Iwona Danuta Startek – Kultura i autorytety

0
108
Maria Wollenberg-Kluza

         Powiada się, że czasy są złe, że autorytety upadły. Od dwustu lat kultura europejska stale kwestionuje autorytet jako zasadę właściwą dojrzałemu człowiekowi. Dorosłość to opieranie się na samym sobie, wybieranie własnej ścieżki, podążanie własną drogą. Nikt i nic nie może, nie powinno dyktować rozwiązań, ferować ostatecznych ocen, zwłaszcza w sferze zjawisk tak niejednoznacznych, jak kultura. Jeśli pominąć socjologiczne i polityczne definicje autorytetu jak źródła władzy uprawniającego do kierowania innymi poprzez, najczęściej zinstytucjonalizowane, jego formy, to w odniesieniu do szeroko pojętej kultury posiadanie autorytetu jest wynikiem indywidualnych walorów osobowości, zalet charakteru i umysłu, osobistej charyzmy, które przyciągają, wzbudzają szacunek i poważanie, często też podziw i sympatię. Tak pojęty autorytet ma charakter psychospołeczny i indywidualny zarazem; jest uważany za takiego przez grupę osób o podobnych zainteresowaniach lub środowisko zawodowe, ze względu na przynależność pokoleniową lub zasób posiadanego życiowego doświadczenia i wiedzy.

         Krzysztof Pomian zauważa, że początków wiedzy należy szukać w rozwoju kolekcjonerstwa, w zbieraniu tego, co stare. Budowanie kolekcji spełniało różnorakie funkcje: prestiżową, ekonomiczną, poznawczą, estetyczną – w efekcie pozwalało na gromadzenie wiedzy potrzebnej, żeby umieć rozpoznawać to, co wartościowe od bezwartościowego. Tak czy inaczej, gromadzenie kolekcji, jak i gromadzenie wiedzy, wymaga czasu. Autorytet także nie jest dziełem jednego dnia czy nawet roku. Budowanie go trwa latami na podobieństwo wznoszenia monumentalnej budowli wspartej na solidnych fundamentach. Fundamenty są niewidoczne, trzeba się najpierw głęboko wkopać: w tradycję, w historię, w to, co było, jak w ziemię nawarstwianą przez wieki. I jeśli nawet, budując gmach kultury współczesnej, odrzucimy to czy owo, trzeba  w i e d z i e ć, co się odrzuca i co proponuje w zamian.

         Człowiekowi współczesnemu tej elementarnej wiedzy po prostu brakuje. Stąd „Carmen” nie jest znana jako opera Bizeta, ale fajna melodia z reklamy środka czyszczącego najgorsze zabrudzenia w kuchni; słynne „ociec, prać” nie jest już cytatem z Sienkiewicza, tylko zabawną nazwą proszku do prania; „Oda do radości” nie ma za autora Beethovena i nie jest fragmentem IX Symfonii, lecz piosenką Eurowizji.

         Lew Tołstoj uważał, że wiedza daje pokorę. Dlatego im większą ktoś ma wiedzę, tym trudniej wykreować go na powszechnie akceptowany autorytet. Jak na licznych przykładach dowodzi w swojej książce Francis Wheen, największymi, a przynajmniej najbardziej opłacalnymi autorytetami współczesności są po prostu autorzy bredni. Odpowiednio opakowana i sprzedawana głupota przynosi milionowe zyski. No i mamy Hiltonki, Dody, Jole i inne różowe królowe, których udane i mniej udane repliki spotkać można wszędzie, nie tylko na balu przebierańców.

         Brak wiedzy, na której gromadzenie nikt dzisiaj nie ma czasu,  spowodował namnożenie się autorytetów pozornych. Co krok to autorytet. Nie sposób przeżyć dnia, żeby na jakiś się nie natknąć. Wszyscy przekonują, że są właśnie tymi, którzy najlepiej znają się na rzeczy. Utwierdza ich w tym przekonaniu  niesłychana łatwość puszczenia w obieg swoich bredni, jak udowadnia Andrew Keen w „Kulcie amatora”. Głosy internautów w sieci, mimo pozorów ożywionej dyskusji, są w istocie krótszymi lub dłuższymi monologami. W anonimowej masie rozmówców nie ma autorytetów i każdy na równych prawach głosi swoją wizję świata. Wszyscy mają rację. Brak kryteriów rozróżniania  zaciera wszelkie różnice. Gdzie nie ma prawdy, nikt nie błądzi.

         Masa, masa, masa, brak różnic – kimkolwiek byśmy byli – jesteśmy tacy sami: kobiety, mężczyźni, dzieci, dorośli, konserwatyści, liberałowie, artyści i pacyfiści, uczeni i nieuki… o, przepraszam, wykształceni inaczej. W demokratycznym państwie równości nie ma autorytetów, bo opinia większości grupy – społeczeństwa – stada – którzy znają się mniej w danej kwestii, wygra zawsze w głosowaniu z tymi, którzy znają się lepiej, a tych jest zawsze mniejszość. Nieuchronnie spadamy na samo dno kultury, wiedzy, umiejętności, zdrowego rozsądku. Człowiek współczesny, nieprzygotowany do udźwignięcia wymagającej dojrzałości, nieumiejący radzić sobie z samotnością, polegając na opinii większości, skazał się na posłuszeństwo wobec pseudoautorytetów celebrytów z Pudelka. Tylko w społeczeństwie demokratycznym jest możliwe, że gwiazdka z „Idola”, o wiedzy historycznej ograniczonej do historii swojego występu w programie, wypowiada się jako autorytet w sprawach polityki państwowej przy entuzjastycznym aplauzie zgromadzonej w studiu publiczności.

         Krzywą sondaży popularności programów telewizyjnych równie dobrze można nazwać wykresem pustki wewnętrznej. Oglądalność jest najmocniejszym argumentem i największym autorytetem decydującym o programach. Nie chodzi przecież o to, co ważne, piękne, słuszne, prawdziwe, ale o to, co nam się podoba. Co podoba się większości. Nieprawda więc, że autorytetów nie ma. Przeciwnie – mamy ich w nadmiarze.

         „Jeśli coś nie jest popularne, nie jest kulturą”, przytacza Wiesław Godzic motto z pewnej konferencji w Stanach Zjednoczonych. Kulturą więc jest to, co  d z i s i a j  trendy, na topie i cool. Sezonowi prorocy kultury dnia dzisiejszego pojawiają się równie szybko, jak nieoczekiwanie znikają.  Im więcej esemesów wysłanych przez widzów na uczestnika programu tanecznego, tym dłużej będzie oglądany; im więcej włączonych telewizorów w porze emisji najdłuższego i najgłupszego serialu, tym więcej odcinków jeszcze będzie; im więcej sprzedanych egzemplarzy kolejnej powieści o niczym, tym dłużej trwa złudzenie, że jeszcze żyjemy w erze Gutenberga.

         Tomasz Kozłowski wyodrębnił myślenie linearne, odchodzące w przeszłość, w anachroniczną niepotrzebną umiejętność współczesnych analfabetów wychowanych na telewizji, reklamach i Internecie. Jego przeciwieństwem jest myślenie obrazowe, czy raczej obrazkowe, którego szczytem jest przeczytanie i zrozumienie prostego zdania pojedynczego w coraz bardziej prostych czy wręcz prostackich memach.  Konsument się męczy po prostu i trudnej rzeczy, wymagającej, nie daj, Boże, głębszego namysłu – nie kupi. Zatrzymani na poziomie doznań i oczekiwań trzylatka szuka tylko przyjemnych wrażeń. Potęgę smaku zastąpiła potęga dobrego samopoczucia i samozadowolenia.

         Z „autorytetami” współczesności nie można wejść w jakiekolwiek relacje poza jedną – bezmyślnego naśladownictwa. Wszyscy czytają to samo, oglądają to samo, bo np. bardziej wartościowe programy uznane za zbyt egzotyczne dla przeciętnego odbiorcy zostały przesunięte w pasmo – wedle terminologii Kazimierza Kutza –  „telewizji dla nietoperzy”, ubierają się tak samo i nawet to samo jedzą. Nie można z nimi dyskutować, gdyż nie ma już języka, w którym dałoby się wyrazić zróżnicowane poglądy. Nie można z nimi dyskutować także dlatego, że zanim się zada pytanie i doczeka odpowiedzi, pseudoautorytet schodzi ze sceny, a w kolejce już czeka setka innych. Paradoksalnie, postępująca demokratyzacja połączona z cywilizacyjnym rozwojem, przeobrażenie świata odrębnych kultur w jedną globalną zunifikowaną wioskę spowodowały, że głos prawdziwych autorytetów zamilkł. Bachtinowska kultura dialogu przestała istnieć.

         Kultura, prawdziwa kultura nie znosi autorytetów. Ma i powinna mieć swoich Mistrzów. Tych podziwiają uczniowie, adepci sztuki bycia sobą, a potem odchodzą w swoją własną drogę. Taka powinna być naturalna kolej rzeczy. W momencie, gdy Mistrz staje się autorytetem od wszystkiego i dla wszystkich, z reguły nie bez wydatnego udziału telewizji, przestaje być nim dla równych sobie. Aktor staje się autorytetem, gdy zamiast o rolę, pyta się go o rady w sprawie urządzania domu, przygotowywania świątecznego stołu i zasady wychowywania dzieci. Pisarz z staje się autorytetem, gdy zamiast pisać i mówić o swojej książce, z piedestału telewizyjnego studia i w świetle jupiterów snuje polityczne proroctwa. W konsekwencji nikt nie jest tym, za kogo się podaje, za to wszyscy przedstawiani są jako autorytety dla masowego odbiorcy.

         Mistrz, który staje się autorytetem dla mas, kamienieje i kamienieje jego dzieło, staje się pomnikiem, na który, co najwyżej, srają ptaki. A cóż nam po kamieniach? Przeobrażają się z czasem w ruiny.

         Pozostaje pytanie o sens ewentualnego przywracania roli autorytetu w kulturze. Nawet jeśli byłoby to w jakimś stopniu możliwe, kandydatów trudno byłoby znaleźć. Z jednej strony ci, którzy rzeczywiście mogliby pełnić tę rolę, po prostu wolą się wycofać i zajmować się tym, na czym się znają, czyli sztuką. Z drugiej zaś, pokusa łatwego brylowania w sieciach społecznościowych przemawia bardziej do tych, którzy nie mają za wiele do powiedzenia, za to mają dużo wolnego czasu. Na komercyjnym rynku kultury masowy odbiorca nie potrzebuje autorytetu, lecz krzykliwego hasła, z którym bez wysiłku może się utożsamić wierząc, że oto obcuje ze sztuką, gdy tak naprawdę jest tylko konsumentem produktu skrojonym na jego miarę.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko