Zbigniew Zbikowski – wiersze

0
744

aramejczycy wymyślili za mało

aramejczycy wymyślili za mało słów dlatego
po aramejsku kobieta oznacza zarazem materię
z której utkany jest kosmos
i ciepłą stronę człowieka

słowo studnia to również źródło wody czystej
i dusza niezmierzona w głębi
której świeci nieuległy brylant

a znowu pić to także chłonąć poznawać przez wgląd przyswajać
w niektórych przypadkach być jednym

kobieto daj mi pić z tej studni prosty
komunikat i cały poemat

w języku aramejskim nie są potrzebne metafory bo każde
słowo oznacza to co oznacza i coś innego i jeszcze
coś i nikt nie wie czy mówi prozą czy wierszem bo w każdym
szczególe jest ogół i w każdym ogóle szczegół a każdy
wiersz jest prozą i każda proza poezją

w jednym prostym zdaniu mieszczą się dzieje
stworzenia historia zbawienia i opis
zdarzenia przy studni

nie wiem czy tak jest
naprawdę ale byłoby
pięknie gdyby było


zawsze gdzieś

mógł tyle zrobić dla powstrzymania
obrotu spisać petycję zebrać
podpisy zainicjować akcję
na fejsbuku zaalarmować
parlament wysłać maile
z żądaniem do strasburga nowego
jorku albo przynajmniej ukryć się
za skałą naciągnąć na głowę
koszulę zasunąć powieki przechować
ziarno mroku w schronie
swego ciała

nie zrobił nic
z tych rzeczy cały przedświt
przestał nieruchomo wpatrzony
w horyzont najzupełniej pewny
że wystarczy pragnąć aby
jego wszechmocny odwołał
obrót sfer niebieskich

gdy tak stał niewzruszony
pierwszy promień posłany
od tego co wodór
przemienia w hel i tasuje
planety trafił go dokładnie
między oczy upadł

czy nikt mu nie powiedział
że słońce zawsze gdzieś świeci
i zawsze gdzieś jest noc
nie trzeba niczego
pragnąć wystarczy podążać
za swą ciemną gwiazdą


jakby haiku

forsycja zżółcona
azalia spączona

ileż zawdzięczamy
ostrym sekatorom


interferencja

świat opisany przez promień
światła to ciąg załamań i odbić
fal rozchodzących się po liniach
prostych

światło załamane na granicy gęstości
zmienia kierunek jego promień
podąża dalej dopóki najgłębsza
gęstość go nie pochłonie

fala odbita od granicy interferuje
z falą biegnącą od źródła
światło kiedy wraca
poznaje samo siebie

jestem promieniem
pochłanianym przez świat
falą odbitą w świecie
poznaję
świat opisany światłem
to świat prostych równań
nic nie jest białe
ani czarne światło
nie ma względu
na osoby


upływ

przylatują o czwartej
kiedy ciało przetacza się
pomiędzy ave a secula
seculorum obsiadają serce
otwierają komory dowcipkują ta krew
nieco gorzkawa dosłodzą
płuca jak w porządku proszę
na chwilę wstrzymać oddech

nie wyją nie gryzą nie
straszą serdeczni do przesady
posyła ich przecież
za nami grzesznymi święty
czas patron upływu
arcymistrz cierpliwości
ten który przychodzi
gdy przychodzi

dla żartu oczywiście
ot tak dla zabawy
obsypują ci twarz czarnym
puchem swych miękkich skrzydeł
łaskoczą

zrywasz się zlany potem serce
łomocze łapiesz oddech dłoń
oczyszcza nerwowo policzek
czy to dziś czy już
teraz i w godzinę

o piątej odlatują


gra w klasy

na ulicy warszawskiej po powrocie
ze szkoły na trotuarze równo
ułożonym z wielkich gładkich
płyt godzinami
graliśmy w klasy

klasa pierwsza najtrudniejsza kamień
popychany czubkiem buta na jednej
nodze przemyka sześć kwadratów
klasa szósta najłatwiejsza noga
przeskakuje sześć linii i wybija
kamień w wielki świat

biegniemy za nim i znowu
gramy w klasy teraz
najwyżej stoi klasa
robotnicza oraz
klasa chłopska najniżej
inteligencja pracująca

w tej nowej grze chodzi o to aby
zdobyć najwięcej punktów i spaść
do klasy najniższej kto spadł
ten wygrał
życie

aż przyjechały maszyny wyrwały
wielkie płyty wywiozły
je na przemiał ułożyły
na chodniku drobną
betonową kostkę
i wszystko się stało
na nowo

na warszawskiej ulicy
nikt już nie gra w klasy


niekrzyk

ten pierwszy bezgłośny
liść zasuszony wyfruwa
spomiędzy płatów zwojów
synaps ocalone same żyłki treść
w proch obrócona
złapany na strychu nie będę płakał oni
świdrują oczami czekają
pokaż mu jesteś przecież ojcem
– Tato czy musiałeś

ten drugi zastygły
skruszały beton przygniata
nie wypluty z trzewi
gdy był pyłem ciąży późna łza
go nie rozpuszcza
już z nim pojechali sygnał dogasa
oni widzieli że ciało bezwładne czekają
na rozpacz dlaczego nie krzyczę
– Panie czy musiałeś

ten trzeci wciąż ciepły
wyrwany z kawałkiem wilgotnej krtani
nie wchodzi do puzderka
po czekoladkach wypada
na podłogę
– I co teraz będzie


warstwy

zdjąć odzież wierzchnią
szal drogie palto sweter
odwiesić do szafy pokazać
zgarbienie na plecach
krzywe nogi brzuch
wyoblony patrzcie
taki jestem
niepiękny
jakie to proste

zrzucić koszulę
spodnie bieliznę
wyjść na scenę
po brzegi wpatrzoną
nagi zgrzybiały
pomarszczony patrzcie
jaki jestem
zawstydzony
to takie trudne

zedrzeć skórę
do krwi do
kości odsłonić
serce w trwodze płuca
w kleszczach
żeber zadławioną wstydem
przeponę już nic
do ukrycia to
całe wnętrze patrzcie
jaki jestem nędzny
to boli od tego
się umiera


atomistyka

w osiemdziesiątym pojechaliśmy
autobusem na rocznicę
tamtego grudnia

sto tysięcy ludzkich cząstek rozbitych
na pojedyncze atomy

parliśmy na rozpalone gęstniejące
centrum nowej gwiazdy
w które wbito trzy krzyże

byliśmy atomami pozbawionymi
wolnych elektronów
czyste jądra złożone
z protonów i neutronów
czuliśmy nawzajem swoje
rytmy wstępujące
i zstępujące uderzenia serc zgodnie
z prawami atomistyki
zapadaliśmy się i zapadaliśmy
do wnętrza czarnej dziury

ktoś przemawiał ktoś
odsłaniał ale my
w tej masie byliśmy
wsłuchani przede wszystkim
we własne drgania

potem gwiazda wybuchła
i rozbiegliśmy się szukać
swoich utraconych
wolnych elektronów

ZBIGNIEW ZBIKOWSKI (ur. 1952) – prozaik, poeta, dziennikarz. Podobno przyszedł na świat z piąstką pod brodą, co znamionuje myśliciela. Stąd może, mając ledwo dwanaście lat, kiedy zaczął podejmować własne próby literackie, wymyślił, że kiedyś zostanie pisarzem. Doradcy rodziny uznali to za chorobę wieku dziecięcego, która wraz z dorastaniem i głębszym zainteresowaniem się naukami ścisłymi, sama przejdzie. Jednak nie przeszła, co więcej, dała powikłania.
Będąc studentem na wydziale Matematyki, Fizyki i Chemii Uniwersytetu Opolskiego, pisywał regularnie do gazet i czasopism. Jako prozaik zadebiutował opowiadaniem zamieszczonym w „Młodym Opolu Literackim” (1977), dodatku miesięcznika „Opole”. Jako poeta objawił się w druku rok później, zwyciężając w jednym z turniejów jednego wiersza „Gazety Pomorskiej”. Początkowo pracował jako nauczyciel fizyki w liceum ogólnokształcącym, po trzech latach rzucił szkołę i został zawodowym dziennikarzem. Przez 30 lat pracował w różnych tytułach prasy krajowej i emigracyjnej, i na różnych stanowiskach, poczynając od korespondenta terenowego i reportera, na funkcji redaktora naczelnego kończąc. Ostatni redaktor naczelny zachodnioberlińskiego miesięcznika „Pogląd”, wydawanego przez emigracyjne Towarzystwo Solidarność. Później dziennikarz i redaktor na różnych stanowiskach w dzienniku „Życie”. W 2007 r. redaktor naczelny odrodzonego na krótko „Tygodnika Warszawskiego”. Także nauczyciel akademicki na Uniwersytecie Warszawskim (Wydział Dziennikarstwa i Nauk Politycznych) i redaktor książek w wydawnictwie Edipresse Polska.
Redagując cudze teksty literackie, tworzył też własne. W 2011 roku skończył jedną z kilku zaczętych w różnych okresach życia powieści i wydał ją pod tytułem Berlin Blue (2012, 2013, 2015).
Druga powieść, Transprussia (2013, 2015), znalazła się w 2015 r. w krajowym finale Europejskiej Nagrody Literackiej.
W 2015 r. wydał powieść Berlin Indigo. Rok 2019 to rok premiery wielotomowej powieści zatytułowanej Willa Morena.
Pisze także wiersze. Niektóre ostatnio ukazały się drukiem w prasie literackiej, m.in. w kwartalniku „Podgląd” oraz w kwartalniku „Tekstualia”. Wiersz Vocatio z muzyką Pawła Pierzchały włączyła do swego repertuaru Ewa Wnukowa z Piwnicy Pod Baranami.
Szczęśliwy, że w dojrzałym wieku doścignął chłopięce marzenie, na dobre poświęcił się literaturze.
Członek władz Stowarzyszenia Pisarzy Polskich.


(oprac. PMN)

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko