Stanisław Nyczaj – O dwóch takich, co skradli mi serce

0
333


Wspomnienie o Eugeniuszu Kabatcu (1930–2020) i Józefie Szajnie (1922–2008)

*

        Eugeniusza Kabatca znałem od, zapewne, 2002 roku. Przyjeżdżałem na posiedzenia Prezydium Zarządu Głównego ZLP, jakie odbywały się mniej więcej cztery razy w roku w pokoju nr 2 na pierwszym piętrze Domu Literatury przy Krakowskim Przedmieściu. Tam miały miejsce zebrania SEC-u i gdy sprawy skłaniały mnie do pozostania w Warszawie, zszedłszy z hoteliku (wówczas cenowo bardzo przystępnego), trafiałem na zebrania ciekawy, jak widzą naszą kulturę i literaturę starsi koledzy, bywali w świecie, w perspektywie europejskiej. Miałem przyjaciół w SEC-u: m.in. Bożenę i Janusza Termerów, Walentynę Mikołajczyk-Trzcińską, Marię Wollenberg-Kluzę z mężem Tadeuszem, prof. Marię Szyszkowską z mężem Januszem Stępniem, Zdzisława Łączkowskiego, Grzegorza Wiśniewskiego, Wacława Sadkowskiego. Walentyna i Janusz, będący w Zarządzie, zagadnęli któregoś razu, czy wydałbym tom sumujący dokonania Sekcji Polskiej Stowarzyszenia, na co mają środki. Zachwycili się antologią pt. Mimo milczenia…, jaką z edytorskim rozmachem sprawiliśmy na XXXI Warszawską Jesień Poezji (2002), do której wyboru wierszy poetów polskich i wielu zagranicznych dokonał Andrzej Gnarowski przy współpracy Grażyny Wojtkowskiej, Krzysztofa Gąsiorowskiego i Marka Wawrzkiewicza, autora wstępu. Byliśmy tej antologii (ja z żoną Ireną) skrupulatnymi korektorami. Już wstępny tekst Markaw motywacji tytułu tomu (Mimo milczenia…) nas zastanowił, skoro przy sporej jego objętości – ok. 250 stron samych utworów sześćdziesięciu polskich poetów z kraju, europejskiej Polonii i świata (dwóch utalentowanych z Chin, jakich gościłem w Kielcach, mogąc docenić) – nie licząc not biobibliograficznych – konstatował: „[…] prawda jest przykra. Poezję otacza społeczne milczenie. W pamięci narodów kołacze się kilka cytatów z klasyki, choć narody nie wiedzą, skąd pochodzi cytat i w jakim zabrzmiał kontekście, Tłumy przechodzą ulicami nazwanymi imionami poetów z minionych wieków i dziesięcioleci – ale te ulice kojarzą się tłumom z domami, sklepami i autobusami, a nie z ludźmi, którzy kiedyś tam żyli i tworzyli. Najlepiej wykształceni znają kilka nazwisk współczesnych poetów i na słowo wierzą, że są oni wielcy, nie próbując tego sprawdzić. Może sami jesteśmy sobie winni? […] Może nasz język przestał się komunikować z rzeczywistością, w której żyjemy, a może po prostu nie wynaleźliśmy języka z nią kompatybilnego? Jakby nie było – jesteśmy otoczeni milczeniem lub pogłosem. I jakbyśmy nie udawali […] wolnych od pragnienia zrozumienia, rozgłosu i sławy, to przecież nie piszemy dla siebie czy grona najbliższych. Pragniemy przez to milczenie się przebić. Piszemy, żyjemy «mimo milczenia», żeby temu milczeniu zaprzeczyć. […] Piszemy, bo jest to nie tylko wewnętrzny przymus, ale również nadzieja, ten list wysłany pod niewiadomy adres, do kogoś jednak dotrze”. Marek dalej, oczywiście, przekonywał, że organizując co roku Warszawską Jesień Poezji wraz z antologią „odnawiamy tu, [w Warszawie, miejscu poezjotwórczym] nadzieję, bo znajdujemy wdzięczną publiczność i możemy się spotkać z przyjaciółmi”.

        – Ta ambiwalencja wiary w sens tworzenia wobec pustki milczenia zawsze wydawała mi się siłą napędową, impulsem-porywem do tłumienia w sercu odium klątwy zwątpienia w możliwość przełamania zmowy obojętności. Wyrabiałem tę upartą moc w sobie poprzez ustawiczne słowodziałanie – zwierzyłem się ze swej wewnętrznej determinacji nowo poznanemu Eugeniuszowi Kabatcowi, który, wyczułem, miał w dyskursach cierpliwą wyrozumiałość. Położył mi gorącą rękę na ramię i wypalił od serca:

        – Zgadzam się, tak jest w istocie! Jednakowo myślimy. Tak też sądził, jak pamiętam, Jarosław Iwaszkiewicz. Ileż z nim godzin przegadałem. Więcej na Sycylii, gdzie czuł się rozluźniony od polityki, niż w tym pokoju, w którym przytakuje nam z portretu. Racja, Stanisławie, spotykajmy się!

        I jakoś tak, zachęcony życzliwością, przylgnąłem do nowego grona, tym chętniej, że przewodził mu znakomity twórca Józef Szajna (który przeżył dantejskie piekło obozów koncentracyjnych Auschwitz-Birkenau i Buchenwald, ukazane we wstrząsającym wspomnieniu Dno), pamiętany jeszcze przeze mnie z kontaktów opolskich, kiedy jako scenograf z niezwykłą inwencją partnerował śmiałym inscenizacjom Jerzego Grotowskiego, wpierw przewodząc konwersatoriom Koła Przyjaciół Teatru 13 Rzędów, w jakich na przełomie szkoły średniej i studiów polonistycznych uczestniczyłem, potem w swej koronnej roli scenografa, autora koncepcji teatralnej konstrukcji pieców zagłady z mnóstwa żelaznych elementów dla śnionych okrutnym snem cieni z dymów krematoryjnych pieców zjaw obozowych więźniów, do fenomenalnej inscenizacji Akropolis wg Stanisława Wyspiańskiego. Piszę o tym nieco szerzej w książce Taniec z Pamięcią. Wokół opolskich lat Jerzego Grotowskiego (Kielce 2018). Byłem z początkiem lat 70. ubiegłego wieku w autorskim teatrze plastycznym Szajny Studio na przedstawieniu Replika o akcji z aktorami bez słów wyrażającej – jak pisano – „krzyk naszych czasów” albo „obraz świata po trzęsieniu ziemi”. Stanęły mi wówczas przed oczami senne koszmary z Akropolis.

        Eugeniusz ułatwił mi odnowienie kontaktu z Józefem Szajną, bardzo w SEC-u poważanym i niezwykle przezeń jako wiceprezesa, a także z osobistego przekonania wysoko cenionym. Opowiedział o jego szczególnym podarunku dla Jana Pawła II w grudniu 2001 w postaci sporych rozmiarów kolażu (180×180 cm) pt. Numer, przedstawiającego ukrzyżowanego więźnia w strzępach obozowego pasiaka i dodał:

        – Historyczna dramatyczność dzieła polega na tym, że są to strzępy autentycznego stroju, w którym Szajna przetrwał obozy. Ofiarowując, Szajna powiedział o skierowanym już do realizacji swoim projekcie światowego Kopca Pamięci i Pojednania na terenie dawnego obozu Auschwitz-Birkenau, gdzie wznoszony będzie przez wszystkich, którzy tam się znajdą i zechcą na kamienny stos garść ziemi i prochów dorzucić. Pomysł tego kopca zrodził się już nieco wcześniej, na okoliczność 50-lecia wyzwolenia obozu KL Auschwitz w roku 1995, jako symbol pokoju z nadzieją że wiek XXI będzie tej nadziei sprzyjał.

        – Jestem pomysłem niesłychanie poruszony – powiedziałem. – Ale pamiętam, jaką obawę prezes Szajna zgłosił, której trudno nie podzielać, iż wydawało się, że druga wojna światowa była ostatnią, a tu okazuje się, że mimo tamtych doświadczeń, nasze trzecie tysiąclecie rozpoczęło się wojną w Afganistanie z talibami, wzmaga się terroryzm w skali globalnej. Tak jakbyśmy, samooskarża się prezes, za mało walczyli o pokój. Jakby twórcy za mało wpływali na ludzi, którzy tworzą różne systemy polityczne i ekonomiczne, którym w gruncie rzeczy nie zależy na stałym utrzymaniu pokoju, a na walce. Dlatego zaproponował, by wznosić kopiec pamięci ofiar ludobójstwa i pojednania ludzi na świecie. Wszyscy zwiedzający miejsce straszliwej kaźni, w tym prezydenci krajów, niech znoszą na kopiec choćby jeden kamień, kładą symbolicznie jedną grudę ziemi – także jako swoje oczyszczenie, katharsis. Nieustannie wiele musimy czynić, aby chronić nasze życie z pamięcią o heroicznych aktach poświęcenia się nieżyjących. Niemniej sama szczera idea pojednania zainspirowała mnie do wiersza, który mu zadedykowałem. Tylko nie wiem, jak go przyjmie. Dałem tytuł Sercem pojednania. Pragnę mu wręczyć osobiście, ale jednak żebyśmy podeszli do niego razem.

         – Skoro tak uważasz, Stanisławie, czemu nie. Jak mam cię asekurować, przeczytaj.
        Stanąłem jak uczeń przed nauczycielem i wyrecytowałem:

        SERCEM POJEDNANIA

        Józefowi Szajnie

        Jakżeż to możliwe!
        Ty, coś najdotkliwiej z nas wszystkich doświadczył,
                zaparłeś się bólu, krzywdy i żalu,
                pałając najświętszym ogniem
                p r z e b a c z e n i a?
                I zamiast rachunku krzywd wystawiłeś
                Dłoń do pojednania?

                Palę się ze wstydu,
                że tak zapiekle w mym sercu chowałem
                szorstki kamień urazy.

                – – – – – – – – – –

                Dziś kopiec wzdętej ściszonym cierpieniem
                ziemi oświęcimskiej
                rodzi dla wspólnej Europy
                s p o k ó j.

                Zrzucam nań z serca mego ciężki kamień
                z ulgą
                                tak wielką i tak współczułą,
jak z zabliźnionych ran wyrosła
Twoja uparta nadzieja.

Uścisnął mi mocno dłoń, zaproponował:
– Mów mi wreszcie po imieniu, tak jak ja się od początku do ciebie zwracam.
Józef Szajna nie tylko się ucieszył, ale jeszcze po krótkim namyśle poprosił, czy mógłbym ten wiersz zaproponować do druku „Gazecie Wyborczej”.
– ?
– Nigdy tam o mnie nie napisano. Może tym wierszem przełamalibyśmy lody?
– Mogę bez trudu w kieleckim wydaniu.
– I tam nie przejdzie „bez trudu”. Przekona się pan.
– Stanisław da sobie radę – poparł mnie Eugeniusz.
– Chyba że razem sforsujecie tę transzeję.
By się nie potwierdziły obawy, poprosiłem znajomego redaktora „Gazety”, Janusza Kędrackiego, o przytoczenie wiersza w tekście rozmowy o Mistrzu, który jak raz obchodził „okrągły” jubileusz i miał w przeszłości kontakt z kielecką sceną pod dyrekcją Ireny i Tadeusza Byrskich. Zaimponowałem Józefowi Szajnie, ku radości Eugeniusza. Zasłużyłem już jako członek Stowarzyszenia na przejęcie steru wydań edytorskich Polskiego SEC-u. Kielecka Oficyna Wydawnicza przygotowała do druku pod względem redakcyjno-komputerowym kompendium pt. Polski SEC. 55 lat działalności na rzecz wspólnej Europy i jej kultury (2004), takie samo w odrębnym dwujęzycznym tomie francusko-angielskim, wreszcie bogaty także w barwne reprodukcje tom Nowy Szajna, czyli o pamięci i pojednaniu (2007) na 85. urodziny wybitnego artysty zrealizowany przez Eugeniusza Kabatca z pomocą Marii Wollenberg-Kluzy, Mirosława Malcharka i moją, po który po dziś dzień sięgamy z satysfakcją.
Na wstępie promocji tego ostatniego w wypełnionej fanami auli warszawskiego Domu Literatury Józef Szajna zawołał, szokując wszystkich:
– Ta książka ma niewłaściwy tytuł. Nie wiem, jak do tego doszło. Co to znaczy „nowy Szajna”?!
– A jaki powinien być? – zapytał zaskoczony, jak my wszyscy, Eugeniusz.
– Powinien brzmieć „Młody Szajna”! Bo ja was wszystkich zapraszam na moje stulecie…

        Długo trwały owacje, nim przystąpiliśmy do meritum wspaniałego spotkania. Artysta był w znakomitej formie. Miał występ popisowy, niepodzielnie nami zawładnął. Z tym większym żalem, wprost niedowierzaniem przyjęliśmy wiadomość o jego nagłym śmiertelnym zasłabnięciu po upływie niespełna roku.

*

        Zawdzięczam powierzenie naszym staraniom tych trzech pozycji – za wstępną podpowiedzią-zachętą Janusza Termera – Eugeniuszowi Kabatcowi, prezesowi Polskiej Sekcji SEC po śmierci nieodżałowanego Józefa Szajny w roku 2008.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko