Katarzyna Boruń-Jagodzińska – wiersze

1
295

(z serii „Za-leśne”)


Postawili jesion

A gdzie go postawili?

Na ziemi.
Kto, jacy oni?
Północni mocni.

Mocny, północny,
żeby niebo podpierał,
żeby ziemię trzymał,
scalał
oboje.

Niebo
jesion ścięło
gromem.

Niepowalony, rozdarty
stoi.

Drzewo życia
jeszcze bardziej do życia
skłania się
nastawione,
drzewo życia
gościnne.

Górą –
skórzaste wachlarze grzybów,
dołem –  
plaża kowali,
mrówek szlaki,
żleby.

Najwspanialsze,
Najdoskonalsze,
w czaszce dziupli,
jak samsonowego lwa,
woskowe plastry,
kołomyjka pszczół.

Północno pomrukuje burza.
Do następnej próby
sił.


Drzewnie śpiewnie

Zaroiła się korona

liście zwijają się
w trąbki i flety,
błyszczą w słońcu
diamenty
hematyty
szpaków.

Zerwały się
liście
same
bez wiatru.


Niebieskie jaja w jałowcu kamuflują 

Komu mają mydlić oczy
jaskrawym błękitem, 
odwrócone ku niebu 
brzuchy samolotów? 

Kto ma ich nie widzieć, 
gdy rodzice w beżach i brązach 
gonią za chlebem?

Bluebox? Greenbox?
Wyświetlają się na nich
pustota i czczość

w zabójczych oczach niebieskopiórej
krzykaczki.

Aby powracających 
nie powitała
otwarta gęba
gniazda.
Pusta.


Okres lęgowy

Popielec trwa ­­­­mimo maja,
wiosny płomienisty gotyk
spala się w bezdusznym słońcu.
Czymże teraz karmisz, ziemio, wiosno,
swoje pisklęta?
Płomyki
dziobów wyrastają chwiejnie z gniazda
jak z oliwnej lampki,
jak z kręgu znicza o kilku knotach.
Wznoszą się chybotliwie cienkie szyje
na grubym wietrze.
Nasycić je paliwem mądrej panny –
wroniej matki, wroniego ojca
o głowie z węgla,  o skrzydłach z popiołu.
Aby młode mogły ulecieć namierzając niebo
lotem czy fruwaniem spalonych rękopisów,
maszynopisów, listów, zatłuszczonych papierzysk
ikaryjskim lotem
z dokładną granicą – miarą wysokości,
żeby, Boże broń, nie dosięgnąć błękitu i złota,
z olejem w głowach, z prochem ziemi w palcach,
pozostać w umiarkowaniu
popielatym, postnym,
w adwentowym mroku.


Drzewnie lipnie

armata lipy
pniem mierzy do mnie z trawy
wicher kanonier

z ukosa

laweta korzeni
wydziera się
w niebo
niemo

ledwo szepcze
kwiat niedorosły

po nocy idę
po nocy widzę
leży

gdzie odziemek
nie widzę

wieczorem
stało

o północy
leży

rano

skąd tu
skąd tu

puka
leżącego

skrzydlacz
dziobaty.


Na Muranowie  ̶  dziewiętnasty kwietnia  ̶  utwór tak zwany okolicznościowy

Czy chociaż jedna 
rajska jabłoń kwitła?
Kwiecień gorący. 
Kwiecień gorejący.
Okrutniejszy 
od angielskich wierszy.
Kwiat blady jak śmierć,
jeszcze wtedy mawiano: „jak śmierć angielska”,
dziś czerwieni się 
mocniej 
krew z ziemi 
ssie.
Słyszano ponoć szum tętnic, puls korzeni, cmokanie roślinnych ust,
wąsko sklepionych ceglanych jelit miasta,
bo, ktoś napisał, serce nasze w tej ziemi.
Bo ziemia,
zwykle nienasycona,
łudzi nas, że wreszcie
syta krwi.
Krzew gorejący  ̶  lampa.
Z ziemi knot,
czyli węzeł, a więc sznur.
Siekiera przyłożona do korzeni.
Ogień odbija się w ostrzu.


(Z wierszy szorstkich i krzykliwych)


Bobek

Jeżeli Ziemia,
Księżyc

to suchy
zajęczy
Bobek
Wszechświata

Wszechmocnego
gałka z chleba
z nudów ukręcona
przy pustej rozmowie,

to musiał
być i taki, co nie?
co nie brzydził się
gnoju

aby
z tego łajna
nie tylko pleśń i grzyby
o misternych wzorach,
żeby
ta zieleń i na niej rosa.
Co?
Nie ?
Aby  wyrosła na nim,
nieforemnym
globie,
koniczyna trójlistna
ze łzami.

Jakiś
ogrodnik
kuli,
tokarz,
szlifierz,

Zbawiciel.
Duch.

Nie tylko
wyrobnik
gliny.
Ziemi ugniatacz.


(Z wierszy szorstkich i krzykliwych)


Pełnia trwa już tydzień – Freestyle Moon

Kiedy szłam rano,
zaczynało pękać
kwiecie mirabelki.
Wieczorem, gdy wracałam,
już leżało opadłe.
Ktoś szlochał nad upływem czasu, wiosny, roku, dnia.
Zanosi się na noc.

Noc naciągała – esencja dnia.
Nadciągało przesilenie,
Albo raczej przejaśnienie.
Nie sposób usiedzieć I uleżeć
się do wyjaśnienia.

Rowerzyści
zapominali, że jest coś takiego, jak dzwonek,
zebrali się w maszynę
o tysiącu kółek.
metalowy pleń
pełzł miastem.
Zapomnieli, że po wyrwaniu im kół
będą znów  przechodniami

Dziś byłam
niemym świadkiem
wytrysku.
Nie tego płodnego,
chociaż w wodzie I powietrzu
kłębiły się twory z obłymi główkami,
nie, to był raczej wypływ ropy,
jakby organizm miasta
pół roku ziębiony,
prze- i o-
wy-
ziębiony,
prze
studzony
dostał gorączki.

W febrze
miasto
dobywało gęstej cieczy,
to było ciepło rozpalonej głowy
i żwawe ludowe rumieńce
na stożku
karbunkuła.
War zapustny.
Zaognia się.

Trudno było
przecisnąć się ulicą,
ludzie mówili i jedli głośno,
kelnerzy obojga płci
zagradzali drogę,
porywali do środka.

Bawmy, jedzmy,
konsumujmy
się, się, się.
Co metr
inna melodia, swąd i barwa
pętały
zmysły.

Rozkrzyczały się
okna i balkony,
nawet psy
są rozszczekane inaczej,
bo pełnia trwa już tydzień.

Tej nocy
tłumy grzeją się
nie 
nasłonecznionymi kamieniami
domów i bruków,
grzeją się przy
kominie pożarów,
wczoraj spłonął teatr,
dziś dom wariatów,
przedwczoraj fabryka
(a Centralny Dom Dziecka stoi – to prawie cytat z poematu Piotra B.,
gdzie Dom Dziecka spłonął).

Miasto grzeje się klaczo i suczo,
tłum grzeje się ciepłem pożarów.

Wypływa ropa.
Jedna okrągła kropla
na lustrze nieba.
Zanosi się na więcej.

Pełnia trwa już tydzień.
Jeszcze nie skończył się
ten wieczór,
dzieje się ta noc
na granacie.
Musiała wybuchnąć.
Pełnia trwa już tydzień.


(Z serii „Pisarz malowany”)


Dansing, jeszcze raz dansing („Biały boston”)

Podrygują pary
na parkiecie.
Parkiet stary,
trzeszczy.
Jedwab sukni się gniecie
pod spoconą dłonią
fordansera.

Rękawiczki gdzieś zgubił
w toalecie,
– cholera – zgrzyta.
Refrenistka balansuje na obcasach
w kręgu,
na śliskiej plamie światła
omal nie pojechała,
o mało nie padła.
Chwyciła się frazy.
Biedny gigolo wierszy nie czyta.
Jednak w głowie mu dzwoni
maczicza z Titanica.

Gitarzysta do rytmu
czubkiem buta stuka,
Bostona!
Klarnet się kręci wokół osi,
a przy barze zmieszana
kobieta
rozgląda się po sali.
Pali.

Ta pani prosi,
ta pani prosi,
prosi,
nie ta,
tamta,
ona.

Do bostona,
tego w śniegu,
do bostona,
woła
jak w zadymce,
jak z sań,
jak z izby
pełnej parobków i pań,
urok rzucony,
raz do koła,
spoconych rąk
odwieczny krąg.
Półsenny, choć do świtu daleko.
Chodzony, nie mazur, nie obertas
w głowie dzwoni,
jeszcze nie zsiadło się mleko,
będzie na rano.
Goń Rachelę, poeto,
dopisz parę zdań.
Goni.


Na szklane anioły Tomasza (Szklarza) Łączyńskiego
zesłane na cmentarz w Czarnem

Anioły
szklanne harmoniki kręgi
Anioły
Przezroczyste,
Przeczyste,
Przeźroczne,
Bezmięsne,
Bezkrwiste,
bezwinne.
Nad ziemią udeptaną,
ugniecioną,
uciskaną,
skalaną,
jak nad zamulonym dnem
meduzy opale morskie
falujące
całymi
sobą
płyną.

Zastygły.


Szkło

1.
Szlak – rubinowy kręgosłup gąsiora.
Idzie
na szklana górę głupi Jasio –
najmędrszy z braci,
z których już dawno kamienie.
Po tłuczonym szkle stąpa,
potłuczonym sercem dzwoni.
Po tłuczony rozum chrzęszczący pod nogami.
Gołymi palcami zbiera.

2.
Koniec świata!
W szkło zamrożeni,
zamrożeni w szkle,
wtopieni, spieczeni,
nie dopatrzeni,
niedopatrzeni
nie do patrzenia przez.
Przez co?
Przezroczyści ? nie!
Wody twarde,
skawalone fale,
emaliowe oczy.
Co zostanie?
z pieca żużel szklisty,
zeszklony świat nieprzezroczysty.
Kula porowata.

3.
Bać się wody nocą,
bać się lasu o zmroku,
bać się mostów
o każdej porze.
Wszędzie noże.
Źdźbło w oku.
O Boże, tyle tego,
rozbiła się z baniem bania
o rany!
Ostre szkło.


Katarzyna Boruń-Jagodzińska

Poetka, tłumaczka, publicystka. Urodziła się w 1956 r. w Warszawie. Autorka kilku zbiorów wierszy.  Debiut prasowy w „Nowym Wyrazie” 12/1974. Jej wiersze, publicystykę i przekłady opublikowano w wielu antologiach i czasopismach literackich w kraju i zagranicą. Wiersze tłumaczono na angielski, czeski, flamandzki, francuski, hiszpański, niemiecki, rosyjski, słowacki, węgierski, włoski i wietnamski. Członkini i działaczka Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, PEN Clubu i Stowarzyszenia Wolnego Słowa. Przekłada z języka czeskiego i słowackiego. Jako publicystka i tłumaczka zajmuje się głównie historią opozycji z lat 1968-1989 i kultury niezależnej w Polsce i Czechosłowacji. Organizatorka wystaw sztuki i działań artystycznych. Studiowała scenariopisarstwo w Wyższej Szkole Filmowej w Łodzi (1980-82). W roku 1989 uczestniczyła w International Writing Program na Uniwersytecie Iowa (USA). Pracowała w czasopismach. Prowadziła klub-galerię artystyczną „Nigdy-Nigdy” na warszawskim Grochowie. Dokumentuje życie literackie i tworzy krótkie filmy autorskie związane z literaturą i sztuką. Redaguje społecznie kwartalnik Oddziału Warszawskiego SPP „Podgląd”. W 2016 odznaczona Brązowym Medalem Zasłużony Kulturze Gloria Artis.

Strona autorska: http://borun-jagodzinska.blogspot.com/

Reklama

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko