Krystyna Konecka – KIRA, CÓRKA KONSTANTEGO

0
450

     „Jak się te lata mylą”… „W zgiełku wieku”… „Czas swe wzory układa”… „Splątało się, zmierzchło”… „Jeszcze nie wieczór”…  „Nie gaście tej lampy przy drzwiach”… W niezwykły arras wspomnień i w kronikarski labirynt wydarzeń splatają się tytuły książek dziennikarki i pisarki Kiry Gałczyńskiej, czasem podpisującej się także nazwiskiem męża (Kilańska), czasem używającej pseudonimu Konstancja Janowa, ale przede wszystkim – córki Natalii i Konstantego Ildefonsa Gałczyńskich. Jeszcze więcej powstało tomów poświęconych rodzicom właśnie, szczególnie tych portretujących ojca – Poetę: „Konstanty, syn Konstantego”… „Mazurskie szlaki Gałczyńskiego”… „Konstanty Ildefons Gałczyński 1905-1953”… „Leśniczówka Pranie”… „Zielony Konstanty (…)”… „Srebrna Natalia”… I tyle jeszcze innych, komentujących codzienność prywatną i społeczną: „Nie wrócę tu nigdy”… „Byłam szefową”… „Mój anioł ma skrzydło zielone”…

     Moje domowe, zaczytane książki Poety: „Listy z fiołkiem” z 1964 roku i miniaturowy, bibliofilski wybór wydany ćwierć wieku później, i „Konstanty Ildefons Gałczyński” autorstwa Wiesława Pawła Szymańskiego w PIW-owskiej serii „Portrety współczesnych polskich pisarzy” z roku 1972 (poprzednią pozycją był „Jarosław Iwaszkiewicz” Andrzeja Gronczewskiego, którego dobre słowo oskrzydlało również twórczość autora „Porfiriona Osiełka”. Prof. Gronczewski po latach, w roku 1993 dokonał wyboru wierszy K. I. Gałczyńskiego, a tom opatrzył wstępem pt. „Trubadur czasu marnego”; tytuł ten znalazł się sześć lat później w zbiorze jego esejów „Bardzo straszny dwór”). Jest jeszcze książka „Serwus, Madonna. Wiersze i poematy” z roku 1984 w wyborze Kiry Gałczyńskiej, podobnie jak wiele innych, wydawanych później znakomitych poetyckich dzieł jej ojca… Czy zdążyła ze wszystkim, zanim odeszła w dniu 20 grudnia 2022 roku?

Czas swe wzory układa… Niezapomniana dedykacja „Kiry, córki Konstantego” z roku 1985

     We wspomnieniowym tekście na stronie „Gali” przywołane zostały m.in.- cóż za zbieg okoliczności – słowa Andrzeja Gronczewskiego, cytowane niegdyś przez Kirę Gałczyńską o ojcu: Miał jedną Polskę, tę zniewoloną, i w niej musiał odnaleźć swoje miejsce. Prof. Andrzej Gronczewski twierdzi, że Gałczyński był Don Kichotem, który umiał rozświetlić nawet wnętrze klatki, w jakiej los go zamknął. Był zawsze gotów poetycko – do ozłocenia klatki. Wszędzie tam, gdzie mogła być ona ustawiona – choć żałosna, uboga, okrutna.

     Nie można mieć wszystkiego. Można bardzo dużo. Doświadczać wzruszeń i emocji w spotkaniach z twórczością Poety. Dotrzeć tam, gdzie chciał wraz z żoną i córką zamieszkać na stałe po swoich traumatycznych doświadczeniach z lat młodości i okresu wojny oraz w czasie powojennych środowiskowych retorsji – więc do Leśniczówki Pranie. Tego magicznego miejsca, które dotychczas promieniuje pięknem fraz z „Niobe” i „Pieśni”… Tuż po śmierci Kiry Gałczyńskiej rozmowę z nią sprzed dwóch dekad przypomniał na stronie Pisarze.pl poeta i artysta malarz Zbigniew Kresowaty. Stan obecny Prania opisała, dziejącym się tam życiem zafascynowana, Ewa Zdrojkowska przed dwoma laty. Cóż ja?

     Dawno, dawno temu udało mi się skonfrontować dostępną wtedy wiedzę, wzbogaconą o świeżą lekturę książki Kiry Gałczyńskiej i – porozmawiać o ,„Konstantym, synu Konstantego”. I podzielić się wrażeniami z czytelnikami mojej podówczas białostockiej „Gazety Współczesnej”. A po latach zobaczyć się jeszcze nie raz z niestrudzoną kronikarką pamięci o Poecie… Grudzień roku 1983… Dzisiaj nic już nie jest takie jak wtedy…

x x x

    …w miejscu, gdzie wąskie jezioro robi zakręt, przybiliśmy do pomostu u podnóża wysokiej, gęsto porośniętej wielkimi dębami skarpy. Po drewnianych schodach weszliśmy na górę. Przed nami stał dom z czerwonej cegły, zarośnięty kożuchem dzikiego wina. Okien było dziesięć, w każdym stały czerwone pelargonie…

     W miejscu, gdzie drewniane schody zbiegają ku perłowej tafli lodu na grudniowym jeziorze – nie ma już pomostu. Pewnego letniego dnia przypłynęli tu najzwyklejsi chuligani, których głównym zajęciem było opróżnianie napełnionych piwem dwudziestolitrowych kanistrów. Tym razem podpalono pomost.

     Cytat na wstępie pochodzi z wydanej w roku 1983 książki pt. „Konstanty, syn Konstantego”, której autorką jest Kira Gałczyńska, córka poety, przez kilka lat –  kustosz jedynego w Polsce Muzeum Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego w leśniczówce Pranie nad jeziorem Nidzkim. Kto kocha „Niobe”, „Wita Stwosza” czy „Pieśni”, musi tutaj przyjechać, zanurzyć się w ostępy Puszczy Piskiej, spojrzeć na wodę, wejść pod dach starej leśniczówki, gdzie pełno dokumentów, fotografii, eksponatów. Ale teraz, skoro już wreszcie jest, koniecznie trzeba przeczytać tę książkę – wnikliwy przewodnik po skomplikowanych, tragicznych drogach człowieczego losu, serdeczny pamiętnik o Ojcu i Poecie, wypełniający nieznośną dotychczas lukę w biograficznym piśmiennictwie o autorze „Zaczarowanej dorożki”.

     Pani Kira mocuje się z wielką kłódką, otwiera furtkę. Za nagimi konarami dębów na wysokiej skarpie – milczące jezioro. Schodzimy stromymi, śliskimi schodami w dół. Metrowy, żałosny kikut pomostu.

     – W sezonie tak się bawi młodzież. Rzucają z łodzi potłuczonymi butelkami do celu, palą ogniska w lesie, upijają się i hałasują. Nikogo nie obchodzi, że jest to ścisły rezerwat przyrody – mówi pani Kira. – Zdarzało się też, że do Prania przyjeżdżały całe pijane autokary, a ci, co zdołali wydostać się ze środka, nie kontaktowali, do kogo ich przywieziono i po co.

     Jadąc tu, wyobrażam sobie optymistyczne spotkanie w trzy i pół roku po otwarciu muzeum. Autor scenariusza ekspozycji, Tadeusz Januszewski z Muzeum Literatury w Warszawie z entuzjazmem pisał o długo oczekiwanej placówce, która wreszcie powstała dzięki wysiłkom córki poety i dyrektora Muzeum Okręgowego w Suwałkach, Zygmunta Filipowicza. Dobry czas Prania – zanotowała w tym czasie dla „Interpressu” Kira Gałczyńska – zaczął się od chwili podziału administracyjnego, gdy były powiat piski stał się częścią województwa suwalskiego. Znalazły się pieniądze – a co ważniejsze – wykonawca (Przedsiębiorstwo Budownictwa Komunalnego w Giżycku, Grupa Robót w Piszu) remontu generalnego leśniczówki.

     Przecinano wstęgę z patosem, udziałem aktualnych wtedy władz i życzeniami wszystkiego najlepszego. Wkrótce potem nastąpiła eksplozja pieca do centralnego ogrzewania oraz inne niedyspozycje obiektu. Pani kustosz i jej mąż Janusz Kilański zostali zdani sami na siebie.

Dom Literatury w Warszawie, wieczór wigilijny pisarzy i poetów w grudniu 2009. Kira Gałczyńska (z prawej) i autorka. Fot. z archiwum K. Koneckiej

     Stoimy nad brzegiem, gdzie raki zimują – tak czyste jest to jezioro o malowniczej linii brzegowej, podkreślonej teraz po przeciwległej stronie smugą rudawej trzciny. Blisko nas człapie niezgrabnie po lodzie biały łabędź, rozpościerając skrzydła dla równowagi. Stąd królewskie ptaki nie odleciały. Trzymają się przybrzeżnych pasemek niezamarzniętej wody. Taką zimę mógł oglądać Poeta, kiedy – po pierwszym letnim pobycie w Praniu w 1950 roku – powraca tu z Warszawy gnany tęsknotą do miejsca, które go reanimowało twórczo. …w czasie kilkunastu dni zimy w Praniu, zabiera się do tłumaczenia ulubionej sztuki Szekspira – „Burzy”. Szuka metrycznego odpowiednika, który oddałby całe piękno wiersza… – wspomina córka w swojej książce.

     Po drewnianych schodach wchodzimy na górę. Przed nami stoi dom z czerwonej cegły, zarośnięty nagimi pnączami dzikiego wina. Okien jest dziesięć, w każdym, gdyby zajrzeć – cząstka życia i twórczości Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego. Weranda. Na drzwiach afisz informujący o corocznym spotkaniu literackim, które odbyło się we wrześniu. Wszystkie ławki przed leśniczówką wypełniła wtedy młodzież. Inna, niż ta na jeziorze…

     Oto ekspozycja. W tym pokoju Poeta mieszkał i tworzył. Tu wracał do sił po zawale serca i skomplikowanej szkarlatynie. Tu zielonym atramentem zapisywał bogactwo wrażeń doniesionych z Nieborowa i Krakowa oraz tych, które zawładnęły jego wyobraźnią po odkryciu urody pejzaży dotąd nieprzeczuwanych. Tu wreszcie odnalazł się po dramatycznym odtrąceniu przez literackich decydentów.

     Postawa Gałczyńskiego – pisał Wiesław Paweł Szymański – który chciał być tylko poetą-rzemieślnikiem  wykonującym dobrą robotę, nie znalazła uznania ani przed wojną, ani po wojnie… Posądzenie o „estetyzm”, o „oderwanie od życia” w ówczesnej sytuacji znaczyło tyle, co zamykające się przed podsądnym drzwi redakcji. Sam Poeta określił ten stan żartobliwie i gorzko: Katolicy, Stefanie/ żyć mi nie dają/ też marksiści, kochanie/ nie popierają.

     Ale to, co stworzył w Praniu: „Kronikę olsztyńską”, „Niobe”, „Wita Stwosza” i wreszcie cykl „Pieśni” oraz szereg innych wierszy – wszystko zostało uznane za dzieła najwyższej miary. Szczególnie w kilka lat po śmierci…

     W sąsiednim pokoju podczas wspólnych wakacji mieszkała uczennica gimnazjum Kira z matką Natalią – dziesiątą, „niezweryfikowaną” Muzą miłości i poezji Gałczyńskiego. Natalia to był najserdeczniejszy przyjaciel i dobry duch kolejnych gniazd, zakładanych wspólnie w Warszawie, Wilnie, Aninie, a po wojnie – w Krakowie, Szczecinie i wreszcie znowu w Warszawie, przy Alei Róż. To do niej adresowane były „Noctes aninenses”, „Pieśni” i „Kobieta w szarym kapturze”. To świadomość jej istnienia pozwoliła umilkłemu z rozpaczy poecie przetrwać lata samotności i udręki w stalagu Altengrabow, dokąd trafił po dostaniu się do niewoli niemieckiej. Nieco wcześniej napisał „Pieśń o żołnierzach z Westerplatte”.

     To, co pozostało z ostatniego mieszkania, jest tutaj – drobne przedmioty, które towarzyszyły poecie w pracy, stół, półki z książkami Kochanowskiego i Krasickiego, Horacego, Szekspira i Błoka, zabawny zezowaty krokodyl, gołąb wyrzeźbiony przez Kenara, mała zielona gąska, przykuta do stołu drucianym łańcuszkiem. Nie ma rady: na ponad dwadzieścia tysięcy zwiedzających rocznie zawsze trafi się ktoś, kto wyniesie jakiś eksponat. Wiele już zginęło. Wspólnie zastanawiamy się, jak przymocować do stołu piękny, porcelanowy kałamarz: pozostało zakuć go w mikroskopijne, drewniane dyby. Samo życie dyktuje takie drakońskie metody zabezpieczenia pamiątek.

     Jest retrospektywny przegląd rodzinnych fotografii, pierwodruki utworów, zielone rękopisy, dokumenty  ilustrujące  barwną, owianą legendą drogę twórczą wieszcza, diabła, szarlatana, cygana przebranego w krzyczące szaty błazna, wreszcie – wyciszonego liryka, mądrego humanisty, który jeszcze w latach młodości powiedział o sobie, synu technika kolejowego: Przyznam się bez wstydu do tytułu poety tylko wtedy, gdy w życiu społecznym Polski zajmę tak potrzebne miejsce, jak elektromonter i szofer.

     Są – nierozszyfrowane do dzisiaj – fotografie z obozu Altengrabow i jeniecka blaszka nieśmiertelnik z numerem 5700. Są kolejne „Zielone Gęsi” i zapowiedź programu kabaretu „Siedem Kotów”. To stamtąd na muzealną ścianę trafiło hasło księdza Piwowarczyka, towarzyszące aktorom: „Pracujcie, cudów nie ma”. Z listów do „srebrnej Natalii”, czyli inaczej „Pawełka” wyłania się obraz bezustannych zabiegów o poprawę bytu materialnego rodziny i niepokój o  „Kijeczka” – małą córkę.

     Kiedy Gałczyński zaanektował Pranie jako swój azyl, jego córka dorastała, i już wtedy traktował ją jak równego partnera w rozmowach. On też pierwszy pokazał mi wspaniałe obrazy – wspomina w swojej książce Kira, córka Konstantego. – Nie wiem, skąd znosił do domu albumy impresjonistów, ukochanego Bruegla, szalonego Boscha… A kiedy mówił o tych mistrzach, zapalał się i raz jeszcze powtarzał to, co nieraz słyszeliśmy, gdy odpierał ataki, że publikuje wszystko, bez wyboru – wiersze złe i lepsze:

     „Człowiek ma prawo do błędu… Pojęcie absolutnej doskonałości nie istnieje, bo zawsze można lepiej, mądrzej, głębiej… A sztuka robiona przez człowieka, stale mylącego się przecież, rodzi się z błędami. I dlatego jest wspaniała, wzruszająca, żywa. Doskonała może być zaledwie galanteria”.

     Lato – jesień 1953 roku. Piąty już pobyt u Stanisława Popowskiego i jego matki, gospodarzy Prania. „Chryzostom Bulwieć…” liczy tysiąc wierszy. I jak tu opuszczać tak żyzną glebę? – martwi się poeta w liście do aktora Kazimierza Rudzkiego. Więc rodzina planuje przenieść się w puszczę na stałe. Listopad to już Warszawa.

Leśniczówka Pranie – Muzeum. Pomnik Konstantego I. Gałczyńskiego. Fot. Krzysztof Korotkich

     Wieczorem… drugiego grudnia, kiedy przed spaniem znów siedziałam w wannie (oddajmy głos córce, wtedy świeżo upieczonej studentce) – wsunął głowę, podał mi najnowszy numer „Nowej Kultury” i ze swoim nieśmiałym uśmiechem poprosił:

     – Przeczytaj, a później pogadamy.

     Było to wydanie, gdzie wewnątrz numeru całą kolumnę zajmowały „Pieśni”.

     Krótka chwila na rozmowę o „Pieśniach” znalazła się w sobotę, piątego grudnia, późnym popołudniem. Szłam do teatru, więc na dłuższą pogawędkę znów zabrakło mi czasu, choć wiedziałam, jak bardzo mu na niej zależało. Powiedziałam kilka serdecznych słów, ale powierzchownych, naskórkowych, nic nie znaczących, mało ważnych. Zapytałam jedynie, skąd ta potrzeba ocalania wszystkiego, co stworzył, co żyło dzięki niemu. Skąd potrzeba żegnania się?

     Popatrzył na mnie szaro, smutnie, mądrze i szepnął:

     – Czasami lepiej pożegnać się wcześniej, bo można nie zdążyć.

     … W trzy dni później na warszawskich Wojskowych Powązkach odbył się cichy pogrzeb. Z dala od zasłużonych, z Bachem granym przez ucznia na skrzypcach. Z jedynym odznaczeniem, jakie otrzymał – Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.

     Pośmiertnie.

     Natalia Gałczyńska przez 23 lata była towarzyszką życia Poety, i tyleż lat przeżyła osamotniona. Kiedy w 1976 roku zmarła, trudny obowiązek likwidacji  mieszkania rodziców spadł na córkę. W tym czasie w Suwałkach trwały przymiarki do muzeum. Zdecydowano – wspomina pani Kira – że dawną oborę przeznaczy się na mieszkanie dla kogoś, kto będzie stale w Praniu mieszkał…

     …Janek zapytał mnie, czy nie powinnam Praniem zająć się sama? Że przecież odbudowa starej leśniczówki – to zaledwie początek życia Domu Gałczyńskiego w miejscu przez niego ukochanym… Zaskoczył mnie tym pytaniem. Z decyzją nosiłam się  kilka miesięcy, aż któregoś ranka obudziłam się z przekonaniem, że oczywiście, że nikt tego lepiej ode mnie nie zrobi, że jest to wreszcie mój obowiązek…

     W dawnej oborze o małych oknach urządzono mieszkanie. Po roku trzeba było zrywać zapleśniałe deski, bo ze źle połączonych rur pod zlewozmywakiem woda odpływała prosto pod… podłogę. Palenie w piecach należało do opiekunów muzeum. Bunkier na opał wykonawcy zbudowali w taki sposób, że cały koks i węgiel z wywrotki – zamiast do środka – wysypuje się obok. Potem te osiemnaście ton trzeba łopatą przerzucić sobie nad głową. Dopiero przed kilkoma miesiącami został tu zatrudniony palacz.

     – Kiedy męża nie było, a piec nie chciał się palić, wpadałam w rozpacz – mówi pani Kira. – Ale wreszcie nauczyłam się i tego, i wielu jeszcze innych rzeczy. Kiedyś wydawało mi się, że mieszkanie poza Warszawą jest niemożliwe. Teraz trudno byłoby się przestawić.

     Najbliższy sklep jest odległy o około dziesięć kilometrów. Napowietrzną linię telefoniczną zrywają gałęzie strącone przez wiatr. Na co dzień jedynymi towarzyszami życia są dwa psy: Blin i Urban. Z powodu chuligańskich napaści w 1980 roku trzeba było odgrozić się okiennicami. A przecież…

     – Mimo wszystko mam świadomość, że robię tu coś, co jest wymierne. Jeżeli spośród dwudziestu tysięcy wysłucha mnie setka gości, to jest to ważne. Bo dopóki będą istnieć czytelnicy, to ta poezja będzie żyła.

     Półki na pięterku ciasno wypełnione książkami: Jego i o Nim. Przekłady. Wśród nich węgierskie, serbo-chorwackie, rosyjskie w tłumaczeniu Dawida Samojłowa, niemieckie wydanie „Zielonej Gęsi” w przekładzie samego Karla Dedeciusa, czechosłowackie, tomik po japońsku, którego wartość translatorską mógłby ocenić jedynie fachowiec.

     W Praniu nie można dostać książki Poety, a szkoda.

     – Raz udało mi się zdobyć tysiąc egzemplarzy „Dzikiego wina”. Racjonowaliśmy po trzydzieści jednorazowo, ale i tak szybko znikły. Kiedy pojawiły się płyty, mąż jeździł i skupował. Warszawski KAW wydał specjalną pocztówkę, ale nigdy tu nie dotarła. Trafiłam na nią przypadkowo, w Piszu…

     Szczególną sferę zainteresowań pani Kiry stanowi młodzież. Najmłodsza spośród kilkunastu szkół imienia poety to podstawówka w Grajewie.

     – Mam z nimi bardzo serdeczne kontakty – informuje córka Poety. – Zawiadamiają mnie o wszystkim, czym żyje szkoła. Jeżeli udaje mi się zainteresować uczniów Praniem, to jest to dla mnie ogromnie ważna sprawa.

     Z podwórza wraca pan Janusz. – Chcecie posłuchać jak gra lód?

     Wychodzimy na drewnianą werandę, dobudowaną do dawnej obory. Milkniemy. Słuchamy. Trudno oddać gamę dźwięków dobiegających znad jeziora, gdzie pęka lodowa pokrywa.

     – Zazdroszczę pani takich wrażeń – mówię.

     – Ależ ja to słyszę po raz pierwszy w życiu!

     Więc jednak wciąż jest tutaj coś nowego do odkrycia.

     Tymczasem wieść niesie, jakoby z przyczyn natury ekonomicznej Muzeum Okręgowe w Suwałkach miało scedować swój mecenat nad Praniem – na gminę. Jeżeli zapadłaby taka decyzja, leśniczówka może zostać bez opieki. A może do tego nie dojdzie?

     Żegnamy się. Już od furtki woła nas pani Kira. Na kuchennym stole, pośród sterty dzisiejszej korespondencji – najnowsza jaskółka zza oceanu: „Wybór wierszy” Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego w przekładzie hiszpańskim z Limy, stolicy Peru. Zabiorę ze sobą inną – zbiór poezji „Začarana kočija” przetłumaczony na język serbo-chorwacki przez Petara Vujičicia. „Zaczarowana dorożka”. Zabiorę też składankę poświęconą leśniczówce–muzeum oraz okolicom. I… KAW-owską kolorową pocztówkę.

     W drodze towarzyszy nam księżyc. Ten sam, z którym wielokrotnie spotykał się Poeta. Myślę nad przyszłością Prania. Gdyby zabrakło leśniczówce opiekunów, byłoby to – jak spalony pomost…

x  x  x

     Minął rok… W 1984 ukazała się książka Kiry Gałczyńskiej, która – wtedy, kiedy odwiedziłam Pranie – już znajdowała się w drukarni. Tytuł tomu „Czas swe wzory układa” to cytat z wiersza Poety, a zawartość – to ilustrowany dziennik autorki obejmujący czas od czerwca 1980 do 13 grudnia 1981, kiedy powstawało muzeum. Nikt nie miał wyobrażenia, że opieka nad nim potrwa niemal do końca wieku… I co przyniesie każdy kolejny dzień. W styczniu 1985 w recenzji tej pozycji na łamach „Współczesnej” piszę: Paralelizm różnorodnych wątków dziennika, wzbogaconych szeregiem interesujących informacji o historii, tradycjach i obyczajach mazurskich i suwalskich miasteczek, uzupełniają w sposób naturalny notatki najbardziej osobiste, rodzinne. Takiej autorki nie znałam…

4 marca 2017. W warszawskim Klubie Księgarza rozmowa po latach z Kirą Gałczyńską i prof. Andrzejem Gronczewskim. Fot. K. Konecka

      W tym samym miesiącu udaje nam się spotkać (bo „pani na Praniu” domyka właśnie okres równoległego szefowania w latach 1982-1984 w miesięczniku „Kontrasty”), a w książce pojawia się dedykacja: … pani Krystynie Koneckiej – z wieloma serdecznościami i z zapewnieniem, że w domu nad jeziorem będzie zawsze miłym gościem – Kira Gałczyńska, Białystok w styczniu 1985

     Ale wtedy „Kira, córka Konstantego” skończyła już kolejną książkę poświęconą ojcu. „Mazurskie szlaki Gałczyńskiego” ukażą się w roku następnym, z dołączonym planem okolicznych miejsc związanych z obecnością tam Poety. Dekady miną, zanim nieoczekiwanie powrócę do tej książki… Jakże szybko mijają. Nigdy więcej nie udało mi się pobyć „miłym gościem” w Praniu. Po siedemnastu latach trwania muzeum, w roku 1997 opiekę nad nim przejmuje Wojciech Kass, poeta z Sopotu z żoną Jagienką. Kira Gałczyńska długo nie obdarzy tych młodych zaufaniem, ale z czasem będzie rósł jej podziw dla ich aktywności, profesjonalizmu i oddania sprawie dziedzictwa autora „Niobe”. Przez te wszystkie lata widziałyśmy się zaledwie kilka razy. Podczas wigilijnego spotkania członków warszawskiego oddziału ZLP w auli Domu Literatury, w grudniu 2009, roku żałuję, że nie mam ze sobą najnowszej wtedy książki pisarki, jej kronikarskiego zapisu pierwszych lat XXI wieku pt. „Mój anioł ma skrzydło zielone”. Pamiątką naszej rozmowy pozostanie fotografia, niezbyt ostra, zrobiona przez kogoś przypadkowego.

    Ileż wydarzyło się przez te lata… Ale już mijają następne, i znowu spotykamy się na krótko, tym razem w stołecznym Klubie Księgarza na Starym Mieście, gdzie kierujący tym zaczarowanym miejscem Janek Rodzeń, zaprzyjaźniony z ludźmi pióra i nie tylko, organizuje niezliczone imprezy literackie. Bywamy tu w międzynarodowym gronie podczas Warszawskich Jesieni Poezji, dotąd wspominam też wieczór wśród kolegów z polonistyki, kiedy mieliśmy okazję prezentować swoją twórczość we dwójkę z Piotrem Matywieckim. I oto 4 marca 2017 roku zebrał się tłum gości na jubileuszu prezesa ZLP, poety Marka Wawrzkiewicza. I oto w tym tłumie – Kira Gałczyńska wita się z prof. Andrzejem Gronczewskim, a na mój widok mówią równocześnie: – to jest… i śmieją się oboje. Mój Boże, „córka Konstantego” opiera się o kulę, przecież już lata minęły od kiedy złamała obydwie nogi, więc co tym razem… Profesor w tym garniturze co na moich zdjęciach w Stawisku. Odbierał wtedy nagrodę im. Jarosława Iwaszkiewicza za całokształt twórczości krytyczno-literackiej.

     Jeszcze w roku 2017 ukazuje się kolejna po „Moim aniele…” pozycja w „Świecie Książki” – „Nie gaście lampy przy drzwiach… Przesiane przez pamięć”. Jakież to bogate i barwne życie, wypełnione wspomnieniami… 26 kwietnia 2021 roku jubilatkę, obchodzącą 85 rocznicę urodzin odwiedza z przyjaciółmi – kto? Jan Rodzeń z Klubu Księgarza. Niewielka fotografia jego autorstwa w Internecie upamiętnia ten moment: Kira Gałczyńska – ta, która przez całe swoje życie pamięć po ojcu Poecie ocalała od zapomnienia – ze wspaniałym bukietem kwiatów i… z listem gratulacyjnym od prezydenta m. st. Warszawy, Rafała Trzaskowskiego… Czas nie stoi w miejscu…

     Wcześniej, w tym samym roku Wojciech Kass, jeden z najciekawszych poetów współczesnych, organizuje w Praniu 10. edycję ogólnopolskiego konkursu poetyckiego im. Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego – Orfeusz. W jury zasiadają najwyższe autorytety (nie da się opowiedzieć, jak to jest, kiedy ubiegłoroczny zbiorek wierszy otrzymuje od jurorów nominację do nagrody Orfeusz Mazurski)…    

     – Największy poeta wśród dyrektorów, najlepszy dyrektor między poetami – mówi prof. dr hab. Krzysztof Korotkich, prorektor do spraw kształcenia Uniwersytetu w Białymstoku, i kreuje „wizytówkę” Wojciecha Kassa. – Poeta, eseista, diarysta, urodzony we wrześniu 1964 w Gdyni. Od września 1997 roku adiunkt Muzeum Konstantego I. Gałczyńskiego w Praniu, kustosz pamięci o autorze Kroniki Olsztyńskiej. Autor wielu tomów poetyckich, m.in.: Do światła, Jeleń Thordwaldsena, Prószenie i pranie, Gwiazda Głóg, Wiry i sny, Ba! i dwadzieścia jeden wierszy. W 2022 roku wydał Kamyk metafizyczny. Wiersze i poematy z lat 1996-2021. Współredaktor dwumiesięcznika literackiego „Topos”. Członek Stowarzyszenia Pisarzy Polskich i Pen Clubu.

Leśniczówka Pranie. Zrekonstruowany pomost na jeziorze Nidzkim łączy współczesność z przeszłością. „Zielona Gęś” rozczula wszystkie generacje. Fot. Krzysztof Korotkich

     To szczęście, że po córce Poety objął w Praniu dziedzictwo Wojciech Kass. To on sprawił, że sam autor „Kronik olsztyńskich” dogląda od 2011 roku dziejących się tu magicznych wydarzeń: tuż obok leśniczówki przysiadł, zapatrzony w jezioro, na ściętym pniu w rzeźbie młodego bydgoskiego artysty, Gracjana Kaji (tego samego, który trzy lata później posadził na ocalonej części drzewa naturalnej wielkości „Zieloną Gęś” z rozpostartymi skrzydłami). Ale skąd znam to ujęcie Poety? Znowu sięgam po „Mazurskie szlaki Gałczyńskiego” pani Kiry z roku 1986. Na stronie 48 – fotografia w tonacji fioletowej (zresztą podobnie jak druk i pozostałe zdjęcia) z podpisem: K. I. Gałczyński na jednej z poręb w okolicy Prania w 1951 roku. Siwiejący Poeta siedzi na ściętym pniu, koszula z rozpiętym kołnierzykiem, bose stopy, lewa  nogawka spodni opuszczona, prawa odsłania kolano, tylko wzrok w kierunku obiektywu. Na stronie 30 – Poeta z żoną i Łobuzem: ta sama koszula, bose stopy, prawa nogawka spodni opuszczona, zza niej błyska nagie kolano…  Oboje z uśmiechniętą Natalią spoglądają w obiektyw. Niewątpliwie, to pierwsze zdjęcie musiało być inspiracją dla rzeźbiarza. „Kira, córka Konstantego” określiła pomnik ojca jako najbardziej udaną realizację rzeźbiarską Poety, jaka kiedykolwiek powstała…

Kira Gałczyńska (w 2009 i 2017). Jedyna taka córka. Swoje życie i talent poświęciła ocalaniu od zapomnienia dorobku ojca, redagując i wydając jego dzieła, a w swoich licznych książkach mierząc się z twórczą – i nie tylko – mitologią Poety. Fot. K. Konecka

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko