Antologia Poetów Polskich 2018 – Katarzyna Boruń-Jagodzińska, Janusz Wiesław Budnik, Krystyna Cel, Grzegorz Chlebny ps. Manuel del Kiro

0
854

Katarzyna Boruń-Jagodzińska

Katarzyna Boruń-Jagodzińska urodziła się 1956 r. w Warszawie. Była członkinią Koła Młodych przy ZLP i Grupy poetyckiej Moloch. Zadebiutowała w miesięczniku „Nowy Wyraz” (12/1974), a następnie małym tomikiem Wyciszenia (seria Premiery, 1977).  Oprócz zbiorów wierszy wymienionych w bibliografii opublikowała  arkusze poetyckie, w tym „Zeszyt do polskiego” (arkusz poetycki pismem Braille’a, Laski 2005), z ojcem Krzysztofem Boruniem jest współautorką książki popularnonaukowej Ossowiecki – zagadki jasnowidzenia (1990)  oraz autorką wyboru i przekładu z języka czeskiego tomiku wierszy Viktora Fischla (Avigdora Dagana) Praskie przechadzki (2017). Jej wiersze, publicystykę i przekłady opublikowano w wielu antologiach i czasopismach literackich w kraju i za granicą. Wiersze tłumaczono na angielski, czeski, flamandzki, francuski, hiszpański, niemiecki, rosyjski, słowacki, węgierski, włoski i wietnamski.

Członkini Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, PEN Clubu i Stowarzyszenia Wolnego Słowa. Przekłada z języka czeskiego i słowackiego. Jako publicystka i tłumaczka zajmuje się głównie historią opozycji z lat 1968-1989 i kultury niezależnej w Polsce i Czechosłowacji. Organizatorka wystaw sztuki i działań artystycznych. Studiowała scenariopisarstwo w Wyższej Szkole Filmowej w Łodzi (1980-1982). W roku 1989 uczestniczyła w International Writing Program na Uniwersytecie Iowa (USA). Pracowała w czasopismach. Prowadziła klub-galerię artystyczną „Nigdy-Nigdy” na warszawskim Grochowie. Dokumentuje życie literackie i tworzy krótkie filmy autorskie związane z literaturą i sztuką. Redaguje społecznie kwartalnik OW SPP „Podgląd”. W 2016 r. odznaczona Brązowym Medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”.
Strona autorska: http://borun-jagodzinska.blogspot.com/


Wybrane publikacje

• Boruń-Jagodzińska, Katarzyna. Mały Happening. Warszawa: MAW, 1979.
• Boruń-Jagodzińska, Katarzyna. Życie codzienne w Państwie Środka. Warszawa: MAW, 1983.   
• Boruń-Jagodzińska, Katarzyna. Muzeum automatów. Bydgoszcz: Pomorze, 1986.   
• Boruń-Jagodzińska, Katarzyna. Więcej, seria Poezja szybkiej obsługi. Warszawa: Staromiejski Dom Kultury, 1991.
• Boruń-Jagodzińska, Katarzyna. Pożar w operze, czyli koniec próby generalnej, Kraków: Miniatura, 2015. (słuchowisko poetyckie z wierszami, współautorka z Krzysztofem Piechowiczem).   
• Boruń-Jagodzińska, Katarzyna. Krócej (poezja wizualna w opracowaniu plastycznym Doroty Brodowskiej i Grupy Twórczej T.OP-Tank). Kraków: Miniatura, 2015.


W ziemskim teatrze parter i jaskółka wrze 
– wiosna wystawia język

Szklisty świst sikor
wrony szarpią powietrze
zrywa się wiosna
krzak pokazuje
zielone języki
ptakom
zimne niebo sypie sól i kaszę na języki ziemskie
białe na zielone
obraca
niebieskie żaby na ziemiste
kijanki będą czarne
niebo z ziemią daje wodę.
W takiej chwili
Mają być cicho
żaby, ptaki, liście.
Ryba jest.
Dla obcych uszu,
których jej język nie sięga.
U siebie nie musi. Wrzeszczy.
Drzewa wysuwają zielone języczki.
Liżą rzekę.


