Marian Wójtowicz – Babka w Rabce

0
53
Maria Wollenberg-Kluza

Podobieństwo osób, lub zdarzeń jest nieprzypadkowe.

Dzień zapowiadał się pięknie, słońce stało wysoko i swoimi promieniami ubogacało cały świat. Babcia z wnuczką zmęczone do upadłego, zestresowane wydarzeniami ostatnich kilkudziesięciu godzin stały na stacji kolejowej w Tymbarku. Oczekiwały przybycia pociągu do Żywca. Był początek lata 1909 roku. Wybrały się obie do Ostrawy, gdzie przebywała Maria, matka dziewczynki. Bilety zakupione w kasie biletowej w malowniczym, drewnianym budynku dworcowym, babcia kurczowo zaciskała w dłoni, żeby przypadkiem nie zgubić. Resztę pieniędzy schowała głęboko w dekolt. – Tobołki pod ręką, Genefcia na widoku – powtarzała nerwowo Staruszka, oglądając się trwożnie dookoła.
Ubrane były odświętnie w czarne spódnice, długie do ziemi, białe bluzki zdobione koronkami i wymyślnymi haftami. Pod szyją zawiązane miały czerwone aksamitki. Na wierzch narzucone miały skromne, ciemne garsonki, rozpięte z powodu ciepła i pięknej pogody. Wysokie, sznurowane, czarne, eleganckie trzewiczki, błyskały czerwonym sznurowadłem, podczas niecierpliwego dreptania drobnych stóp.
Naraz z sykiem pary, wizgiem hamulców, zgrzytem żelaza, dymem z wielkiego komina lokomotywy, pociąg pojawił się na peronie. Jeszcze podczas hamowania, z jednego z wagonów wyskoczył na niski peron, ubrany w elegancki mundur i śmieszną czapkę, dziarski młodzian z sumiastym wąsem i zawołał głośno: TYMBARK!
Gdyby nie zmęczenie i zdenerwowanie, obie pewnie głośno by się roześmiały. No pewnie że Tymbark, wiadomo – pomyślały obie jednocześnie.

– Dokąd miłe panie sobie życzą? – zapytał grzecznie podchodząc.

– A no do Ostrawy, przez Żywiec jak mu tam … zająknęła się staruszka – o tu na tym bi … bi… jest napisane – dodała zawstydzona.

– Ach tak, w Żywcu macie przesiadkę, zaopiekuję się wami, jestem konduktorem tego pociągu, wsiadajcie proszę, już pokażę wam wasze miejsca.

– Panie kon … kon … – zająknęła się babcia.

– Konduktorze!

– No właśnie, bo my nie wiemy, gdzie mamy wysiąść i ….

– Spokojnie moje miłe panie, jestem konduktorem, urzędnikiem Kolei Cesarskich. Jesteście pod dobrą opieką, wszystkim osobiście się zajmę – powiedział konduktor, stukając obcasami i podkręcając wąsa.

Zajęły miejsca na twardej, drewnianej, ale wygodnej ławeczce. Konduktor z trudem przekonał staruszkę, żeby tobołki, dla wygody wyłożyła na półkę nad oknem, wystawił dziwny przyrząd, przypominający odpustowego lizaka przez otwarte okno, wychylił się, i mocnym, dźwięcznym głosem zawołał: ODJAZD!
Syknęło, zgrzytnęło, zagwizdało, pociąg drgnął z miejsca i powoli zaczął nabierać szybkości.

– Ruszyło! Ruszyło! O la Boga, co teraz będzie! – zawołała babcia Wiktoria.
Obie przeżegnały się nabożnie znakiem krzyża.

– Genefcia, a czemu nie chciałaś powiedzieć, że masz sześć lat, to byśmy nie musiały biletu za ciebie płacić?

– A bo ja babko większa jestem jak wy, to kto by uwierzył?

– A może by uwierzył, kto wie, głupich nie brak.

– Oj nie brak babko, ale nie na Cesarskich Kolejach.

Mała Genefcia nie mogła usiedzieć na miejscu. Strasznie była przejęta swą pierwszą podróżą w życiu. W podobnej sytuacji była jej babcia. Ona też pierwszy raz w życiu jechała pociągiem, udając się w tak daleką wyprawę. Obie z ciekawością wyglądały przez otwarte okno. Babcia Wiktoria szybko poczuła się znużona, oparła się o ścianę wagonu, starała się odmawiać paciorki i nie zasnąć. W końcu poddała się ogarniającej ją senności.
Genefcia nie poznawała swojej babci. Kobieta zawsze nad wyraz poważna i powściągliwa, przed chwilą wyraźnie zdradzała oznaki paniki i histerii. Babcia nigdy wcześniej nie okazywała tylu emocji. W każdym razie Genefcia niczego takiego sobie nie przypominała. – Co się z tą babką dzieje? – zadawała sobie w myślach pytanie. Zachowanie babki nie wpływało dobrze na ich wzajemne relacje. Wyrośnięta dziesięciolatka oceniała zachowanie babci nadzwyczaj surowo. Przywykła przecież do tego, że zawsze, w każdej sytuacji w domu, w wiosce, mogła liczyć na opiekę i pomoc ukochanej babci. Tu, w nowej dla nich sytuacji, to raczej babcia wymagała pomocy i opieki swojej, umiejącej już pisać i czytać wnuczki. Problem w tym, czy babcia to sobie uświadamia?
Podróż przebiegała spokojnie. Pociąg pędził poprzez malownicze krajobrazy Beskidu Wyspowego z zawrotną prędkością prawie czterdziestu kilometrów na godzinę. Na pastwiskach pasły się krowy, pachniało sianem i dymem z komina lokomotywy. Była pełnia lata. Chciało się żyć. Rozpoczynająca się przygoda napawała dziką radością. Dziesięciolatka nie znała nikogo z rówieśników, kto mógłby pochwalić się podobnymi, co ona przeżyciami.

Piotr, po rozpadzie małżeństwa, próbował jakoś odnaleźć się w życiu i w domu. Jego żona, Marysia w dniu ślubu, miała szesnaście lat. Po urodzeniu kolejnych z czwórki dzieci, ciągle rosła. Z małego skrzata, w dniu ślubu równego mu wzrostem, przeobraziła się w śliczną, dojrzałą, bardzo wysoką kobietę. Piotr pozostał mały. Żona przerosła go więcej niż o głowę i uciekła. Wyjechała do Ostrawy, zabierając z sobą młodszego syna, Staszka. Wiedeńczyk, bo tak niektórzy nie wiedzieć czemu nazywali Piotra, nie miał złudzeń. Wiedział, że żona już do niego nie wróci. Nie o wzrost jej się rozchodziło, lecz o namiętność Piotra do gorzałki. – Co mi po takim zapijaczonym kurduplu – wykrzyczała mu na pożegnanie i odeszła do rodziców, a wkrótce po tym wyjechała. Piotr na początku nie chciał łożyć na utrzymanie dzieci, bo liczył na to, że jak im wszystkim bieda w oczy zajrzy, to wrócą. Ale nie wrócili. Hardzi są i nikt się o łożenie pieniędzy nawet nie spytał, a Piotrowi głupio było tak samemu z siebie zaproponować. Nie znał nikogo, i nie słyszał o nikim, kto znalazłby się w podobnej jak on sytuacji. Nie miał się kogo tak uczciwie i po prostu spytać, żeby się na śmiech nie narazić. Wiedział, że i tak za plecami podśmiechują się z niego. Za plecami, bo w oczy nikt się nie ośmielił. Piotr był mały, ale zadziorny, a i nożycami krawieckimi potrafił machać niczym szablą. Nie warto było z nim zadzierać. Sytuacja jednak zdecydowanie go przerosła, podobnie jak żona.
Janek wrócił do niego. Jego najstarszy syn. Nie od razu. Po jakimś czasie. Imię miał po dziadku, ojcu Marysi. Szkoda, że po dziadku ale też ładnie. Janek fachu krawieckiego chciał się nauczyć. A kto go lepiej nauczy jak nie ojciec? Obaj, ojciec i syn, zależni bywali od humorów starej Michaliny, która po sąsiedzku prowadziła im dom. Piotr płacił jej, a ona gotowała. Resztą – praniem i sprzątaniem zajmowali się sami. Prasowanie wpisane jest w zawód krawca, a rozpalanie węgli w żelazku, to nie taka łatwa sprawa. Janek szybko opanował tę umiejętność. Potrafił poradzić sobie też z żelazkiem na duszę i nie przypalał garderoby podczas prasowania. Robił coraz większe postępy w nauce szycia. Czteroletnią szkołę powszechną ukończył z wyróżnieniem. Oj będą z ciebie ludzie – mawiał zadowolony Piotr. Michalina niedomagała na zdrowiu, a zdarzało się jej to coraz częściej, Janek musiał wtedy zajmować się też gotowaniem, a także doglądaniem domowego inwentarza. Pracowity był nad podziw. Wzrost odziedziczył po matce i już w wieku dwunastu lat był wyższy od swojego ojca. Potem był już tylko coraz wyższy. Wyglądał bardzo poważnie jak na swój wiek. Ojciec bardzo pilnował, żeby Janek zawsze był elegancko ubrany. Niech wiedzą wszyscy, że z krawcami mają do czynienia. Dziewczynki zostały u dziadków. Mała Wiktusia wkrótce zmarła, jak to dziecko, dzieci umierają przecież. Piotr późno dowiedział się o nieszczęściu. Było już po pogrzebie. Żal miał do całego świata. Jakże to? Nie powiadomili go o śmierci dziecka. Niegodziwość! Wybaczyć nie mógł, ani dziadkom, ani sąsiadom, ani nawet księdzu, że pochował bez policyjnego śledztwa. Wygrażał wszystkim i pomstował, ale nic nie wskórał, ino to, że rodzina bliższa i dalsza odsuwała się od niego coraz bardziej. Jego ekscesy życia dziecku nie wróciły, tylko goryczy sercu wlały. Do kościoła zbyt często nie chodził. Ostatnio był na chrzcinach najmłodszej Genefci. Kiedy to było? A no chyba nie tak dawno, będzie jakieś dziesięć lat.
Genefcia, najmłodsza córka, właśnie ukończyła czwartą klasę. Ona również była bardzo wysoka, wyższa od wszystkich dzieci w klasie. Piotr wykombinował sobie, że dobrze byłoby mieć ją w domu u siebie. Ugotuje i upierze, wyręczy Janka w wielu domowych obowiązkach a i sama niech spróbuje rzemiosła krawieckiego. Nie pił teraz, bardzo się pilnował, żeby nawet do karczmy nie zaglądać, to i w interesach wiodło się znacznie lepiej. Zwrócił się do adwokata, by pomógł mu odzyskać jedyną córkę.

– Wszelki duch Pana Boga chwali! – zawołał dziadek Janek do urzędnika pocztowego – a cóż was tu przygnało w nasze skromne progi? Przecie zawsze zostawialiście pocztę do nas na plebani. Czyżby proboszcz nie chciał jej już odbierać? – zapytał zaniepokojony.

– A nie, nie o to chodzi – odparł strasznie zasapany listonosz – to nie z Ostrawy, jeno ze sądu.

– Ze sądu w Ostrawie? A co oni do nas mają?

– A nie w Ostrawie, tylko w Limanowej pismo wysłali i musicie się podpisać, żeście dostali.

– Podpisać? a to kłopot, ja nie umiem, a Wiktoria też nie piśmienna.

– A to nic nie szkodzi, postawcie krzyżyk, o tu, tym ołówkiem, o tu.

– A co w tym liście?

– A nie wiem, nie czytałem

– A to przeczytajcie, bo u nas nikt nie umie, no może Genefcia. Genefcia! A choćże, a szybko zaraz tutaj, bo pismo sądowe przeczytać trzeba.

Przeczytanie i zrozumienie pisma przyszło Genefci z niejakim trudem, bo pismo bardzo urzędowe było i zanim przesylabizowała drugą połowę zdania, to zapominało się jej, co było w pierwszej. Trzeba było zaczynać od początku. W końcu dziadkowie, Jan i Wiktoria zaproponowali, żeby Genefcia czytała głośno i wyraźnie, a oni będą rozumieli za nią. Wtedy dopiero udało się wszystko pomiarkować, a wychodziło na to, że sprawę w sądzie, w Limanowej będą mieli. O opiekę nad dzieckiem idzie, to znaczy nad Genefcią. Sprawa się ma odbyć, i tu data była dokładnie podana i godzina. I jeszcze pouczenie o karze grzywny, jeśli się nie stawią i powagi sądu nie uszanują.

– DOBRA! – Donośny okrzyk konduktora wyrwał babcię Wiktorię z półsnu, pół jawy.

– Jaka dobra? – rzuciła pytanie, niezbyt jeszcze przytomna.

– Babciu, a to taka wieś, co się nazywa Dobra – grzecznie odpowiedziała Genefcia

Już nieco przytomniej rozejrzała się babcia po przedziale. Obecność ukochanej wnuczki trochę ją uspokoiła. Zerknęła na tobołki, czy na półce nieruszone leżą, spojrzała, czy słońce wysoko i zaraz postarała się złapać przerwany senny wątek … a tak sąd w Limanowej …

Stawili się, a jakże. Genefcia też była obecna. Niewiele z tego wszystkiego rozumiała co się wokół niej dzieje, ale bystra była na tyle, że uświadamiała sobie, że opuścić będzie musiała i dziadka i babcię. Będzie prać, sprzątać i gotować u ojca, którego nazywała karłowatym potworem, bo matkę z domu wyrzucił. Tak naprawdę nie znała go, wiedziała tylko jak wygląda. Z trudem odnalazłaby go w tłumie. Mali ludzie tak bardzo w oczy się nie rzucają. Ten ojciec to obcy człowiek. Najął adwokata, a dziadkowie nie. Nie było ich stać. Wynik procesu był łatwy do przewidzenia. Zawołano dziadków do jakiegoś biura. Wyszli stamtąd bladzi, pochlipujący, a adwokat machał pismem, na którym w rogu po prawej widniały dwa podwójne krzyżyki. Dla Genefci wszystko było jasne.
Piotr był bardzo uprzejmy. Częstował ich słodkimi, świeżymi, pachnącymi rogalikami, wynajął furę u Żyda i zaproponował podwiezienie. Do Żmiącej było ze dwadzieścia kilometrów, więc zgodzili się. Nie spali przecież od północy, a w zasadzie wcale, bo emocje wzięły górę. Do Limanowej przyszli piechotą. Bo inaczej nie mieli sposobu. Po tylu ciężkich wrażeniach puste żołądki głośnym burczeniem dopominały się o swoje. Co z tego, skoro te pyszne, słodkie, pachnące rogaliki, ani babce, ani dziadkowi, ani tym bardziej Genefci przez gardło przejść nie chciały. Ileż można mamlać w ustach takiego rogalika? Wypluć przecież darów bożych się nie godzi. Co zrobić z takim nadgryzionym? Oj całe szczęście, że te kłopotu z tymi rogalikami, bo o nowym nieszczęściu jakoś łatwiej zapomnieć było można.

– Jutro ją spakujcie i niech się stawi u mnie w domu. Nie chciałbym do tego policji angażować – odezwał się uprzejmie Pietrek na pożegnanie.

– Co to teraz będzie, la Boga! – zawołała przerażona Wiktusia zaraz po przekroczeniu progu domostwa – co my teraz zrobimy?

– Całe życie się dziewczyną nie interesował, dopiero teraz, gdy mu darmowa służąca potrzebna, to się po nią zgłosił – odparł Jan – nie możemy dać dziecka na zmarnowanie. Wygląda jak panienka, ale to przecież dziecko jeszcze. Jedno dziecko żeśmy mu już dali i więcej nie dostanie. Nie ma rady, trzeba, ją odwieźć do matki do Ostrawy i już.

– Jak to do Ostrawy? A kto ją odwiezie? – zapytała Wiktoria z niepokojem.

– Jak to kto? A no ty kobieto. Przecie i tak miałaś jechać i tobie, i jej wójt dokumenty na podróż wydał, więc możesz jechać razem z dzieckiem. Jedź! – zawyrokował Jan.

– O rety, a jakże tak? A kiedy?

– A pociągiem, a jutro

– A jakże jutro, a toż ja nie podołam, a nie, może poczekać kilka dni?

– A to se czekaj, aż Pietrek policjantów przyprowadzi i dziewuchę zabierze. Trza było papieru nie podpisywać, a skoro podpisałaś, to teraz jedź!

– Nie podpisywać! Sam podpisałeś, to się teraz nie wymądrzaj.

– Nie wymądrzam się, ale ja papieru na Austrowęgry i przepustki na Cieszyńskie nie mam i nie pojadę, a zanim wójtowi wytłumaczę po co mi papier i zanim go wypisze, to dziewucha już dawno u Pietrka za służącą robić będzie. Nie ma rady, pakuj się i jedźcie.

– Jak jutro Genefcia u niego w domu nie stanie, to on z policją najpierw do domu po nią przyjdzie. A jak jej i mnie nie zastaną, to się pewnikiem domyślą żeby nas w Limanowej na kolei szukać i niechybnie nas zaaresztują – odparła Wiktoria.

– Nie zaaresztują was, bo w Limanowej was też nie znajdą.

– Nie? A to gdzie my wtedy będziemy?

– Pójdziecie zaraz w nocy do Tymbarku. Tam was nikt szukał nie będzie. Nikt się nawet nie domyśli. A teraz komu w drogę, temu czas. Spakuj się, zjemy, usiądziemy chwilę przed podróżą, a potem odprowadzę was do Tymbarku, żebyś przypadkiem drogi nie pogubiła.

– A widzieliście to jaki mądry się znalazł – zawołała Wiktoria niby to oburzona, ale radości i podniecenia trudno jej było ukryć. Taka przygoda się jej na starość trafia, że całe zmęczenie ostatnimi przeżyciami, jakoś z niej uleciało.

Trochę bała się Wiktoria tej wielkiej, zagranicznej podróży, ale i ciekawość okrutna ją brała, a cóż to takiego ciekawego w wielkim świecie zobaczy? A kawał świata pociągiem pierwszy raz w życiu pojedzie, a jak one sobie z Genefcią poradzą, a i córkę niebawem zobaczy. Jak jej się też w tej Ostrawie poukładało? Co innego list wysłuchać od córki, jak Genefcia czyta, a co innego na własne oczy ją zobaczyć. Przed nimi kolejna nieprzespana noc i jeszcze taki kawał drogi do Tymbarku. A czy to wydolą? A dadzą radę? A czy poradzą sobie same dwie w podróży i w wielkim świecie? Sięgnął Jan drżącą ręką za obraz Matki Boskiej i wyciągnął zawiniątko. Wysupłał parę koron i podał Wiktorii.

– Masz tu na bilet i nie zgub babo, bo nie pojedziecie.

– A wystarczy tego tam i z powrotem?

– Na powrót, to ci Marysia da. Do Ostrawy musi wystarczyć ino nie zgub…

– RABKA! – rozległ się gromki głos konduktora.

– Genefcia wysiadamy! – zawołała babcia z mocą

– Babko siedźcież proszę, to nie nasza stacja – oburzyła się Genefcia

– Jak to nie nasza, jak przecie konduktor nas wołał.

– Nas nie wołał, ino Rabka.

– No sama widzisz, że wołał babka! Wstawaj, nie gadaj, łap tobołki, idziemy!

– A gdzież to się panie wybierają? – zawołał gromko za nimi konduktor, stukając obcasami na peronie.

– A no wołał nas pan przecie! – zakrzyknęła babcia na cały głos, bo bała się, że ją zagłuszy sapanie lokomotywy.

– A nie was wołałem – odkrzyknął wesoło konduktor – wołałem tylko RABKA, bo tak się ta miejscowość nazywa. Wsiadajcie szybko, bo zaraz odjeżdżamy. Przesiadacie się do innego pociągu dopiero w Żywcu. To jeszcze trochę potrwa. Nic się nie martwcie, przyjdę po was i wam powiem kiedy a teraz wsiadajcie ino wartko!

Pasażerowie z wielkim zaciekawieniem i radością przysłuchiwali się tej konwersacji między babką i konduktorem w Rabce. Dziś już dokładnie nie wiadomo, czy i innym pasażerom przytrafiały się podobne przygody w Rabce, czy tylko tym dwóm przydarzyła się tylko raz ta jedna, ale od tamtych czasów, do dziś pozostało słynne w Galicji porzekadło: „Zginęła jak babka w Rabce” albo „Przepadła jak babka w Czechach”. Do Ostrawy dojechały już bez większych przygód, ale to już inna historia.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko