Ida Talma – wiersze

0
112
Ryszard Tomczyk

            ***

kiedy jest
czy wtedy, gdy nie masz czasu na samotność
wychylasz się ze swej duszy i biegasz
naokoło, zrywając liście i kwiaty
aby nie zasłaniały widoku Panu
czy wtedy, gdy otulasz się futerkiem cierpień
 a Twoje namiętności drżą czekając

             ***

Święty Mikołaju
zapraszam  Cię na moje wesele
ale nie przychodź
bo tam nie wpuszczają
w miękkich czerwonych płaszczach
w które chcesz by się wtulano


            ***

snują się twarze szare
opary odrazy wychodzą im zza kołnierza
brudne płaszcze okrywają szkielety bez czucia
chmury nieporozumienia przesłaniają im oczy
deszcz zmęczenia sieka drobnym kapuśniakiem
groza milczenia zatyka im usta
ręce samotnie opierają się na torbach
rozkoszy materii niestrawionej jeszcze
tłum i ten jeden
idą, idą i czas idzie z nimi
Mija Nas, których nie ma


           ***

ropucha niedostatku rechocze cicho:
kocham życie
liszka niepokoju sunie
po rozbitym szkle
krwawiąc zielono
motyl otępienia trzepocze skrzydłami
nocą i dniem
a ja żyję ciągle i uparcie
balansując na jeżu


            ***

czy ja mam żółte serce
od waszej obojętności
czy ja mam żabie oczy
od waszej podejrzliwości
czy ja mam zieloną krew
od waszej nieuczciwości

            ***

buduj miłość
z zaciśniętymi zębami
ze zmęczenia i smutku
z niedostatku
z uśmiechu dziecka
ze szmeru wiatru
z promyczka słońca przeskakującego
zza krat niemocy i bólu


           ***

prosto idę chwiejnym krokiem
kołem wołam
krzywą zrywam niespełnioną przyjaźń
zygzakiem myślę
skośną serce mi ściska samotność
ale czemu z mej duszy chcecie zrobić
prostokąt

            ***

Smutek
niteczka łącząca przeszłość z przyszłością
nastrój refleksji nad gniewem szalonym
cisza obolałej duszy
struna szarpana zmęczonego umysłu

           Śmiech

Chudej chichotki chichy.
Dzwoneczki dziecięcia błyszczą w uszach.
Grzmoty trzęsącego brzuchem grubasa rechocą.
Pięknej madonny mgnienie leciutkie jak tajemnica tęczy.
Zależność splatająca wtóry zakochanej pary.
Spontaniczne gruchoty nastolatek.


           ***

rozsiadły się diabły na wieczerzy
dysputa o niebieskiej bramie
anielskiej
klucza szukają
nie mają
klamki szukają
nie dotkną
próg chcą podeptać
nie znajdą
a jednak chwalą
anioły za lekkość
skrzydeł niewidzialnych
co czarne rogi obetrą
ogony chowają wstydliwie
łzami wino okrapiają
nad bigosem rozprawiają
kto pierwszy odkrył
dziurkę od klucza
co przez nią Boga widać
czy zieloną trawę
sprzeczają się
szarpią za kołnierze
fajki palą krzyczą
postanowili
malują piekło na czerwono
bo zadymione kurzem z niebios

           ***

mały skromny doktorek
w wybłyszczałym garniturze
stawia mu diagnozę
kicha Pan na towarzyskie adoracje i fochy
jest Pan uczulony na strugi deszczu na szybach jesiennych
serce Panu skacze na synowskie błazenady
oto moje zalecenia
trzy razy dziennie pić ze strumyka nadziei
trzy razy dziennie jeść z talerza porozumienia
co szesnaście godzin sypiać pod pierzyną dobroci



Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko