziło między innymi o przetrwanie zim oraz o ciche podejścia do większych ludzkich skupisk. Zachodni bracia mieli kiedyś odwdzięczyć się w podobny sposób. Wokół strzyg zebrała się wilcza wataha oraz kilka latających sióstr, które atakowały wroga niczym jastrzębie. Zwierzęta słuchały zdalnych poleceń Myślowca i stanowiły oczywiście dodatkową ochronę.

   Biegnąc Bellator myślał jeszcze o ostatniej wyprawie do chutoru, skąd przed laty wypędził go Ostap. Wczepiony w zaostrzone pale w pewnej chwili dostrzegł obecnego młodego gospodarza robiącego wieczorny obchód. Tak naprawdę strzygoń właśnie z nim chciał się spotkać. Artem zatrzymał się widząc czerwone ślepia i sięgał już po broń, choć pochodnia byłaby tu lepsza. Przybysz z nadrzecznych bagien wysłał mu wtedy kilka krótkich myśli:

   ‘’ Nie jestem twoim wrogiem! Człowiek, który był moim ojcem nie musiał się nade mną znęcać. Jako odmieniec żywię się krwią ludzi, ale szanuję rodzinę. Tych, co nie czynili mi krzywdy. Bądź zdrów!’’

   Zanim Artem przyswoił sobie słowa strzygonia, ten zniknął za ogrodzeniem.

   Biegnąc wciąż Bellator dostrzegł światła pochodni i poinformował o tym pozostałych. Grupa zatrzymała się nasłuchując. Z zachodu nadjeżdżała straż stepowa złożona z tuzina semenów. Konie żołnierzy Konstantego nie wyczuły niebezpieczeństwa i oddział minął strzygi kierując się na południowy – wschód. Wilki posłusznie pozostały przy strzygach. Odmieńcy, wsparci przez drapieżniki, szybko mogliby pozabijać strażników i napić się świeżej krwi, lecz chodziło o czas i ciche przedostanie się do zachodnich braci. Takich spotkań w przeszłości było wiele, dochodziło czasem do walki i to ludzie coraz częściej musieli wycofywać się w bezpieczniejsze miejsce. I to cieszyło Bellatora.

   Przypomniał sobie słowa Myślowca skierowane do całej nadrzecznej społeczności:

   – ‘’ To prawda, że pochodzimy z ludzi, ze społeczności dobrze zorganizowanych chociaż wybijających się na rozmaitych wojnach. Jesteśmy częścią istot ambitnych i poniekąd fizycznie wyposażonych lepiej od nas. Ludzka dłoń potrafi bowiem czynić arcydzieła i niezwykłą broń. Dlatego nie powinniśmy traktować człowieka wyłącznie jako żródła krwi. Musimy obserwować go i uczyć się od niego tego wszystkiego, co pomoże nam w walce i w ostatecznym zwycięstwie. Wierzę, że okażemy się silniejsi od ludzi bo już teraz Myślowce z różnych społeczności widzą na wiele staj, potrafią zdalnie kierować wojownikami i niejako od razu dysponują szerokim obrazem wroga. Wszystkie zwierzęta będą nam posłuszne!  To bardzo cenni słudzy. Ponadto jest z nami Czarny Smok i jego promienie dające nam moc i długowieczność, a ludzkie bóstwa, widoczne na świętych obrazach, wciąż milczą.’’  

   Biegnąc Bellator Szary poczuł rosnącą radość.

*       *       *

Artem niechętnie otworzył oczy. Śnił o czarnookiej Soni znad Kahamliku, która z rodzicami i bratem porzuciła jedną ze słobód i przybyła w bezpieczniejsze miejsce. Bliżej siedziby księcia dokąd zagony tatarskie nie docierały, a i strzyg było tam jakby mniej. Kozak poznał dziewczynę w wiejskiej karczmie nabytej przez jej ojca, byłego pszczelarza znad urokliwej rzeki. Młodzi polubili się od razu, a czas pokazał, że zapłonęło między nimi piękne uczucie. Planowali nawet małżeństwo, Artem chciał jednak sprzedać trochę więcej koni i wrzucić do sakiewki kolejne czerwone. Tymczasem ktoś szarpał go mocno za ramię obolałe jeszcze po ostatniej ranie zadanej mu na Niżu.

   W izbie było ciemno, a nad młodzieńcem stał Dymitr z łuczywem. Sumiasty Kozak miał strach w oczach.

   – Gospodarzu, koniec świata idzie! – zawołał strażnik widząc, że Artem patrzy już przytomniej. – Sam zobacz.

  Młody Kozak i tak niczego na razie nie pojmował, ale wstał z obitego końską skórą łóżka, założył buty, chwycił kapuzę, szary płaszcz i strzelbę, a potem chwiejnym jeszcze krokiem ruszył za Dymitrem.

   Na niedużym majdanie stali już wszyscy wolni, matka i kilku czabanów. Wiera rozmawiała z Serhijem wskazując nocne niebo. Spomiędzy pędzonych wiatrem chmur biło dziwne, białe światło, a w pewnej chwili okazało się, że wysyła je coś podobnego do smoka! Diabelski stwór był czarny, miał trzy pary długich, sztywnych skrzydeł i połyskiwał metalicznie kiedy zataczał kręgi nad stepem. Światło wypływało z jego szerokiego brzucha i zdawało się go nieść…

   Artem ruszył biegiem na wieżę, pokonał kilkadziesiąt dębowych stopni i stanął w niewielkiej stróżówce, ponad bramą i ostrokołem. Służbę pełnił tam wysoki Ilia. Gdy zobaczył gospodarza zaraz odsunął się od otworu okiennego. Artem spojrzał na panoramę stepu.

   Dziwny smok wysyłał teraz krwiste promienie. Wytryskiwały one z masywnej, ciemnej głowy, a konkretnie – z trzech czerwonych oczu. Wśród kołysanych wiatrem traw pojawiło się kilka strzyg. Stwory zawyły tryumfalnie gdy odżywcze snopy uderzyły w nie tworząc karmazynową poświatę. Artem szerzej otworzył oczy i spojrzał na Ilię. Wąsaty Kozak wyglądał na przerażonego. Odłożył pochodnię, przeżegnał się i rzekł:

   – Świat się rzeczywiście kończy, gospodarzu. Potwory mogą ruszyć na nas prowadzone przez swego piekielnego mocodawcę. Wierzę jednak, że niebiosa nam pomogą!

   Po tych słowach pośród skłębionych chmur ukazał się biały smok! Według Ilii podobny był do trzygłowego Żmija pomagającego czasem ludziom, bo żyjącego blisko ziemi. A antagonista niczym pocisk pomknął w kierunku czarnego żywiciela strzyg. Rozgorzała straszliwa walka. Niebo jaśniało i ciemniało hucząc głośniej od jakichkolwiek armat, światła, promienie i ogniste rozbłyski ogarniały step i targały całym światem!

   Ilia opadł na kolana i zaczął odmawiać pacierze zapominając o wierze praojców, zgromadzeni na majdanie cofali się w stronę zabudowań podtrzymując wystraszoną Wierę, a Artem patrzył i nie potrafił oderwać wzroku od niezwykłego przedstawienia. Od czegoś, czego nawet najwierniejsi kościoła nigdy nie widzieli.

   Tymczasem biały smok nagle eksplodował sypiąc iskrami i płonącymi kawałkami osobliwego ciała! Czarny stwór zatrzymał się w locie żarząc się purpurowo, a potem zatoczył nad stepem tryumfalny krąg. Stało się to, co przerażało do granic wytrzymałości. To, co spychało ludzi na samo dno piekła!

   Strzygi podniosły się z traw i zawyły radośnie. Niektóre podskakiwały patrząc w rozjaśnione niebo. Zwycięski smok przygasł, lecz zesłał na nie kolejne czerwone snopy światła. Artem opuścił głowę zrezygnowany i spojrzał na modlącego się Ilię. Kozak miał zamknięte oczy i szeptał zdrowaśki.

   Ściskając pochodnię i obiecując sobie walkę do końca, Artem zaczął schodzić z wieży. Powstrzymał go rozbłysk bieli zrodzony między czarnymi chmurami. Młody semen wrócił do stróżówki i zobaczył jakby białe koło, które pędziło w kierunku zwycięskiego smoka. Ilia stał i patrzył jak zauroczony.

   Dopiero po dłuższej chwili Artem zobaczył coś, co przypominało olbrzymi, biały pierścień z kilkoma niebieskimi kołami na obwodzie. Niezwykły twór błyskawicznie znalazł się ponad czarnym smokiem i wystrzelił trzy błękitne promienie.

   Ciemny tryumfator eksplodował ogniście, a ludzie krzyknęli radośnie.

   Strzygi pisnęły przerażone, a potem zaczęły biec w kierunku północnego lasu.

 *      *       *

Kirył otworzył oczy czując narastający chłód. Wokół piętrzyły się sosny kołysane wczesnojesiennym wiatrem, a niebo zasnuwały szare chmury. Spomiędzy czerwonawych pni dochodził szelest zeschłych liści pogubionych przez okoliczne krzewy. Młody człowiek podniósł się z ziemi pokrytej mchem i dopiero wtedy zauważył, że jest zupełnie nagi! Zadrżał omiatany chłodnymi powiewami. Za nic nie mógł sobie przypomnieć kim jest i dlaczego znalazł się w lesie? Chociaż znał skądś wiele ludzkich pojęć to czuł się jak ktoś, kto przychodzi znikąd.

  Rozglądając się dostrzegł wiele innych nagich osób podnoszących się ze zdumieniem w oczach. Zawstydzeni próbowali osłonić czymś części intymne, albo podchodzili do siebie i bezradni zadawali pytania, na które nie mogli uzyskać odpowiedzi. Bezsilni wobec natury ogrzewali się wzajemnie. Niektórzy krążyli dłużej i nagle znikali pod ziemią!

   Kirył ruszył w tamtą stronę.

   Będąc w połowie drogi dostrzegł ładną, ciemnowłosą dziewczynę i zbliżył się do niej. Odruchowo zasłoniła łono i spojrzała zawstydzona.

   – Co my tu robimy? – spytał nie do końca przekonany, czy pytanie ma sens.

   – Wiem tyle, co ty – odrzekła dziewczyna. – Być może tunele dadzą nam więcej informacji.

   Oboje spojrzeli w prawo, tam, gdzie zniknął właśnie kolejny nagus. W tym czasie, stojący nieco dalej jakiś jasnowłosy młodzieniec podniósł kawałek skóry pokrytej szarą sierścią. Oglądał ją zaskoczony, a potem okrył nią plecy i uśmiechnął się do innych. Tamci nie zadawali pytań tylko zaczęli szukać podobnych okryć.

  Kirył wrócił do swego legowiska i odrzucił zeschłe liście. Wyłoniła się spod nich całkiem duża skóra podobna do wilczej. Wracając do dziewczyny zauważył sporo ptasich piór. Skądś wiedział, że przypominają sowie, nigdzie jednak nie dostrzegał ptaków. Nie czekając na zgodę ciemnowłosej, położył jej skórę na plecach i powiedział:

   – Przyjrzyjmy się tym tunelom. Dają pewnie trochę ciepła.

*       *       *

Trzymając dziewczynę za rękę Kirył zatrzymał się. W oddali zarysowała się budowla, która wreszcie coś mu przypominała. Jej ostrokół łączył się z czymś bardzo ważnym i jednocześnie odległym w czasie. Młodzieniec miewał przebłyski jakichś obrazów, widział twarze ludzi, szczególnie wysokiego mężczyzny. Ów nie był dobrym człowiekiem i chciał skrzywdzić Kiryła…Pojawiająca się w myślach kobieta stała się jego obrońcą, lecz była zbyt słaba. Kolejne obrazy ukazywały wznoszony bat, przywodziły ból i ostrokół, a potem jeszcze płaczącego chłopca, ciemność i step…

   Niczego więcej nie pamiętał.

   Zmierzchało, a oni zostali sami. Leśna grupa podzieliła się po tym, jak okazało się, że podziemne korytarze kryją jedynie trochę skór. Rozmaite grupki ruszyły więc beztrosko we wszystkie strony zapominając nawet o zwykłych kijach.

  Otoczona ostrokołem budowla była coraz bliżej. To dobrze, bo wśród traw słychać już było głosy nocnych drapieżców.

*       *       *

Artem wracał z Suhaków gdzie spotkał się z Sonią. Dziewczyna wycałowała go i wyściskała jak nigdy. Dużo mówiła o ślubie i weselu, bo trafiło się pięciu kupców z południa, którym Artem sprzedał kilka ogierów i klaczy i miał już więcej czerwonych.

   Nie obyło się oczywiście bez rozmowy o smokach. Ludzie cieszyli się, bo piekielnik poniósł karę płonąc jak tysiące pochodni. W  białym pierścieniu z kolei dostrzegano wieczną czystość i początek nowego.  A nocną walkę i eksplozje widziało wielu, w tym sam książę obudzony przez czuwającego Daszkiewicza i miejscowy biskup. Wszyscy uznali więc, że odwieczny problem strzyg, rosnący zresztą ostatnio, należy zaliczyć już do ponurej przeszłości.  

   Artem miał do pokonania około dziesięciu milowych staj i był w połowie drogi do chutoru. Step barwił się czerwienią zachodu, ale intensywniejszy karmazyn błysnął nie opodal, wśród niższych traw. Wiedziony ciekawością, Artem zjechał z szerokiej ścieżki i zbliżył się do światła. Zauważył coś, co podobne było do ciemniejszego, jakby okopconego metalu wielkości ludzkiej głowy. W owym metalu coraz mocniej świeciła kula wielkości jabłka. Artem zaniepokoił się, a koń zarżał nagle i wystrzelił z traw niesiony największym strachem.

   Pędząc jak wicher wierzchowiec pokonał całe staje i zatrzymał się dopiero przed dębową bramą chutoru, a Artem nie potrafił go uspokoić. Koń dreptał w miejscu, łypał oczami potrząsając łbem i rżał. Młody gospodarz nie zauważył, że z zachodu zbliżają się dwie postacie okryte skórami.

   – Anton, otwórz! – zawołał podnosząc głowę. Miał nadzieję, że Kozak z wieży widział szalony bieg przerażonego siwka.

   – Już schodzę!  – powiedział tamten.

  Zaskrzypiały ciężkie wrota. Anton spojrzał na gospodarza i zatrwożony szybko uczynił znak krzyża.

   Oczy Artema były czerwone.

KONIEC
Piła, styczeń 2024

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko