Robert Gawłowski – wiersze

0
707


Gnuśni

Od obrad odciągały ich sprawy. Wstyd
powiedzieć, jakie. Nie pojmowali nic,
ani wagi swych powinności, ani tego,
co znaczy ich głos oddany w porę.  

A tokowali, a skrzeczeli po Mieście,
jak głuszce w barbarzyńskiej puszczy.
I nawet, zwykle oporny, lud wtórował
im głośno na ulicach, za sędziami.

Jednak w senacie katastrofa, brakło rąk,
choć trzeba było tak niewiele. Cóż o nich
powiedzą następne pokolenia? Że mali,
że niegodni, że niemrawi w polityce?

Hegemon, drżał, gdy policzył swoich.
I już, już widział swój upadek. A teraz?
Rechocze, natrząsa się z optymatów.
Ależ ma zabawę! I tak zrobi swoje.

Gnuśni więc, będą chować się po kątach.
Zapytani wprost o przyczyny absencji,
nakłamią i naplotą, co ślina na język
przyniesie. A republika? Co z republiką?


Z przesłuchań Koriolana

No więc, kolejny raz, stawia się na wezwanie,
Koriolan. Poetyka tych przesłuchań 
jest aż nadto znana.  

Szemrana komisja zastawiła sidła, wszędzie 
pułapki, a lud mu niechętny gniewnie 
pomrukuje.

Trybunowie, w swej łaskawości, radzi widzieć 
w nim zdrajcę, ale on ze spokojem 
odpiera zarzuty.

Obnaża fałsz i niecne zamiary wrogiej koalicji,
sieje niepokój i podważa, czym stoi owa
bałamutna władza.

Niechby tam sobie żył pośród obcych Wolsków, 
ale nie, on powraca w granice republiki
i na cały głos złorzeczy.
Wciąż brak dowodów, że przywłaszczył łupy, 
lecz sztuka pomówień, trefna retoryka, 
zohydzą nawet Koriolana.


Resztkami sił

Dumni niegdyś z języka republiki porzucają
zasady.

Z dnia na dzień, coraz szybciej, postępuje 
rozkład gramatyki.

Trudno powstrzymać zarazę i gnilne procesy 
znaczeń.

W siłę urosły kolonie inwektyw i komuny
antynomii.

Bandy wulgaryzmów bez litości pustoszą
składnię.

Oddziały bezokoliczników dobijają stronę 
czynną.

Z pysznej fleksji została już tylko uboga
deklinacja.

Resztkami sił broni się jeszcze partykuła 
„nie”.


Przeczucia

Powiadają, że jeszcze trwa republika, że 
nie upadnie póki my.

Lud się nie burzy, dopóki podatki, cła
pokrywają deficyt.

Gospodarka rzekomo wytrzyma, znaki
upadku wciąż ukryte.

A jednak coś wisi w powietrzu, kryje się 
w plebejskich zaułkach.

Dopiero szuka sobie miejsca, nie ma formy,
imienia i twarzy.

Niekiedy przemyka między kolumnami, 
przepoczwarza się.

Czepia się snów i widzeń pomylonych,
wchodzi do głów.

Zatacza się, bełkocze i coś tam do siebie
niezrozumiale mruczy.


Oratorzy

Mowy ich są plugawe. Słowa cuchnące
uryną. Znaczenia zamienione w łajno.  

Pełne frazesów, inwektyw i kalumnii, 
łajają się wzajem argumenty.

Niewiele, albo i nic, mają wspólnego 
z zapomnianą sztuką retoryki.

Nie objaśniają, a zaciemniają. „Patria”
i „partia” znaczą już to samo.

Upadłe szkoły już dawno przestały uczuć
koniunkcji, alternatywy, implikacji.

Przetrwała tylko wrzaskliwa negacja. 
Biegli w jej sztuce odwracają prawdy.


Pod łukami chwały

Pobita kohorta, z rannymi na tarczach, 
ze smutkiem i wstydem wraca
do miasta.

Pod kopytami koni łajno, błoto, resztki, 
duszący odór, co oddech 
odbiera.

Uliczni kupcy zwijają stragany, psy 
jak szalone szarpią 
ochłapy.

Nierządnice w zaułkach obnażają
ciała i tłuste muchy obsiadają 
strawę.

Pod łukami chwały zgasłego imperium
już tylko szczury zajadle walczą
o swoje.


Znaki

Te znaki zwiastować miały pono 
upadek hegemona, lecz on, 
uparcie trwa i broni swej 
obłudnej opowieści.  

Wciąż są przy nim ci, których 
wyniósł, obsypał złotem 
i urzędami przywiązał 
do tronu.  

To oni boją się najbardziej utraty,
przez co gorliwie, z oddaniem,
bez granic, wciąż służą i jemu
i sobie.

Z niego to ich pyszne jestestwo, 
te kręgosłupy drżące, te twarze 
sztywne i te usta małe, 
zaciśnięte.

Pod skórą czują jednak koniec i to, 
że po nich przyjdą ci, co już, już,
przestępując z nogi na nogę, 
stają u drzwi.


Zapłata

Gdy wykrwawia się republika i ubywa ducha,
o ostatni ratunek proszą poetów.

Choć mają niewiele, ledwie słowa pod językiem, 
z oddaniem spełnią powinność.

A kiedy przyjdzie poprawa i lepiej pójdą sprawy,
stracą zajęcie, jadło i mieszkanie.

Niech znów zapijają żale, tną żyły, zaciskają
pętle, czy skaczą w mętne wody.

Niczego, ponad niewdzięczność i zapomnienie,
nie będzie mieć dla nich  ojczyzna.

ROBERT GAWŁOWSKI (1957) – poeta, krytyk literacki, dramaturg, scenarzysta, autor audycji i słuchowisk radiowych, w przeszłości związany z Polskim Radiem we Wrocławiu.
Debiutował jako poeta w roku 1977. Opublikował zbiory wierszy: Nie ukrywajmy tego szaleństwa  (1983) , Ograniczony wybór (1984), Marko Polo szuka nowej drogi (1984), Marko Polo (1987), Podróż chroniczna (1997),  Georg – ostatnie chwile, ostatnie błyski (1998) oraz Książeczkę o poezji (1997) Jest autorem sztuki teatralnej o Edycie Stein pt. Droga w ciemności (premiera radiowa – 1992, premiera teatralna 1997). Wiersze, recenzje, szkice i eseje publikował w wielu czasopismach literackich w Polsce i za granicą. Laureat Nagrody im. Stanisława Wyspiańskiego (I stopnia w dziedzinie literatury – 1988). Współtwórca Międzynarodowego Forum Sztuk Akustycznych pro arte acustica MACROPHON  (1991, 1994) oraz artystycznego Radia Copernicus (2005) wyróżnienie honorowe światowego festiwalu sztuk multimedialnych Ars Electronica ‘2006.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko