Wiersze tygodnia – Andrzej Saj

0
116
Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska


Z cyklu: Z  nie – widzenia


Kobieta w czerwonym kapeluszu

Spotykałem ją przelotnie;  gdy szła,
unosiła się ponad chodnikiem jakby
ten wielki czerwony kapelusz niósł ją
śmiałą z triumfującym spojrzeniem kogoś,
Kim zapewne była.
Znałem ją od lat gdy tak  płynęła
nad naszymi spojrzeniami, niczym myśl
wyprzedzająca nasze domysły.

Kłaniałem się jej z daleka,  bo jej wzrok
już żądał tego – widząc przeze mnie,
to czego chyba nie dostrzegałem…

Kiedyś – w pewien znużony dzień
szła już wolniej i ten czerwony błąd
zasłaniał jej całą twarz: nie chciała być
widziana i nie widziała nikogo prócz
zwichniętego przed – ronda kapelusza.

Widziałem ją wtedy chyba ostatni raz
I  ten kapelusz, który teraz wlókł się
obok jej wspomnień, jej wzlotów.

Nie odkłoniła się na mój znany gest
i jakby zgasła w tej czerwieni,
w uścisku szczęk niezrozumienia.

Kim był dla niej,  a ona ?
Kim była?


Kto woła ?

1. „Jeżeli Boga nie ma,
To nie wszystko człowiekowi wolno” *
Bo  wolno tylko tyle o ile
wymknie się spod wolnej woli
i wpadnie w potrzask przymusu.

  Ten imperatyw konieczności:
być człowiekiem wśród kamieni
i  być jak skała wierny cieniom
w duchowej glebie urodzenia.

2. Bo jeśli Boga nie ma – to nie wiemy
Kto woła w przeciągach pustyni
ściśniętej do piąstki piachu

    Kto puka w podziemiach kościoła
zadomowionego w naszej czujności

Kto osiadł na skroniach i ściska
przymykając oczy na zerwane  pęta

Kto  zamyka pobojowiska pełne zgliszcz
zapomnianych ciał i ofiarnej krwi

Kto  w  nas napina bolesne
struny naszej pamięci

Kto gra na naszych czułych pragnieniach
naszych wiecznych niespełnieniach

Komu potrzebna nasza czysta wiara
w  czucie i rajskie spełnienie
w  sny które zdają się powtarzać
starą  opowieść o Tym – Kto woła?


Cz. Miłosz: Jeżeli  Boga nie ma:  z tomu: „Druga przestrzeń”.


Natura zwierzeń

 W  każdym skryte jego dzikie
 zwierzątko powarkuje, gdy ból
 – tępe narzędzie przeznaczenia –
 wbija się pod żebrzące oczy,
a powieki milkną w sobie jak,
jak zatrzask błyskawiczny nocy,
gdy ten już odtworzy swe rytuały
przesłuchań i zmierza ku przebudzeniu;
wtedy ono – to drapieżne – też wstaje
z leży i dzikim pomrukiem daje
poznać , że żyło w nocnej gwarze
jak grono pijaków w spelunie.

Będzie teraz  – poznane – czuwać jawą,
aż zbliży się – nos w nos – liżąc twarz
z groźnym bratem  zezwierzęcenia
naszej ludzkiej powinności wobec nas,
wobec dzikiej natury naszych zwierzeń.


Niech-szczęście – artyści!

Staranność, znowu ta stara zapobiegliwość
włączy swe światła i już oczy zmrużone
będą coraz intensywniej kumulować przeszłość
(jak w teatrze tego nieznośnego Kantora)
aż zapomną się na chwilę by pieczęć
snu odcisnęła swą brzemienną chwilę
i oto znów, rano, południe, wieczór,
ta sterana pobożność obowiązków,
te przymusy i skurcze pracy gdy rani
codzienność swą nieustępliwą wylewnością,
a efekt kościelnej pracy spełnia się
w kilku wersach – które służą tłumaczeniu
tej życiowej posługi – blednie życie,
gdy rosną nowe pokolenia artystów.
Niech oni nie sczezną nam nigdy
i niech im szczęście niemało sprzyja


Nieodkryty ląd

Ten kto żyje w przestrzeni czytania,
a książki –  to jego tajemnicze wyspy;
kto przeszedł na snu niejasną stronę
chroni  krainę odkrytą w polu niewidzenia.

Kto żyje czytaniem i czyta swe życie
czasami zadrzemie zbyt wtrącony
w tę snu dzwonnicę – skąd głos Anioła
budzi go znów do jego powołania.

Co poznał, co znalazł w tej krainie
gdzie skryli swe pisma liczni skrybowie,
dokąd ciągle myśli ich żeglują
nie zawijając do żadnego  portu

Gdzie znika ten ląd zawsze tajemny
 – na szlaku wiodącym do złota myśli –
jakimi okrętami dotrzeć tam zdoła
każdy kolumb z busolą swego marzenia ?


Niewidoma                                                               

                                Z  cyklu: Z nie-widzenia

Wielokrotnie przecinała moją drogę stukając
białymi czułkami  swego  przy – widzenia.
Krok po kroczku wymacywała tę przestrzeń,
która dzieliła jej odczucia od mojej obcości.

Nigdy nie widziałem jej niepewności, jej wahania,
zrozumiałego w tej sytuacji, bez lęku i niewiedzy.
Jej pewność siebie ale i pokora wobec faktów
dziwiła,  gdy zderzała się z przechodzącymi mimo.

Gdy łapała pilnie ciche klucze szybujących zdań,
gdy wciszała się podsłuchem w gwar tego świata,
była godna podziwu i tę godność świadczyła
tej masie ślepców, idących ku niej, z naprzeciwka. 

W tej strudze płynącej warkotem ulicy ona
jedna bez strachu, który zgrzyta w kulisach kroków,
 które ślizgają się po chodniku, płaszczą i pokpiwają
z jej  – niewidzącej przed sobą nic, prócz czucia cieni

A może ona zwodzi? Mami nas banalną oczywistością
zgody z poklaskiem tłumu – jej obojętnego…
Może ona  jedna,  przebudzona  – szuka tej prawdy;
odcina kęs po kęsie  plastry wspólnej drogi.

Kreśli swój świetlisty szlak niezapomnienia,
którego kresu nie widzi  nikt – chyba że ona
zna układ  i swojego losu pofałdowanie
przez czas, który umyka naszemu poznaniu ?

Kiedyś zatrzymała się przede mną, z niepewnością
I powiedziała  prędko – zatrzymaj się człowieku,
wodząc los na pokuszenie swych zdradliwych kroków.
Stanąłem  – a anioł przypadku ledwie musnął

Swym skrzydłem zefirowego brzasku i stąd
uleciał kierowany jej wygasłym spojrzeniem:
śladem  ryku  szybkostrzelnego  samochodu
które nie hamując zniknęło z mojej widzialności.

Wokół  pociemniało jak na niemym filmie
jakby z taśmy ktoś wyciął  i wyrzucił fragment
zarejestrowanego życia i teraz płacze po nim
przypominając, co ciekawsze , stracone kadry.

Niewidoma dążyła już dalej wymacując
swymi czułkami drogę ku zapamiętaniu.
 Jej myśli już nie obciążało  to ostrzeżenie,
które we mnie zastygło w pytaniu – skąd ona ?


Niewysłowienie


Włóczący się po brzegach krainy poezji
z kulą niedowierzania u nogi
– mówi,  że ból jest sensem istnienia –
piękno jak narkotyk biorąc z rąk
tej niepocieszonej damy nicości
przeklina się w słowie jak w lustrze,
a  jego ciężarna głowa , jego twarz
jaśnieje niedzisiejszym natchnieniem,
jakby „skowytem”  uświadomionego przeżycia.

Ci idący nisko pod pręgierzem światła
jakby wracali z zesłania przyszłości
poeci władzy sądzenia, kapłani wierni
swej boskiej mocy oczyszczenia,
już wolni z nawyków i zwątpień
wloką swoje dusze do krainy zgody
gdzie cień z cieniem toczy pojednanie
przed obliczem wszechwładnej świadomości,
by dotrzeć  aż do ust – w  niewysłowieniu.

Z cyklu: Z nie – widzenia


Nikifor pod akwarelowym słońcem

w   samo widzeniu
tak nieistotnym  że  wystarczalnie bliskim
natury która się sobą  już nasyciła
cóż z żywotności  której lekceważenie
aż do bólu  do zastanowienia oddanych osób
których prawie nie było  może ktoś  jeden  drugi
może jednak Bóg widział że tak trzeba
malować tylko to co trzeba albo
to także  co w samo widzeniu
w zamknięciu się tego świata westchnień i pragnień
w uporczywym kolorowaniu niewidocznej strony
zwidzeń  majak  doświadczeń  pragnień
ale tylko o tyle o ile jeszcze coś można  chcieć
poza  garścią  pędzli  i  kredek  i ołówka ze śliną
z chorobą wżerającą się w pamiętne kartki
w dłonie  w złuszczone  blaszki  krajobrazów
mury wyrysowane jak w bajce
króle i księża  wojacy i ludzie wielcy
jak Matejko albo biskup
i jeszcze niepamiętna matka i ten uparty malarz
i niedobra  gospodyni i kuracjusz z Krynicy
i wróble psy i tranzystor czerwony z białą
oraz niewymowne szeptanie raz na czas
bezczasowe wymawianie świata w jego bełkocie
w kolorowym  gwarze i bogactwie i
w biedzie dookolnych odtrąceń
ludzkiej niezręczności dostrzegania ułomności
gdy je wiatr porywa  i wznosi wyżej i wyżej
aż strach pomyśleć gdzie przebywa
ten upiór duch nad brzegami widzenia
nad światem miasteczek i cieni
powoli  blaknących  w akwarelowym  słońcu
pośród  czarnych  gwiazd  niezrozumienia


Odwrócenie


I myślę, i płaczę, nie znając przyczyny
żalu nie noszę w sobie ani pokory,
nie liczę win i nie strzelam do skroni
siwymi zgłoskami usprawiedliwienia.
Jestem,  jak jestem,  zanurzony w sobie
po ból uświadomienia, że wszystek
znikam w tej czarnej wizji śnienia;
w kosmicznej dziurze pożerania czasu.

I że po tamtej odwróconej stronie,
gdzie wstecz się plączą sny i myślenia
i gdzie węzeł urodzin cięty ślepo,
gordyjskim mieczem Bóg wyzwoli.


Ofiarowanie


„bierzcie i patrzcie” – miałby rzec Bacon*
oto obraz mój na wzór
i niepodobieństwo do niczego
co stworzył Bóg – bo to moje
bo to przeze mnie wypatroszona
moja dusza moja wewnętrzność
wyłożona na ołtarzu wyglądu

wasza ciekawość i wasz strach
niech  będą podzielone między nami
między tymi którzy czynią boskie źródło
a tymi  co  z niego piją
i plują krwią przemienioną
w chwili ofiarowania – w swojej uczcie
na klęczkach sztuki – z wiarą w jej moc

bierzcie i spożywajcie
oto jest kawał mięsa malarskiego
mojego na pamiątkę zaprzaństwa
wydane oglądowi i pamiętaniu

oto pamiątka mojej nadziei w sztuce
która jest we mnie
na odpuszczenie grzechów i lęk

i lęk przed zapoznaniem

W interpretacji obrazu „Three Studies for a Crucifixion” (1962) Tomasza Cyza, pt.   „Pasja według Bacona”, w: Zeszyty Literackie, nr 115, 2011, nr. 3


Pewna osobliwość

Najpiękniejszą chwilą w życiu
jest życie:
krótkie  spięcie  w  sieci  wieczności,
prawie niezauważalne przez Boga
ale obecne w sobie –

 – włókno żarzące się ku temu
który tę nić wypala
i nazywa po swojemu,
dla nas niezrozumiale
ale nie mamy innej możliwości
jak tylko płonąć
pięknie choć krótko:
w swej osobliwości.

 Z cyklu: Z nie – widzenia

Przewodnicy


Na  niewielkim  dziedzińcu  hotelu  Radisson,
między budynkami: jakieś krzewy, ogrodzenie…
między ławeczkami  i  masą  przypadków,
prowadzą niewidomych ich dyskretni przewodnicy.
Wiodą ich za rękę ku rzeczownikom dotyku
i  cicho pytają o ich odczute brzmienie,
a oni ciekawi z  niewypowiadanym   uśmiechem
odczytują  te obrazy , odbierane dotkliwie
w  czuciu  – ostrożnym – dłoni spowiadaniem.

Chodzą w różne strony jak bity informacji,
stąpają po ziemi nieco przyczajeni  lecz prości
w swych postawach zawierzania  temu, kto wodzi,
kto ich prowadzi po ścieżkach rozpoznania
i wyjawia skryte kształty słów i zapach rzeczy;
smaki tego świata unoszone niemocą widzenia.

I może nas wszystkich Ktoś wodzi za rękę
ująwszy, prowadzi do celu, jemu znanego,
który nam obcy, który się nam zaledwie jawi
i dopiero gdy dotrzemy tam,  i ten dotyk,
to czujące w sobie wyjrzenie – sprowadzi ku czemuś,
co nas całe życie , nie wiedząc,  obchodzi.

I jak ślepcy kroczymy za kimś, kto snuje
 swoich pojęć nić labiryntu – nieodgadnionego,
aż  myśl się błąka  i zwodzi , lecz  lęk goi,
a  to, co się wydaje i to, co do nas dociera,
to jest być może  ten blask, który promieniuje
z  twarzy niewidzącego, gdy czule  płonie
uświadomieniem – czego nam  brakuje. 


Wiersze tygodnia redaguje Stefan Jurkowski
stefan.jurkowski@pisarze.pl

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko