Adam Lizakowski – Norwid część 4 zakończenie

0
83
Adam Lizakowski
Adam Lizakowski

         Musimy pamiętać, że poeta Cyprian K. Norwid pisał o Ameryce wiele razy przez ostatnie trzydzieści lat swojego życia i jego stosunek do niej był bardzo złożony. Pisał o zupełnie „ innych Amerykach”, tej, gdy w niej był na początku szóstej dekady XIX w., gdy jego romantyczna i egzotyczna wiedza o niej była pełna tradycyjnych stereotypów popularnych wtedy w Europie Zachodniej. W liście z Paryża zaledwie w roku po powrocie z Nowego Yorku, bo we wrześniu 1856 roku do Michała Kleczkowskiego pisał:

W Ameryce za maleńki rysuneczek dla sztycharzy robiony płacono mi trzydzieści i czterdzieści fr., takich dwa na dzień robić mogłem – więc sześćdziesiąt – czasem osiemdziesiąt franków –ale cóż! … Po pewnym  przeciągu czasu  nie jesteś w stanie tworzyć – bez życia inteligentnego, biblioteki i muzeum – tak, że to przechodnie tylko roboty – trzeba więc koniecznie swoją szkołę stworzyć – nie można inaczej!

            Tak że popadłem był w Ameryce w melancholię taką, iż ledwo wyciągnąć się mogłem.

Z tego krótkiego fragmentu listu ładno dojść do wniosku, czego najbardziej w Ameryce brakowało poecie i malarzowi Norwidowi. Miał, co jeść i nie musiał się martwić o to, co jutro będzie jadł, ale mimo wszystko głód intelektualny i duchowy był większy niż fizyczny. 

Pisał o Ameryce, po zakończeniu wojny secesyjnej, gdy Ameryka w zaledwie kilka lat stała się potęgą światowa, co miało ogromne znaczenie dla reszty świata, i pisał o Ameryce, gdy ona pełną parą wkraczała na drogę krwiożerczego kapitalizmu i imperializmu, gdy kupiła od Rosji Alaskę, podpijała Kubę i Filipiny, uzależniała od siebie państwa Ameryki Południowej. Potrafił współczuć afrykańskim niewolnikom w wierszu z roku 1859, pt. Do Obywatela Johna Browna, który walczył o prawa do wolności czarnoskórych obywateli i za tę walkę zapłacił swoim życiem. Do dzisiaj jego treść porusza wszystkich tych, którym jest bliska idea wolności i pokoju, sprawiedliwości i równości społecznej, a obraz Ameryki, jako symbol wolności nie powinien być splamiony takimi czynami jak śmierć niewinnego człowieka walczącego o wolność drugiego.  C.K. potrafił być też brutalny i nieprzyjaźnie nastawiony do Indian.  W wspomnianym już wierszu pt. Praca, poeta bardzo wyraźnie mówi w trzeciej zwrotce o rdzennych Amerykanach, których tak scharakteryzował:

Widziałem Indian dzikich w Ameryce
I wiem, w ojczyźnie własnej wyszli, na co
Gdy pogardzili rzemiosłem i pracą,
Na łowy jeżdżąc lub malując lice-

Wiersz nie wymaga dogłębnej interpretacji, bo jest zrozumiały a poeta jasno się wyraża o Indianach, kilka wersów tej samej zwrotki pisze; Widziałem mężów z piórami na głowie /Noszących tarcze ze skóry żubrowej.  Cena, jaką zapłacili Indianie za swoją odrębności i własną kulturę była ogromna. Norwid za cenę własnej wolności też zapłacił cenę ogromną, jego język świętujący jego myśli poprzez słowa wyłączył go ze strefy komunikacji ludzi czytających poezję, zbyt wielkie skupienie się na sobie samym stało się przeszkodzą dla jego czytelników.  Taką cenę mało, kto chce zapłacić, bo poeta sam siebie zamknął rynek czytelniczy, – bo kto chce kupić wiersze niezrozumiałe, a jednocześnie pozbawił się wsparcia, a właściwie, to krytycy pozbawili go wsparcia pisząc o nim nieprzychylnie.  Jednym chyba z największych „wrogów”, jeśli tak można powiedzieć twórczości pisarskiej Norwida był jego (nie tylko z C.K drwił), rówieśnik Julian Klaczko, uważany przez mu współczesnych za jednego z najwybitniejszych umysłów swojej epoki. Otóż Klaczko swoją ironią szyderstwem, czasem nawet i pogardą nie tylko ośmieszał poetów/twórców, których upatrzył sobie na swoje ofiary po prostu ich nie tylko literacko niszczył.

W 1860 roku, więc siedem lat po powrocie z Ameryki wciąż powołuje się na swój pobyt tam i jak to nieźle mu się tam żyło. Niezadowolony w liście do Kazimierza Władysława Wójcickiego i Redaktora „Dziennika Ilustrowanego”, daje mu do zrozumienia, że zamieszczony przez redaktorów jego rysunek był zrobiony, gdy miał dziewiętnaście lat. Dalej Norwid pisze autor tego dzieła:, żyje od lat wielu z rysunków swoich, a mianowicie w Ameryce głównie z tego jedynie jadł i pił”. I aby udowodnić, że upływ czasu tylko polepszył jego rzemiosło rysowania dołączył do listu najnowszy rysunek, po to, aby redakcja i czytelnik mógł także zobaczyć postęp, jaki artysta od tamtego czasu zrobił. To nie pierwszy raz, gdy artysta Norwid zwraca się do wydawców gazet, aby lepiej go traktowali, poprawia ich i poucza.  

Słaby, chorowity poeta – obywatel Norwid był i jest potrzebny naszemu społeczeństwu, robotnik słowa bez stałej pracy i zajęcia, artysta z mnóstwem wolnego czasu, tak naprawdę nigdy nie był bezrobotny, dokonał wyboru, wybrał sztukę i musiał pracować na kilka etatów: Norwid pisarz, Norwid malarz, Norwid rzeźbiarz, Norwid myśliciel, każdy z tych prac wymagał ogrom wysiłku i energii. Poeta sam chyba nie do końca zdawał sobie sprawę z tego, że stał się zakładnikiem własnego talentu, którego w żaden sposób nie przekazać tak, aby przełożył się on za zarobkowanie. Napisane przez niego wiersze i poematy z taką wielką troskliwością o czytelnika, to wielka inwestycja emocjonalna poety w przekonaniu, że sztuka to strefa nieograniczonej wolności i kreatywności może nie tylko poszerzać horyzonty intelektualne, ale też może uczyć i leczyć.

Zakończenie

W roku 1877 poeta trafił szczęśliwym zbiegiem okoliczności, dzięki pomocy krewnego, do domu opieki św. Kazimierza, a tam na dwa lata przed śmiercią marcu 1881 roku pisał:

Smutno życie porzucić i zamknąć się w sobie.
Żyć czuciem własnym, własnych marzeń przędzą,
Lecz smutniej o wiele być na życia grobie
I ducha skrępować młodości swej nędzą

Jak podają źródła dwa dni póź­niej po­cho­wa­no go na cmen­ta­rzu w Ivry, z pię­cio­let­nim pra­wem do gro­bu. 28 XI 1888 szcząt­ki prze­nie­sio­no do Mont­mo­ren­cy i po­cho­wa­no na koszt Mi­cha­li­ny Za­le­skiej w „na­ro­do­wym” gro­bie zbio­ro­wym nr 42.

Jednak to nie koniec jego pośmiertnej wędrówki: nie wy­ku­pio­no mimo fun­du­szy, miej­sca „wie­czy­ste­go”, lecz je­dy­nie cza­so­we na pięt­na­ście lat. W kon­se­kwen­cji w roku 1904 mia­ła miej­sce eks­hu­ma­cja i prze­nie­sie­nie szcząt­ków do jed­ne­go z gro­bów zbio­ro­wych dla „do­mow­ni­ków” Ho­te­lu Lam­bert. Za spra­wą tego osta­tecz­ne miej­sce po­chów­ku po­zo­sta­je nie­usta­lo­ne, zaś uro­czy­sto­ści od­by­wa­ją się w Mont­mo­ren­cy przy gro­bie z roku 1888.

Jego pierwszym uczniem, nie wnukiem, tym bardziej nie późnym wnukiem był Stanisław Brzozowski, który urodził się na pięć lat przed śmiercią poety. To on był tak naprawdę pierwszym wnikliwym czytelnikiem Norwida, rozumiał go i w pełni zdawał sobie sprawę z tego, dlaczego poety jego rówieśnicy, mu współcześni odrzuci go. Zrozumieć Norwida poprzez Brzozowskiego to zrozumieć podstawowe zagadnienia nowoczesnej/współczesnej kultury polskiej. Krytyk w swoim wiekopomnym dziele pt. „Legenda Młodej Polski” w obszernej pracy tak pisał o Norwidzie:

Znamy z Norwida właściwie postawę, gest, nie to, co żyło poza postawą. I może trudno sobie wyobrazić bardziej całkowity antagonizm, niż ten, jaki istnieje pomiędzy rozumieniem Norwida, a tym, co dzisiaj za kult jego uchodzi. Dobitnie można to w ten sposób określić, że forma śmierci, jaką tragizm losu Norwidowi narzucił, stała się dla nas treścią jego dzieła, to jak go świat zabijał – istotą jego życia. Z Norwida wzięliśmy maskę pośmiertną, i ten jej odlew gipsowy ukazujemy, jako żywą twarz poety. A może niewielu jest poetów i pisarzów, dla których w tym stopniu byłoby takie utożsamienie niezrozumieniem ich. Treścią, bowiem dramatu Norwida jest to, że żyć nie mógł, nie mógł żyć tym życiem, jakie miał w sobie, że cały bieg jego żywota był tylko nieustanną samoobroną, mężnym wysiłkiem nieuronienia niczego ze świata, jaki miał w sobie.

  W tym zacytowanym przeze mnie fragmencie możemy dostrzec Brzozowskiego nie tylko jak wnikliwego czytelnika strof Norwida, ale także, jako kontynuatora jego myślenia, kogoś, kto doskonale rozumiał emigranta z Paryża. Obu twórców łączą myśli przyjrzeniu się świadomie i odpowiedzialnie romantyzmowi, bliżej niż to robili inni. Brzozowski cenił w twórczości C.K. rolę pracy i siłę tworzenia w życiu ludzkim. Nie ulegał modzie, która zapanowała na Norwida, bo „odkryciu” go przez najbardziej zasłużonego dla jego powtórnych narodzin Zenona Przesmyckiego. Brzozowski uważał taką modę zjawiskiem płytkim, powierzchownym, która w żaden sposób nie ukazywała twórcę, jakim naprawdę był Norwid. Ta moda trwa do dzisiaj i wielki poeta, wielki obywatel Polski C.K. Norwid wciąż czeka na swojego późnego wnuka. 

W 2001 roku zie­mię z jego mo­gi­ły umiesz­czo­no w Kryp­cie Wiesz­czów Na­ro­do­wych w kra­kow­skiej Ka­te­drze, prochy jego spoczęły w pomieszczeniu z prochami ludzi, których „niezrozumiały poeta” lubił i cenił, ale od włożenia „ostrej szpilki krytyki” nawet przez moment się nie wahał, dotyczy to przede wszystkim „wielkoluda” Mickiewicza.  Jak już wiele razy tutaj zostało powiedziane w zrażaniu sobie ludzi, często nawet przyjaciół nie miał sobie równych. Jednak to nie jest najważniejsze, najważniejsze jest to, że za swoją niezależność i geniusz poetycki zapłacił najwyższą cenę, próbował udowodnić, że żyje, że jest artystą, ale jego historia powinna być przestrogą dla tych wszystkich samotników, którzy nie potrafią funkcjonować w grupie. Indywidualnie, czyli na własną rękę szukał i pragnął dobra i prawdy, tym dwóm słowom, ideom pozostał wierny aż do śmierci. Te dwa słowa stały się kamieniami fundamentów, na których wybudował swoją twórczość. Był okrutny dla samego siebie, nie pobłażał innym, dlatego złośliwy los umieścił go na dwa pokolenia na marginesie historii, dopiero trzecie pokolenie po jego śmierci w 1971 wydało jego twórczość zebraną.

Adam Lizakowski

Chicago 2010.  Świdnica listopad/grudzień 2021.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko