Paweł Krupka – Amat victoria curam – Przekłady literatury litewskiej nagrodzone w konkursie

0
678

W celu wsparcia początkujących tłumaczy i zachęcenia ich do podjęcia trudu literackiego przekładu na język sąsiada Wileńskie instytucje akademickie i twórcze – Krajowe Stowarzyszenie Literatów Polskich, Związek Pisarzy Litwy, Litewski Związek Tłumaczy Literatury oraz Centrum Polonistyki Uniwersytetu Wileńskiego przeprowadziły pierwszy otwarty konkurs dla tłumaczy literatury polskiej na język litewski i literatury litewskiej na język polski pod hasłem Amat Victoria Curam, czyli „Zwycięstwo wymaga troski”. Konkurs stanowił ważny element obchodów 25-lecia Centrum Polonistyki Uniwersytetu Wileńskiego i 10-lecia Krajowego Stowarzyszenia Literatów Polskich, instytucji zasłużonych dla rozwoju polsko-litewskiej współpracy w dziedzinie literatury. Do organizacji i promocji konkursu włączył się Instytut Polski w Wilnie, a wsparcia finansowego organizatorom udzieliła firma Orlen Lietuva.

Konkurs został zorganizowany w dwóch kategoriach: przekładu litewskich utworów literackich na język polski oraz przekładu polskich utworów literackich na język litewski. Warunkiem udziału w konkursie było przedstawienie przez uczestników tłumaczeń fragmentów utworów polskich autorów, które dotąd nie były publikowane w przekładzie litewskim bądź utworów autorów litewskich, dotychczas nie wydanych w Polsce. na konkurs nadesłano 16 przekładów literatury polskiej na język litewski i 8 przekładów literatury litewskiej na język polski. Oceniła je komisja złożona z doświadczonych tłumaczy literatury: Ireny Aleksaitė, Teresy Daleckiej i niżej podpisanego. Do konkursu łącznie zgłoszono 25 prac. Rozstrzygnięcie konkursu i wręczenie nagród nastąpiło na Uniwersytecie Wileńskim 25 listopada 2019 roku. 

Nagrody otrzymali:

KATEGORIA A – przekład literatury litewskiej na język polski
Nagrody pieniężne ufundowane przez Orlen Lietuva:
I – KAROLINA SLOTVINSKA  za poezje Vytautas Mačernisa.
II – GABRIELA LIPSKA za fragment powieści Undinė Radzevičiūtė 180.
III – DIANA KARDIS-GAVINČIUK za fragment baśni Kazysa Saji Bedugnė.
Specjalna nagroda rzeczowa ufundowana przez Instytut Polski w Wilnie:
REGINA TRIBOCKA za poezje Jurgi Ivanauskaitė.

KATEGORIA B – przekład literatury polskiej na język litewski
Nagrody pieniężne ufundowane przez Orlen Lietuva:
I – VIKTORAS TOMAŠIŪNAS za poezje Jerzego Paruszewskiego
II – EDITA MASIULIANEC za fragment powieści Tomasza Organka Teoria opanowywania trwogi.
III – LINA VALIONIENĖ za fragment zbioru Marcina Wichy Rzeczy, których nie wyrzuciłem.
Specjalne nagrody rzeczowe ufundowane przez Instytut Polski w Wilnie:
JŪRATĖ PETRONIENĖ za fragment artykułu Olgi Tokarczuk Jak tłumacze ratują świat.
NIDA TIMINSKAITĖ za fragment powieści Marii Znatowicz-Szczepańskiej Wakacje w Jaszunach.

Nagrodzone przekłady w kategorii B zostały opublikowane w litewskim kwartalniku literackim Naujoji romuva, który, obok dwutygodnika Pisarze.pl jest partnerem medialnym konkursu. Zwłoka w publikacji nagrodzonych prac nie wynika z winy redakcji, lecz z długotrwałej procedury uzyskania praw autorskich. Poniżej, zgodnie z regulaminem konkursu, publikujemy polskie przekłady utworów oraz fragmentów przestawionych do konkursu, których tłumacze otrzymali nagrody. W imieniu komisji oceniającej prace gratuluję laureatom znakomitych przekładów, a wszystkim uczestnikom konkursu dziękuję za udział i życzę powodzenia.
                                                                                                          Paweł Krupka


Vytautas Mačernis

Poeta

Gdy idzie w tłumie zmęczony i ze spuszczoną głową,
Pochylony do przodu, nieśmiałym krokiem,
I gdy z twarzy jego nieżywej i bezkolorowej
Spogląda dwoje oczu w dal bezsensownym wzrokiem, –
Na twarzach przechodniów widać lekkie kpiny cienie
I uśmiech zrodzony z poczucia wyższości.
I słowa obelżywe idą w ślad za nim… aż jak fantom w uniesieniu
Znowu on znika w ulic ciemnościach.
Lecz bywają dni, gdy potężnymi rampami opromieniony,
Znów się przed tym samym tłumem pojawia,
I niczym przez światło nieziemskie przemieniony
Już nie swój ból, nie swoje szczęście wyjawia.
Skupieniem zamilkłych ludzi odznaczony,
Nad nimi wzniesiony przez ból do nieskończoności,
Przemawia. I jego słowo, opanowane i uspokojone,
Leci nad tłumem na skrzydłach wolności.
Tonem, co wciąż większą moc rodzi,
Łącząc wszystkich w rodzinę dużą,
Podpalając ich to słowo przychodzi
I napadając na nich jak burza.


Głupia historia

Bywają wszak godziny, gdy smutek,
Nie wiadomo, dlaczego, do drzwi puka
I prosi się do ciebie tak, że niepostrzeżony
Z ust ci się wyrywa pieśnią,
Taką smutną i bolesną,
A tony spadają coraz bardziej przygłuszone.

I życie ci się wtedy wydaje
Takie błahe i nudne się staje.
I tu na ziemi już radości nie widzą twe oczy;
I tym ci trudniej – po śmierci więc dlatego
Również już się nie spodziewasz niczego…
Tylko w tych oczach zielone pająki migoczą.
Lecz… Cóż?.. Chciałbyś jeszcze siebie pocieszać,
Jednak iluzje – rozbite, już więcej ich nie masz,
I skąd do życia czerpać siły, nie wiadomo.
Lecz, o dziwo… sam przez się smutek zawraca,
I znów się cieszysz, znów ci możność powraca,
By życia sens i wielkość widzieć na nowo.
I co godzinę się historia powtarza ta,
Historia prawdziwa, ale niemniej głupia.
Ani ziemią, ani niebem jam gardzić nieochoczy:
Lecz dopóki człowiek będzie miał tu życia moc,
Nie pojmie przeznaczenia i ponury jak noc,
I wesół jak dzień w nieznane będzie kroczył.

Przełożyła Karolina Słotwińska


Vytautas Mačernis (1921-44), poeta ze Żmudzi, uznany za wybitny talent, zginął młodo w czasie okupacji. Obecnie popularny wśród wielbicieli poezji egzystencjalnej.


Undinė Radzevičiūtė

180

Początkowy fragment powieści
0.
Czasami imię do człowieka pasuje, a czasami – nie.
Zdarzają się jednak imiona, które pasują tylko w pewnym okresie życia danej osoby.
Chwilę później wszystko wywraca się znienacka do góry nogami i już po prostu nie możesz dłużej być Winstonem o przezwisku Churchill.
Wtedy już lepiej jest zupełnie nie mieć imienia.
I żyć tam, gdzie nikt nie zna twojej twarzy i niczego od ciebie nie oczekuje.
W niektórych zakątkach świata, zmiana imienia jest czymś całkiem zwyczajnym lub, w przypadku zmiany życiowych okoliczności, dozwolony jest wybór nowego imienia.
Dozwolony, lecz nie dla wszystkich.
Napoleon, zesłany na wyspę, nie mógł przecież stać się nagle nikomu nie znanym Honoré, nawet gdyby bardzo tego zapragnął.
A prawdziwy Winston Churchill, po wszystkim co mu się przydarzyło – żył sobie dalej jak gdyby nigdy nic.
Pisał książki, chorował na depresję.
Ci co nie próbowali, mogą nie wierzyć: nie czuć swoich współrzędnych może być całkiem przyjemnie.
Przyjemnie jest nie wiedzieć ani kim jesteś teraz, ani kim możesz zostać.
Przyjemnie jest oddalać się od swego życia – być niczym kosmonauta w kapsule oddalającej się od Ziemi – i zbliżać się ku granicy, po przekroczeniu której powrót kapsuły stanie się niemożliwy.
To wszystko jest przyjemne.
Do czasu.
Do momentu, w którym w nowej kapsule pojawiają się problemy.
I musisz coś robić, by się ratować.
Wyrwać ze świata, z którym do tej pory nie miałeś nic wspólnego.

Winston czuł się staro, chociaż nawet nie był siwy ani tym bardziej łysy.
A bądź co bądź, będąc Winstonem o przezwisku Churchill tak jakby powinien był być.
Porażki życiowe rzadko dodają ludziom uroku.
Spoglądał w lustro i nie wiedział co powiedzieć.
Co widzi?
Ogon choroby czy zęby starości?
Na wszelki wypadek Winston owinął szyję czarnym szalikiem.
Sześć razy. Jak pirat.
Pomimo że wiosenne słońce już było gotowe prażyć na całego.
Kaszmir się pogniótł ale mimo to pozostawał kaszmirem.
Nie każdy wie, czym jest kaszmir.
Kaszmir – to materiał dzielący warstwy społeczne.
Może to i nie całkiem dobry przykład.
Na klatce schodowej spotkał nieznajomych ludzi.
Jak zwykle.
Ludzie ci próbowali mu udowodnić, że jest ich znajomym.
Tak tylko trochę. Tylko trochę znajomym.
Może była w tym jakaś dola prawdy.
Na podwórku dzieci, które jako tako w milczeniu przetrwały długi, brudny i zaśnieżony początek wiosny, teraz wrzeszczały ile sił w płucach.
Z radości czy z zemsty?
Ich dom był niewielki dlatego i dzieci w nim było tylko dwoje.
Za to jaskrawo ubrane.
Żeby się gdzieś nie zawieruszyły.
Winston raz jeszcze ucieszył się na myśl, że to nie jego dzieci.
Fakt ten wprawił go w dobry humor.
Być może, że dzięki temu, że humor mu się poprawił, wydało mu się, że dziś wszystko będzie inaczej.
I jego „podróż” się uda.
Chociaż intuicja najczęściej nie ma nic wspólnego z tym, co się później dzieje.

Winston wyszedł przez drewniane wrota bramy i natychmiast odsunął się od budynku.
Bliżej ulicy.
Dom był tak stary, że gipsowe zdobienia zaczęły mu zbytnio ciążyć, więc niespiesznie zrzucał je przechodniom na głowy.
W pobliżu takiego domu, każda chwila była zdaniem się na łut szczęścia, z tego to powodu wszyscy, którzy się o tym dowiadywali niezwłocznie nabierali nieodpartej chęci do życia.
Nieznajomi ludzie opowiadali Winstonowi o rannych, a być może nawet zabitych.
Na tej ulicy wszystkie domy były w podobnym wieku i należało się trzymać od nich z daleka
Sto dwadzieścia lat – jak na wiek domu, to też dużo.
Mógł wybrać – minąć pomnik bajkowych postaci.
Lub nie.
Wybrał pierwsza drogę.
Jedna z wyrzeźbionych osób była postacią z bajki, druga – prawdziwą dziewczynką.
Obie figurki wyglądały jak żywe.
Drogę tę wybrał jednak nie ze względu na pomnik, lecz z powodu ławeczek.
Takie już są te jego „podróże” – od ławeczki do ławeczki, dobrze, że przynajmniej nie musi się czołgać.
Na brzuchu, jak w okopach.
Okazało się, że jedna ławeczka jest zajęta, a pozostałe – świeżo odmalowane – zdawały się wręcz zachęcać do usadowienia się na nich.
Choć unosząca się w powietrzu delikatna woń farby uprzedzała.
Nie warto.
Nagle.
Nagle jedna jego noga stała się krótsza.
Minimalnie, minimalnie krótsza.
Ale gdy i tak idzie się z trudem, z krótszą nogą staje się to zgoła niemożliwe.
Jeszcze dwa kroki i Winston zrozumiał – to but. Nie noga, a but.
W prawym bucie odpadł skórzany flek i teraz leżał sobie na chodniku.
Buty ze skórzaną podeszwą nie nadają się do chodzenia.
Cóż począć?
Musiał zrobić obrót o 180 stopni i zawrócić.
Chociaż zdawać by się mogło, że nie ma po co wracać.
Miał tylko jedną parę butów.

Tym razem Winston mógł cieszyć się przynajmniej z tego, że wraca z powodu butów, a nie dlatego, że mu sił zabrakło.
Wrócić i wszystko odłożyć.
Po co mu ten most. Nie jest przecież wycieczkowiczem.
Winston wspinał się na górę, z której przed chwilą powoli schodził, kulał.
Chociaż problemem nie były nogi – nie tylko nogi.
Już od jakiegoś czasu zdawało się Winstonowi, że wracają mu siły.
Nie miał jednak na to niezbitych dowodów. A gdyby doszedł do mostu – może to byłby dowód?
Chociaż, po co w zasadzie miałby iść w stronę mostu, równie dobrze mógłby się udać w kierunku oddalonego psiego parku. I gdyby do tego oddalonego psiego parku dotarł – byłoby to równie mocny dowód.
Jest tylko jedna różnica: Winston park już widział, a mostu – nie.
Nikogo po drodze nie spotkał.
Nikogo, kto by próbował go przekonać, że się znają.
Winston wsunął klucz do dziurki w zamku.
Drzwi nie były zamknięte.
Otworzył je.
I w mgnieniu oka było po wszystkim.

Przełożyła Gabriela Lipska

Undinė Radzevičiūtė jest powieściopisarką, laureatką nagrody literackiej UE w 2015 roku. Z wykształcenia jest historykiem sztuki. Opublikowała 7 powieści, niektóre z nich zostały przełożone na kilka języków. Cechą charakterystyczną jej twórczości jest ironia i czarny humor.


Kazys Saja

Przepaść

Rabat, najmłodszy z trzech braci, był hodowcą bydła. Pasterzem, wędrującym w górach ze stadem owiec. Najstarszego dawno już nie widział, brat ten stale podróżował z karawanami kupieckimi i miał własne wielbłądy. Drugi miał rodzinę w Wielkiej Dolinie i został rolnikiem. Rabat nie czuł wobec nich zawiści, pokochał góry i swoje owce. Od małego wierzył, że najedzone owce, w południowym skwarze albo wieczorem pokładłszy się jedna przy drugiej, długo modlą się dziękując Bogu za zesłaną im trawę, wodę i dobrego pasterza. Może Bóg Wszechmogący jest dla nich wyjątkowo łaskawy, pozwalając im zwrócić to, co zjadły, i na nowo poczuć przyjemność z zaspokajania głodu. Psy, koty albo dzikie zwierzęta nie modlą się tak do swojego Stwórcy, dlatego najczęściej bywają złe i głodne.
Gdyby ktoś dawniej zapytał Rabata, co na świecie jest dla niego najpiękniejsze, co najmilsze jego sercu i oku, odpowiedziałby, że nie ma nic piękniejszego nad te hasające, jeszcze mlekiem matki żywiące się jagnięta. Teraz, rumieniąc się, wspomniałby Sydonię. Dziewczyna ta wydawała mu się najpiękniejsza ze wszystkich, najmilsza, nieporównywalna z nikim. Smukła niczym górska kozica, zachłannie pożądana niczym źródło mogące przywrócić utracone siły i radość życia.
Wśród jego wiosennych owieczek w stadzie było jedno pierworodne jagnię białej owcy o jedwabistej sierści, któremu już wychodziły ładne różki samczyka. Rabat za każdym razem starannie wyskubywał mu z wełny źdźbła oraz zamierzał tego rzeźwego baranka złożyć Bogu w ofierze, żeby ten pomógł Rabatowi zdobyć serce Sydonii. Prawie nie wątpił, że Ojciec Niebieski im błogosławi.
Pewnego wieczoru, gdy owce pokładłszy się pod rozłożystymi drzewami pinii spokojnie dziękując Wszechmogącemu przeżuwały miniony dzień, Rabat zauważył, że w stadzie brakuje jagnięcia przeznaczonego na najświętszą ofiarę. Najprawdopodobniej, gdy cała trzoda potulnie podążała za pasterzem, baranek gdzieś zaplątał się w ciernistych krzewach. A może skacząc przez skały poślizgnął się i skaleczył? Zdarzało się, że owce, kozy pasące się na uboczu padały ofiarą głodnych wilków albo szakali.
Rabat przysłuchał się: do jego uszu, bodajże, dobiegło odległe beczenie baranka. W górach niełatwo było się zorientować, skąd dochodzi. Rabat wyruszył na poszukiwanie zbłąkanego jagnięcia mniej więcej tymi samymi ścieżkami, którymi niedawno wróciło jego stado. Zmierzchało coraz bardziej, a mocno uszczuplony księżyc krępował się wznieść wyżej, jakby domyślając się, że nie pokona już ciemnych cieni w górach.
– Gdzie się podziałeś?! – wołał raz po raz Rabat. – Odezwij się, nadchodzęęę…
W gęstniejącej ciemności nocy wcale nie panowała cisza. Niżej wśród krzewów w skałach dzwoniły cykady, rozlegały się piski latających nietoperzy. Najgłośniej jednak dudniło niespokojne serce Rabata. Potykając się rzucał się on do każdego bielejącego kamienia albo kępy suchej trawy i wciąż jeszcze wołał płosząc wszystkie możliwe drapieżniki.
Po długich poszukiwaniach znalazł go wreszcie. Jego baranek był już milczący, opadły z sił, ale żył jeszcze. Rabat przyklęknął i ostrożnie zarzucił go sobie na ramiona, po czym ruszył w drogę powrotną. Po drodze zechciał ostrożnie zbadać nogi baranka, może któraś jest złamana – lecz nagle jego palce natrafiły nie na kopytka, a na pazury bestii. Rabat nieraz słyszał opowiadania o wilkach, które wlazły w owczą skórę, mimo to im nie wierzył. Tym razem nie wątpił jednak, że niesie na swoich ramionach wilka, który niedawno rozszarpał przeznaczone samemu Bogu najpiękniejsze jagnię w stadzie.
Mimo wszystko pasterz potrafił zachować zimną krew, nie strącił z odrazą bestii z siebie. Postanowił nieść ją jeszcze chwilę i cisnąć do najgłębszego wąwozu. Albo – jeszcze lepiej – znajdzie gdzieś odpowiednie drzewo i zdjąwszy sznur, którym miał przepasane ubranie, powiesi tego wilka na gałęzi.
Idąc dalej z fałszywą bestią na karku, Rabat zaczął się zastanawiać, dlaczego to zwierzę tak się zachowało. Po co mu trzeba było włazić do cudzej zakrwawionej skóry? Może ten wilk nie czuł się szczęśliwy, może od dawna już zazdrościł barankowi miłości pasterza, ludzkiej troski, opieki, których doświadczyć wilkowi nie było dane? A może sam Bóg w taki oto, bardziej Sobie właściwy sposób, zabrał ofiarę obiecaną przez Rabata? Czyż lepiej by Mu było, gdyby ten baranek został zarżnięty i spalony? Wreszcie, przecież wilk nie jest winien, że urodził się wilkiem. Inna sprawa, gdy człowiek nierzadko postępuje jak dzikie zwierzę.
Gdy Rabat znalazł w końcu drzewo, którego szukał, zamiast powiesić, wypuścił zmartwiałego ze strachu wilka, być może tak samo niedojrzałego jak rozszarpane przez niego jagnię. Uczyniwszy to, pasterz poczuł, że odgadł i wykonał wolę Boga. Miał nadzieję, że również Ojciec Niebieski w przyszłości go nie zawiedzie.
Stało się jednak inaczej. Nagle Rabat usłyszał beczenie swoich owiec tam na dole, w dolinie. Cóż mogło je teraz, jeszcze przed świtem, wystraszyć? Rabat, wciąż jeszcze nie wypuszczając z rąk skóry rozszarpanego jagnięcia, potykając się, pokrzykując rzucił pędem kamienistym zboczem nie szukając szlaku i znalazł swoje owce rozproszone między wzgórzami. Także tu zostały one zaatakowane przez głodne wilki. Nawet pięć rasowych owiec leżało martwych w dolinie, kolejne cztery był zmuszony dobić nad ranem, ponieważ i tak by nie przeżyły.
To wszystko, czego Rabat doświadczył tej nocy, w żaden sposób nie mieściło mu się w głowie. Jego dusza, którą zawiodło wszystko, nawet Bóg, chciała opuścić ten nieprzyjemny, niesprawiedliwy i niezrozumiały świat. Wydawało się, że nogi same poniosły Rabata do tego samego wąwozu, z którego chciał zrzucić w przepaść owego podstępnego potomka wilków. Nie cieszyło go słońce, które wzeszło w górach, stracił nadzieję na to, że kiedyś sprowadzi Sydonię w te strony i kiedykolwiek jeszcze powie sobie – jestem szczęśliwy. Pozostało tylko jedno pragnienie – kończąc wszystko i przeklinając wszystko znaleźć odpowiedź, jaki mógłby być sens tego poznaczonego ranami świata. Być może człowiek to nieudolny twór Boga, przecież on również ukrywa się pod skórą niewinnego baranka. Częstokroć bywa drapieżny, krwawy, pełen najróżniejszych karygodnych postępków.
Rabat przypomniał sobie, że jego najstarszy brat dopuścił się kradzieży srebra zgromadzonego przez ojca, kupił parę wielbłądów i wyruszył z karawaną kupiecką. Również drugi brat zuchwale wybrał sobie najlepsze zwierzęta. Bezradny tracący wzrok ojciec przeklął ich obu i zmarł niedługo, rzekłszy do najmłodszego: „Wybaczysz im, jeśli zechcesz, bo bracia tak naprawdę ciebie okradli, a nie mnie”. Rabat dawno wybaczył, tylko nie znalazł dotąd możliwości powiedzieć im o tym.
Któż jednak i za co mógł przekląć jego? Czym zawinił przed Bogiem? Gdyby znał odpowiedź oraz w jakiś sposób potrafił siebie uspokoić, nie pasałby owiec. Chodziłby po ludziach i sam uspokajał tych, którzy stracili radość życia, sens wszystkiego oraz nadzieję. Gdzie jednak jest ta nadzieja? Gdzie jego własna radość?
Wzniósł oczy ku niebu i ujrzał szybującego w przestworzach orła. Dawniej Rabat rzekłby z dumą: „Moje myśli mogą szybować jeszcze wyżej”. Teraz pomyślał: „I ten głodny ptak wypatruje swojej ofiary”. Rabat też jada baraninę. I to najpiękniejsze jagnię ze stada zamierzał poświęcić Bogu nie bez powodu, nie w podzięce, a ogarnięty niecierpliwością, coraz bardziej pożądając posiadania przy sobie Sydonii.
„Wszyscy jesteśmy jak wilki, nawykli do chowania się pod delikatniejszą skórą” – przyznał się przed sobą Rabat. – „Jeden tylko Bóg nie odczuwa zimna, głodu ani męskiego pożądania. Obcy jest mu strach i rozpacz. Bóg nie ma kogo czcić ani wobec kogo czuć wdzięczność. Nie ma dla niego nic nieznanego ani nieprzezwyciężonego…”
Wychodzi na to, że człowiek jest w pewnym sensie bogatszy od samego Boga. Nawet przygnębiony, cierpiący, nawet nieszczęśliwy, wciąż jeszcze pełen jest pragnień. Przeważająca ich część prawdopodobnie nigdy się nie spełni, nie zna on jednak swojej przyszłości, dlatego z nadzieją rozpoczyna każdy nowy dzień. Bóg, gdyby zechciał, nie może skoczyć w przepaść, Rabat zaś może! Nie skoczy jednak. Nawet gdy się dowie, że Sydonia zdążyła już znaleźć innego. Wystarczy mu nawet ta niespodziewana myśl, żeby ominął tę przepaść.
A może Bóg stworzył ludzkość właśnie ze strasznego zobojętnienia, kiedy to mogąc wszystko nie odczuwasz ani cierpienia, ani żalu, ani tęsknoty? Może taki był jego plan, że przyszłości ludzkości nie zna nawet Bóg. Żeby ludziom wolno było stworzyć ją samym?

Diana Kardis-Gavinčiuk

Kazys Saja, ur. 1932, pochodzi z Pozwola przy granicy z Łotwą. Jest popularnym powieściopisarzem, nowelistą i dramaturgiem. Jest też cenionym działaczem społecznym, sygnatariuszem aktu niepodległości Litwy. W twórczości akcentuje głównie tradycje ludowe oraz zagadnienia etyczne.


Jurga Ivanauskaitė

***

Jestem sama ale
nie jak palec            
ich dziesięć
na obu rękach
jestem sama jak
jednorazowe naczynie
papierowy kubeczek
z którego ktoś
już wypił kawę
i wyrzucił
za burtę statku
do morza do morza do morza
kołyszę się na wodzie
nie tonę
nie idę na dno
nikogo nie obchodzę
śmieć


Aniołowi Stróżowi

Wołam do Ciebie tylko wtedy,
kiedy bardzo boli, niczym
małe dziecko, które wie,
że po przytrzaśnięciu palca drzwiami,
otrzyma cukierek.
Konsekwencja wynika z przyczyny,
a może – odwrotnie,
któż powie, któż rozwikła
nasze małe złudzenia,
pułapki stworzone dla siebie,
wykopane wilcze doły?

Ty nigdy nie odpowiadasz,
nie wyciągasz ręki ani palca,
tylko oznajmiasz, że między nami
nie ma żadnej przestrzeni,
nawet najmniejszej szczeliny.
Twoje skrzydło – moim garbem,
nimb – moim bólem głowy,
Twoja lilia – zamkniętymi powiekami,
wśród plis Twej odzieży –
resztki  moich snów.
Idę naprzód,
Ty podążasz za mną,
jeszcze nie zacząłam się cofać –
Ty już robisz krok do tyłu,
nawet cień mógłby
pozazdrościć Ci uporu,
precyzji i wierności.

Ponad chmurami – pochyłe wieże,
pod ziemią – spalone mosty,
Aniele Stróżu, lećmy tam,
gdzie jest dobrze, ale nie ma nas.


Nigdzie        

NIGDZIE nie jest terytorium,
ale dziurą między dwoma słowami,
luką między biciem serca,
krótką chwilą,
dotykiem rzęs
by od oślepiającej rzeczywistości
nie wyschły gałki oczne.
NIGDZIE nie zaczyna się ani nie kończy,
nie ma konturów,
nie poddaje się określeniom,
ale brzęczy w uchu
niczym olbrzymia pszczoła, większa
od tysiąca galaktyk.
NIGDZIE wpadam gdy
słodko pragnę zniknąć
lub duszona
pięknością wiosny
gorzko, tak przegorzko
boję się umrzeć.

Przełożyła Regina Tribocka

Jurga Ivanauskaitė (1961-2007) była jedną z najpopularniejszych litewskich pisarek okresu wczesnej niepodległości. Opublikowała sześć powieści, wiele zbiorów poezji, opowiadań i esejów. Interesowała się tematyką azjatycką i była zaangażowana na rzecz wolnego Tybetu.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko