DARIUSZ PAWLICKI O NAŚLADOWANIU ŚLIMAKA

0
45
Fot. Dariusz Pawlicki

      Pagórki w żadnym razie nie są górami w miniaturze. Dlatego wywołują zupełnie inne emocje. Pasma górskie skłaniają do myślenia o sprawach wiecznych, ponadczasowych, z jednej strony, ale z drugiej, również ostatecznych. Nie może być jednak inaczej, skoro „u wszystkich ludów znających góry, były one, jako bliskie niebu, przestrzennym symbolem transcendencji, sferą sakralną, siedzibą bogów”*. I ślady takiego właśnie traktowania gór wciąż są obecne we współczesności, która wzniosłości związane ze sferą pozamaterialną, traktuje raczej marginalnie. Góry stanowią także wyzwanie: niektórzy podejmują próby wspięcia się na ich wierzchołki – te najwyższe osiągają tylko nieliczni. Dla znacznie liczniejszych takie osiągnięcia pozostają w sferze marzeń bądź nie zaprzątają w ogóle ich uwagi.

      Potrzebie, choćby wzrokowego kontaktu z wyniosłościami skorupy ziemskiej, ale nie tylko z nimi, towarzyszy zjawisko, które zostało opisane, i równocześnie skomentowane, poniższymi słowami:

„Ludzie biegną podziwiać wysokie góry, skłębiony przestwór mórz, potężne  prądy rzek, obszar oceanu i ruchy gwiazd – a opuszczają samych siebie”.

      Powyższy fragment Wyznań (10, 8) św. Augustyna przeczytał Francesco Petrarka, gdy ze swoim bratem (towarzyszyli im dwaj służący) znalazł się na szczycie Mont Ventoux (1912 m. n.p.m.) leżącej w Prealpach Prowansalskich, które współtworzą łańcuch Alp. Miało to miejsce 26 kwietnia 1336 r. Na to, że włoski humanista stanął na wspomnianym szczycie wpływ miały pisma biskupa Hippony. I to nie tylko Wyznania ‒ odczytanie zacytowanego wyimka we wspomnianym miejscu jest jednak wielce wymowne ‒ ale także jego komentarze Enarrationes in Psalmos do Psalmów. To właśnie w owych komentarzach mowa jest, ale niedosłownie, że góry uosabiają Chrystusa i Apostołów. Są to tak zwane góry Boże. Ich przeciwieństwem są góry, którymi włada Szatan (Mont Ventoux do nich z pewnością nie należała. A jak jest teraz?). Wcześniej jednak niż z wymienionymi powyżej utworami, Pertrarka zapoznał się u Titusa Liviusa czyli Liwiusza, z opisem wyprawy militarnej w góry, przedsięwziętej przez jakiegoś króla.

       Owa wycieczka na Olbrzyma Prowansji uznawana jest, i to oficjalnie, za początek alpinizmu, jak też w ogóle „wspinactwa”, jako że jest pierwszym (dla ścisłości ‒ pierwszym udokumentowanym) przypadkiem, że zdobycie góry było celem samym w sobie. A nie jak dotąd miało to miejsce np. przy okazji poszukiwania zaginionych zwierząt hodowlanych, polowania, wykorzystania jako punkt obserwacyjny.

      Wypiętrzenia terenu, takie jak łańcuchy górskie bądź pojedyncze góry, traktowane są w bardzo wielu kulturach, jako miejsca stykania się nieba z ziemią, czyli sacrum z profanum. Nasuwają przy tym skojarzenia z podjętym przez wędrowca trudem wspinaczki na szczyt, aby poszerzyć pole swojego widzenia. Rozszerzyć je maksymalnie – po horyzont. 

      Z nizinami/równinami nie łączą się takie skojarzenia. To dlatego w płaskiej Mezopotamii wznoszono schodkowe wieże zwane zikkuratami, na których szczycie budowano świątynię. O tym, że nawiązywano bezpośrednio do pojęcia góry świadczy słowo sumeryjskie u-nir oznaczające zikkurat, jak też górę.

      Tereny płaskie, zwłaszcza rozległe, niewątpliwie są monotonne. Przyglądanie się im przez godzinę za godziną może uśpić; zarówno w sensie przenośnym, jak i w dosłownym. Zaś każde wzniesienie, nawet niewielkie, stanowi urozmaicenie krajobrazu. To dlatego kontemplowanie pejzażu usianego pagórkami jeśli znuży, to po długim, naprawdę długim przyglądaniu się jemu. Zresztą podziwianie wysokich, wręcz bardzo wysokich gór, prędzej czy później, ale również doprowadzi do tego samego. W końcu wysokie turnie zaczną upodobniać się do siebie. Zaś w zachwycie wytrwają nieliczni, ci najbardziej zachwyceni. Zresztą cieszenie oczu widokiem wysokich gór malujących się na tle błękitnoniebnym, nie jest niczym trudnym. Niewielu nimi nie raduje się. Innymi słowy, niewielu nie potrafi nimi się radować. Sycenie oczu górskim pejzażem jest estetyczną oczywistością, utrwaloną w naszej zbiorowej pamięci przez film, literaturę, ale przede wszystkim przez malarstwo.

      Warto zwrócić uwagę na to, że gdy stoimy u podnóża gór i patrzymy na ich wierzchołki, widzimy znacznie mniej nieba, niż wtedy, gdy mamy przed sobą niewielkie wzniesienia, owe pagórki będące jednym z tematów niniejszego szkicu. W tym drugim przypadku nieboskłon zdecydowanie dominuje nad ziemią. Gdy zaś staniemy czy to na samym wierzchołku Everestu, czy na niewielkim pagórku wznoszącym się na półwyspie Klasztornym wcinającym się w jezioro Wigry, nieba nad sobą będziemy mieli tyle samo: ni mniej, ni więcej. Wysokość punktu, z którego czynione są te obserwacje nie ma bowiem znaczenia. 

*

      Dostrzec piękno w pagórach, to (już) jest Coś. To nie jest żadna oczywistość. Trzeba być bardziej samodzielnym w zachwycaniu się nimi. A dostrzeżenie w nich wymiaru estetycznego, musi być przede wszystkim poprzedzone stwierdzeniem ich obecności w zasięgu wzroku obserwatora, wyłuskaniem ich z krajobrazu. To zaś nie jest wcale łatwe w sytuacji, gdy Coś uważa się za oczywiste, powszednie, mało efektowne. Do tego nie zbyt interesujące. Dla większość ludzi wzniesienia takie właśnie są. Nawet gdy na jednym z nich wznoszą się ruiny zamku średniowiecznego. W takiej sytuacji zauważa się budowlę. Natomiast samo wzniesienie jest jedynie dodatkiem, jakby podstawą. Nawet pewnego rodzaju utrudnieniem, kiedy chce się, ewentualnie, wspiąć po jego zboczu. Lecz na ogromnej większości pagórków nie ma nie tylko zamku, ale jakiejkolwiek innej budowli. Znacznie częściej porośnięte są one lasem (w takich wypadkach wzgórza mogą być trudniej zauważalne) bądź rośnie na nich zagajnik, grupa drzew lub tylko jedno, albo też rozpościera się na nich łąka bądź ugór. Natomiast z całą pewnością nie będzie na nich bagien (na te, co najwyżej, można natknąć się w obniżeniach terenu pomiędzy wzgórzami).

      Uważny obserwator skupi się jednak nie tylko na jakimś pagórku lub ich łańcuchu. Przysiadając, co pewien czas, dla wygody na przydrożnych kamieniach lub trawie, uruchomi wyobraźnię. A ta, w połączeniu z posiadaną, choćby podstawową, wiedzą geologiczną, pozwoli mu zobaczyć efekt działania sił natury, które ukształtowały, na przykład, krajobraz polodowcowy, usiany nie tylko jeziorami, ale tajże pagórkami. Kiedy zaś spojrzy na łańcuch wzgórz rozciągający się w jakiejś krainie położonej na południe od pasma pojezierzy, ujrzy w nich znikome resztki niegdysiejszych gór. Znikome, gdyż prawie, że unicestwione na skutek wietrzenia skał w ciągu milionów lat. Zjawisko owo ilustruje przy tym znakomicie to, co zauważono już bardzo dawno, odnośnie ludzi: ten kto się wywyższa, prędzej czy później, zostanie sprowadzony do właściwych rozmiarów. Ogromna skuteczność sił natury, również pod tym względem warta jest odnotowania. To fakt, że tę skuteczność cechuje niewiarygodna ‒ jeśli weźmie się pod uwagę długość jednostkowego ludzkiego życia ‒ powolność. Ta zaś jest przeciwieństwem, ale bez zachowania jakichkolwiek proporcji, pośpiechu, o którym będzie mowa w dalszej części niniejszego tekstu.

     Jeśli łańcuchy górskie, jak też pojedyńcze masywy lub samotne góry, uosabiają ludzkie marzenia, aspiracje, zwłaszcza te… wygórowane, a równiny stanowią ich oczywiste przeciwieństwo, czyli brak marzeń, aspiracji, marazm, to pagórki jawią się, jako Coś pośredniego. To Coś, to powściągliwość, namysł, zastanowienie, kontemplacja, umiarkowanie. Myśli wywoływane przez nie, nie są nawet namiastką duchowych wzniosłości, o których mowa była na początku. Natomiast reprezentują – ale nie tylko one ‒ to wszystko, w czym wyznawcy jak najszybszego postępu widzą wroga, barierę, którą należy pokonać, i to niezwłocznie. A przecież jest jak najbardziej wskazane, aby namysł poprzedzał wszelkie czyny, zwłaszcza obecnie, kiedy szybki rozwój techniki i technologii nie wiadomo dokąd nas prowadzi. Wśród chwalców nowoczesności najgłośniejsi są ci, którzy twierdzą, że doprowadzi ona ludzkość do Krainy Wiecznej Szczęśliwości. I to może nawet już w najbliższej przyszłości. Lecz co w takim razie z rzeczywistością, której doświadcza każdy człowiek? Johann Wolfgang von Goethe „twierdził, iż jedyną wielbioną przez niego boginią jest rzeczywistość. Ta bogini nie cieszy się jednak uznaniem pochopności i niecierpliwości (…)”. Nie ceni jej również tytułowy bohater Fausta, uosabiający dobrze znany, bo dominujący, typ uczonego zainteresowanego odkryciami bez względu na ich konsekwencje. Nie zaprzątającego swojej uwagi czymś takim jak refleksja. Tę bowiem traktuje jako stratę czasu. Warto w tym momencie przywołać Franza Kafkę, który około 80 lat po śmierci autora Fausta, przybył do Weimaru. A pod osłoną nocy głaskał ścianę domu Goethego. Potem, po powrocie do pokoju hotelowego zapisał w dzienniku, że „[t]o niecierpliwość wygnała człowieka z raju i coraz bardziej go stamtąd oddala”. Tę kwestię poruszył również Friedrich Nietsche, pisząc w Ludzkie, arcyludzkie:

„Z braku spokoju nasza cywilizacja zmierza do nowego barbarzyństwa. W żadnej epoce ludzie czynu, czyli niespokojni, nie cieszyli się takim uznaniem. Tak więc należy w charakterze człowieka dokonać wszelkich niezbędnych poprawek, aby w większym stopniu wzmocnić element kontemplacji”. 

       W nawiązaniu do czasu wspomnę wypowiedź pewnego nieznanego z imienia poety z Aleksandrii sprzed dwóch tysięcy lat. A brzmi ona tak:

„Staraj się naśladować swym życiem czas. A więc próbuj zachować spokój, umiarkowanie, unikaj skrajności. Nie bądź nazbyt wymowny, dąż do monotonii. Nie smuć się jednak, jeśli nie zdołasz tego osiągnąć. Albowiem po śmierci i tak upodobnisz się do czasu”.

      Czyż jest jakaś inna przesłanka przemawiająca za tym, aby jeździć coraz szybciej np. samochodami, poza tą, aby w krótszym czasie dojechać do celu? Nie ma takowej! Ale czyż śpiesząc się nie powodujemy, że dla nas, ludzi, czas zaczyna płynąć coraz szybciej. O czym przypominają nam już nie lata czy dni, ale – i to na każdym kroku ‒ godziny, minuty, a nawet sekundy, na które zwracamy uwagę (po jaką cholerę?). W rezultacie czego, coraz szybciej zmierzamy do tego nieuchronnego, co spokojnie oczekuje na końcu przeznaczonej dla nas, i tylko dla nas, ścieżki. Powinniśmy więc temu przyśpieszeniu przeciwdziałać. Jak? Chociażby przez kontemplowanie sugerowane przez Nietschego. A może ono mieć miejsce, gdy, chociażby, znajdziemy się w okolicy usianej pagórkami. Kiedy usiądziemy wygodnie, i zaczniemy przenosić, co pewien czas, wzrok z jednego na drugi, na trzeci…, odczujemy spowolnienie. Usiądźmy, zapraszam.

      * Władysław Kopaliński, Słownik symboli: Oficyna Wydawnicza Rytm, Warszawa 2006.

Reklama