Blues nocny w niebieskiej bluzce

W niebieskiej bluzce nieźle mi,
ale niebieską nocą się śni
suknia ślubna – chmura koronek,
tu i tam wzdęta, ówdzie opięta.
Zapięta na
perłowy guzik księżyca, stalowy zamek dnia,
gwiezdny pierścionek.
Ta mnie zachwyca, bo
kołysze się jak dzwon
w południe i o dziewiątej.
A ja wraz z nią.
Marzę właśnie o tej.
Ostatni dzwonek. Dziwnie się śpi niebieską nocą.
Z różową wstążką słodko mi.
Aaaa, atłasem
rumieńca świtem
ściany i drzwi obite,
na perłowo okna umyte.
Jaśniej na duszy.
Przy sukni ślubnej
czerwony guzik słońca.
Gdy noc już upada do końca,
zawiąże wstążką ślubny bukiet.
Nikomu go nie rzuci, lecz zasuszy.
Ten pachnie mi!
Miło się budzić różanym świtem.
Gdy zawiązuje dzień
szkarłatna wstęga,
ktoś po nią sięga,
będzie jej potem lżej
rozwiązać dzień.
Z ochotą.
Rozpuścić włosy traw i zbóż,
srebro i złoto.
Sinoszarym fartuchem przepasał się dzień.
Pora pozmywać, wytrzeć ziemi stół.
Na ślubnej sukni chmur rudawe plamy,
guzik urwany,
gorzej – złamany na pół.
Do wody wpadł i lustro drga,
żabi burdon chorał wygrywa,
leszcz gubi łuskę.
Wieczorem nad jeziorem.
ktoś wyżyma i wiesza
niebieską bluzkę.
Taką noc ma.
Nie jest jej smutno,
Będzie na jutro.
A od jutra
codzienna nocna
harówka.
Ja wam to mówię – noc. Ja.
Stop, ani słówka.


Nie lubię wierszy o niczym

Piszę o trawie polnej,
o popiele, który się w palcach rozpada,
o prochu strząśniętym,
o piasku na przemian zwiewanym i nanoszonym
wiatrem i oddechem,
o pustym domu, opróżnionej skrzyni,
zawartości opuszczonej dziupli
i wyżartej dziury,
o czystej misce,
o próżni w szklanej bańce.
Jak wygląda nic,
które się do mnie przyssało.


Oszukiwanie przedmiotów

(na marginesie rozmowy z Krzysztofem R. Górskim)
Syn nosi szlafrok ojca.
Szlafrok ojca nie wie
albo nie rozumie przedłużanej długiej
nieobecności bardziej wątłych ramion.
Naczynia spoufalone,
sztućce,
szklanki,
filiżanki –  
inne usta wyciągają z nich gorycz lub słodycz,
chłodem lub ukropem
cudze zęby
zgrzytają po brzegach.
Z kieliszkami najłatwiej, one zawsze nie nazbyt przytomne,
szły w krąg, w tan, w ruch, publiczne dziewczyny, upadłe,
nie do sklejenia związki,
rzadziej bywały wierne, „ulubione”.
Przeszłość spuchniętą oklepać, ociosać z nadmiaru.
Z ust innych słowa kryte w filiżance,
łyżeczka inną warg smakuje szorstkość.
Laska opiera się chwytowi dłoni nieznanemu.
Futro już niegłaskane
perfum nie czuje,
ostało się jako dera do sań
albo pod plecy, które już w innym miejscu bolą,
trupem pada a
służy wiernie do zatraty,
a my w zawiei
nie patrzymy za siebie.
Poooszło!
Wiemy, co na obrazku –
koński łeb, para z nozdrzy, wilcze ślepia.


Chleby pokładne = poukładane życie

Co jakiś czas urządzano świątynię.
U jednych raz na miesiąc, u innych co dwa tygodnie.
W owej izbie, do białości – srebrnej lub złotej – szorowano podłogę.
Wyrośnięte ciała, budzące żądzę,
z bielizny obrusów zstępowały do piekieł.
Gdzie indziej szorowano stoły.
Gdy bochny wyszły z pieca,
na deskach  pojawiały się gorące, brązowy wyspy.
U jednych – wulkaniczne, spękane,
u innych preferowano gładkie, ciemnobrązowo werniksowane dzieła
silnych rąk.
U jednych oprószone śniegiem mąk pagórki,
u drugich politurowane maślanką i gęsim piórem mebelki.
Wszystkie jak malowane tęsknotą do ideału.
Stygły. Odstawiona kociuba milcząco bajała o czarownicy i Rozalce.
Potem ku dniom oczekiwania na ząb czasu i nasz,
kapłani i kapłanki nieśli je
w chłodne miejsca odosobnienia. Kamienne loszki i spiżarnie.
Wyrabiano charaktery.
Gdy owe wyspy kusiły – urwij kawałek, odgryź kęs…
Rozlegał się krzyk: Niezdrowe, niezdrowe! Jeszcze gorące!
Tak, tak,
wspomnienia gorące

niezdrowe.
Dyskusje o wyższości gładkości nad szorstkością – niesmaczne.


Janusz Wiesław Budnik

Janusz Wiesław Budnik urodził się 21.07.1956 r. w Sochaczewie. Dorastał w Kornelinie w podsochaczewskiej wiosce. Obecnie mieszka wraz z rodziną w Sochaczewie.

Zadebiutował w 2011 r. opowiadaniem Zapach bzu andante spianato op. 22 wydanym przez Warszawską Firmę Wydawniczą s.c. W wydawnictwie KryWaj w 2016 r. ukazał się tomik Zabierz mnie oraz w 2017 r. wspólnie z Mateuszem Krupą i Dariuszem Pawłem Trybułą  tomik Kraina słowem płynąca. Nakładem wydawnictwa Ridero ukazały się dwa zbiory wierszy: Zbór wierszy do roku 2011 oraz Zbiór wierszy lata 2012-2016.

Jego wiersze ukazały się w pierwszej, drugiej i trzeciej antologii Peronu literackiego, w drugiej,  trzeciej, czwartej i piątej antologii Klubu Poetów Niepokornych oraz w antologiach:  W zwierciadle ciszyPoezja w słowach i obrazachPoetycka przystańW kalejdoskopie myśliAntologia Poezji Sochaczewskiej, a także w antologiach charytatywnych Peronu literackiego: Dialog słowa dla Justyny i Dla Kasi.

Współorganizuje wieczory i konkursy poetyckie w Sochaczewie. W konkursie Poetyckich Wieczorów Podwójnych organizowanym przez Żyrardowskie Wieczory Literackie 21 marca 2019 r. zdobył drugie miejsce, a 16 maja wyróżnienie. Jego wiersze czytane są cyklicznie w Radiu Sochaczew oraz Radiu „ty i ja”. Jest współzałożycielem stowarzyszenia – Sochaczewskie Wieczory Literackie „Atut”.


Wybrane publikacje

• Budnik, Janusz Wiesław. Zapach  bzu andante spianato op. 22. Warszawa: Warszawska Firma Wydawnicza s.c., 2011.
• Budnik, Janusz Wiesław. Zabierz mnie. Koszalin: KryWaj, 2016.
• Budnik, Janusz Wiesław. Zbiór wierszy do roku 2011. Ridero, 2017.
• Budnik, Janusz Wiesław. Zbiór wierszy lata 2012–2016. Ridero, 2018.
• Antologia 2 Peron literacki. Koszalin: KryWaj, 2017.
• Antologia Poetycka Przystań. Koszalin: KryWaj, 2018.
• Antologia Poezji Sochaczewskiej 2. Koszalin: KryWaj, 2018.

Łańcuch
Nieme spojrzenie
Ciało pełne trwogi
Lufa karabinu
Zagląda w oczy
Łańcuch życia
Po zębatce czasu
Jednostajnie się toczy
Kropla potu
Po twarzy spływa
Para z czajnika
Z sykiem ucieka
Czas wypić kawę
Nadeszła ta chwila
Palec na spuście
Powoli się zgina
Dywanem krew się
Zadławiła
Łańcuch z zębatki
Wyskoczył
Powoli wszystko
Odchodzi
Pozostają nieme
W bezkres
Zapatrzone oczy
17.03.2018


Sens

Wyrwany z poduszki uścisków
Spod kołdry pełnej ciepła wilgoci
Zostawiasz prześcieradło plam
W WC robisz to co w obowiązku masz
Podcierasz swój niebotyczny sens życia
Z przeświadczeniem że to ostatni raz
27.04.2018


Wolan niedziela

Czas mija jak bezpańskie psy
Przemierzające chodniki
Żule ławki w parku okupują
Opróżniające z piwem pojemniki
W górze wrona rozdzierająco
Krzyknie wyrywając z letargu
 
Torby foliowe pełne hałasu
Wiatr po ulicach tarmosi
Zabłąkana rodzina  znużona
Z mężem na uwięzi
Idzie strapiona żona
Samochód z podkulonym ogonem
Do innego świata z piskiem  umyka
 
Niedziela wolna niedziela
Senne słońce krwawo zachodzi
Życie bez znaczenia  jak asfalt
pełne niezasklepionych dziur
13.05.2018


Przebudzenie

budzę się cicho nie zakłócając wycia wiatru za oknem
które niczym skowyt wyniszczonej duszy pełnej majaków nocy
dociera do obolałych uszu z przytępionym słuchem
 
na sufit patrzą mętne zapatrzone w dal wypalone oczy
 
zmęczone ciało przebytą nocą leży bez sił w bezruchu
z którego wycieka życie kapilarnie przez pościel
bezszelestnie na podłogę w porannym półmroku
 
na łóżku pozostały czyste myśli nieskalane niczym
białe kości
7.10.2018


Cień

przemykasz się w dzień po cichu
jak ćma w bezksiężycową noc
jesteś jak bezszelestny cień
szeptem przenikasz w głąb
w zakamarki duszy mrocznej
dotykasz mnie bezboleśnie
wypełniasz nocą ponurą
w słoneczny i pochmurny dzień
5.12.2018


Krystyna Cel

Krystyna Cel – poetka, eseistka – urodziła się w Kielcach, gdzie ukończyła LO im. ks. P. Ściegiennego i Studium Nauczycielskie. Po studiach polonistycznych na Uniwersytecie Jagiellońskim pracowała jako nauczycielka w Kielcach. Prowadziła przez kilka lat bibliotekę w LO im. J. Słowackiego, organizując liczne i ciekawe spotkania z młodzieżą.

Debiutowała wierszami w almanachu literackim „Bazar 5” (1993). Wydała sześć tomików poetyckich: Nim zapadnie zmierzch (1996), Ścieżkami dalekiego ogrodu (1998), Księżyc w styczniu (2001), Zagubiony widnokrąg (2005, uhonorowany I nagrodą w Ogólnopolskim Konkursie Literackim im. Stefana Żeromskiego), wybór wierszy Czuła retrospekcja (2010) oraz Kaprysy Muz (2017).

W 2003 r. opublikowała zbiór esejów Tajemnice przeżyć nieuchwytnych, w 2011 – zbiór eseistyczny Między dawnymi i młodszymi laty oraz tom Wobec tajemnicy istnienia. Portret literacki Benedykta Kozieła. W 2018 r. ukazały się: Z twórczą pasją przez życie. Portret literacki Jana Chruślińskiego i Portret literacki Stanisława NyczajaWielobarwne klimaty. Portret literacki Bożeny Piasty.


Wybrane publikacje
• Cel, Krystyna. Liryczny monodram. Kielce: Oficyna Wydawnicza Ston 2, 2018.


Szekspirologia

Gdy sen nocy letniej
przyjść nie chce
burza myśli napędza zwątpienie
czy ten nasz świat
to tylko komedia omyłek
po co więc tak wiele hałasu o nic
po co te wszystkie udręki
zawistne spory
podstępne knowania
stracone zachody miłości
i czy zawsze wszystko dobre
co się dobrze kończy
skoro nasz ostateczny rachunek
to przecież miarka za miarkę
czy wiedział o tym Makbet
co tak koszmarnie zabił sen
z czym musiał zmierzyć się Hamlet
w rozstrzygającym monologu
i tylko księżyc
zazdrosny niczym Otello
spoglądając z góry ironicznie pyta
jak wam się podoba
ten teatr ludzkich namiętności


Nieustanna dociekliwość

Na kanwie książki Josteina Gaardera:
„Świat Zofii. Cudowna podróż w głąb historii filozofii”
Od kilku dni przebywam w świecie Zofii
wędruję wraz z nią po ogrodzie
rozważam tajemnice przyrody wszechświata
istnienia i zadaję sobie to trudne pytanie
co znaczy być istotą ludzką
poprzez rozum szczególnie wyróżnioną
jeśli Horacy powiedział
miej odwagę być mądrym
to zaraz nasuwa się i taka refleksja
że tę mądrość niejeden życiem przypłacił
skoro tak to pewnie jest jak drogocenna perła
szczęśliwy kto w sobie ją odnajdzie
nasze poznanie jak ocean bezmierny
czy otworzy swoje tajemne przejścia
do istoty rzeczy niełatwo dotrzeć
można zagubić się i pobłądzić
jak w mitycznym labiryncie
ale nieustanna dociekliwość
ta przemożna wartość dodana
na żadne przestrogi nie zważa
i w nieznanym uparcie drąży


Trudne ślady

Wędrówka po niechcianych śladach
to jak stąpanie
po rozżarzonych węglach
trzeba przebiec je szybko
by nie doznać bólu
ale to niełatwa sztuka
omijam je sprytnie
umyślnie obchodzę z daleka
nawet zamykam powieki
ale nieczuła podświadomość
i tak uparcie przybliża
ich groźne epicentrum
uciekam więc co prędzej
jakby ścigała mnie
paląca wulkaniczna lawa
czy na obrzeżach niepamięci
jest jeszcze wolne miejsce


Superego

Ta natrętna myśl
zdawało się już wyparta
znów zakłóca mi spokój
wydostawszy się z podświadomości
przekornie wypływa na powierzchnię
i już uparcie mną kieruje
za chwilę mogę zrobić coś
czego będę żałować
w pośpiechu przywołane superego
próbuje nie dopuścić
do tak ryzykownej sytuacji
szamocąc się przejmuje ster
ale nagle nie wiedzieć czemu
samo się zatraca
i na mieliźnie mrocznych impulsów
bezwiednie osiada


Bunt definicji

Tworzymy coraz to nowe definicje
wierząc że encyklopedyczne hasła
najlepiej określą nasz świat
i samych siebie
ale gdyby te definiowane obiekty
nagle ożyły i zaczęły mówić
własnym głosem
mogłoby się okazać
że połowa z nich domaga się
pilnej weryfikacji
i może nie obchodziłoby nas
co mówią o sobie
Napoleon czy książę Wellington
ale co mówi o sobie
sam Wszechświat
czy byłby to nowy
Kopernikański przewrót


Grzegorz Chlebny ps. Manuel del Kiro

Grzegorz Chlebny – pseudonim artystyczny Manuel del Kiro, urodził się 25 maja 1971 r. w Ostrowcu Świętokrzyskim. Pochodzi z małego miasteczka Ćmielów, słynnego z wyrobów porcelany, gdzie spędził dzieciństwo i młodość.  W 1992 r. wyjechał na emigrację do Grecji, gdzie przebywał ponad osiemnaście lat i zaczynał swoją przygodę z poezją.

W jego twórczości często przewija się motyw Aten, urok starych kamienic, małych knajpek czy wzgórza Likavitos, skąd wraz z autorem możemy spoglądać w dół, na tętniące nocą miasto.

W 2010 r. opuszcza Grecję i przenosi się do Niemiec, gdzie po piętnastu latach przerwy wraca do pisania wierszy. Debiutuje w 2015 r. w Antologii Grupy Poetyckiej Ogród poetów.

Potem jego wiersze ukazują się w Antologii Peron literacki I-IIIAntologii Poetów Polskich, by w końcu, w 2017 r. wydać własny tomik wierszy zatytułowany Katharsis.


Wybrane publikacje

• Manuel del Kiro. Katharsis. Włoszczowa: Wydawnictwo Kontur, 2017.
• Antologia Peron literacki I-III.
• Antologia Poetów Polskich 2016. Warszawa: Wydawnictwo Pisarze.pl, 2016.
• Manuel del Kiro. Cisza Poezje. Kozirynek 2017.


Cienie poetów

Pod powiekami oczu
żywe obrazy
Poeci których dawno zabrał wiatr
układają do snu swoje wiersze
Potem wychodzą w noc
z wysoko zadartą głową
jakby nie potrzebowali patrzeć pod nogi
pewni swych kroków
których odgłos niesie
pusta martwa ulica
Śpij kiedy oni zasłuchani w szelest
skrzydeł nocnych łowców
pociągają z butelki duży łyk
śmieją się ze swych marzeń
zapalają papierosy
i mówią zmęczonym głosem
o swych wierszach nienarodzonych
a kiedy już świt rozgoni ich cienie
i ciało twoje ze snu się zbudzi
i będziesz jak gdyby nigdy nic
chodzić pod tym samym niebem co oni
pamiętaj że wiersze nie rodzą się
w czterech ścianach domu
ani na złotym piasku plaży
Wiersze rodzą się w zakamarkach duszy
a czasem przychodzą w snach
jak nienarodzone dzieci


Trzy tysiące nocy

Wyrwać się
z tych sztucznych łun miasta
w wielką nieobecność
wspiąć się wysoko
tam gdzie na zlecenie aniołów
płoną wieczne ognie
aby tacy jak ja
mogli odnaleźć drogę do domu
oto sny moje
Trzy tysiące nocy wrastałaś we mnie
rozrastałaś się jak drzewo
korzeniami oplatając serce
W twojej postaci kryją się okręty
łopoczą żagle
i świat mój cały zamknięty
Dalekie uśpione miasta
z gmachami co jak odrzutowce
królują na niebie
nie staną już nam na drodze
i wejdziemy w noc
jak wchodzi się do zaprzyjaźnionego domu
bez tego lęku i tej trwogi
o każdy nowy dzień


Między ziemią a niebem

Będziesz się kołysał,
między ziemią a niebem,
z sercem obrzmiałym od wspomnień
i z każdym dniem,
będziesz wracał do tego miasta,
gdzie dom twój wciąż czeka.
Jego chłodne klamki, uspokoją drżące dłonie.
Okna, wciąż te same,
pozostaną lekko uchylone,
bo gdybyś znów zbyt późno wrócił,
będziesz mógł, cichutko jak kot,
wślizgnąć się, nie budząc domowników.
Progi, lekko skrzypiące pod ciężarem ciała
powitają cię,
kołysanką dla powracających,
którą tylko ty usłyszysz
i tylko ty zrozumiesz,
duszą stęsknioną.
Jaką cenę płaci się za rozłąkę,
dowiesz się w snach,
w tamtym pokoju,
gdzie wciąż bije serce domu.
Przyjdą do ciebie gromadnie,
dawni przyjaciele, wrogowie,
a nawet fryzjer,
z którym kiedyś piłeś wino.
Będziesz się kołysał,
między niebem a ziemią,
z gębą pełną frazesów
i sercem obrzmiałym od wspomnień.


Niech serce moje skamienieje

Ile razy mnie wspomnisz,
patrząc na białe koszule łopoczące na wietrze
Ile razy mnie przeklniesz,
gdy gwiazdy wynurzą się ze swych dziennych kryjówek,
a moje miejsce obok ciebie,
wciąż pozostanie puste.
W tobie rozkwitłem poezją ,
w tobie narodziłem się poetą.
Wiersze opadały na dno duszy
i kiedy noc zaczynała śpiewać,
nie czułem się już tak samotnie.
Czasem nuży mnie bycie człowiekiem.
Każdego dnia spoglądam na ulice,
domy, parki, samochody
na miasto otulone całunem dni minionych
i zanurzam się w wielkomiejskim oddechu,
nie zdając sobie sprawy,
dokąd mnie nogi niosą.
Będziesz mnie przeklinać,
patrząc na nasze zdjęcia,
na te twarze roześmiane
w złotych słońca promieniach
i przeklniesz wszystkie nasze wspólne lata
i matkę moją, siostry i braci.
W pustym pokoju hotelowym,
patrzę na grę cieni,
na słońce i drzewo,
na lot niespokojnych ptaków
w cudnie dopasowanych frakach,
tych łowców co śnią na jawie.
Gdziekolwiek bym nie był,
czuję twoje oczy na mych plecach,
oczy radosne,
wypełnione miłością po brzegi,
choć czasem tak złowrogie,
że boję się wówczas konfrontacji z tobą.
Dlaczego miłość cała odchodzi.
Dlaczego tkwimy
z ustami spękanymi od tęsknoty
w oknach wysokich domów,
z nadzieją spoglądając
na krwawy zachód
i w resztkach tych promieni,
próbują dojrzeć coś
czego już nie ma.
Niech mnie przeniknie nieobecność twoja.
Niech mnie przenikną przekleństwa twoje,
niech serce moje wreszcie skamienieje.


Ległem w gruzach

Biegłem
pukając do wszystkich drzwi młodości
Szukałem szczęścia
w objęciach kobiet
w twarzach ludzi poezją wypełnionych
Miasta mijałem
rozedrgane niespokojne
jakby bały się że jutro może nie nadejść
Byłem wówczas cesarzem
władcą niepodzielnym
uśmiechy rozdawałem
i miłość tropiłem
skrytą w chłodnych ustach kamienic
w ciemnych lochach podziemi
Żyć mi przyszło z sercem
co miejsca na ziemi znaleźć nie może
i wciąż w naiwności swojej
próbuję wracać do tych miast
które nie są już moje
Ległem w gruzach
i nie wiem już wcale
czy te miasta jeszcze w sercu noszę
czy też tylko
tak mi się wydaje

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko