Teodozija Zariwna – wiersze

0
77


Z BYŁEGO ŻYCIA


PTAK NAD DROGĄ DO DOMU

Za ziemią pyłu albo wiecznego krόlestwa błota
leżą te krajobrazy, co z magnesu i złota.
Wyblakłe i dni, i daty, rozmyte plusquamperfektem,
jak acetonem i wόdką, gdy zmieszać je dla efektu.
Ptak miesi skrzydłami niebo, ciężkie jak obietnica,
odbije wszystko dokładnie jego złota źrenica.
Wchłonie zieleń i wodę, ślizgnie po gόrach, lasach,
krzyknie nad pszenicami, cień rzucając na trasach.
Co on tam widzi z gόry, i co tam zwiastuje borom
dźwiękiem głuchym i rwanym, gardłem ściśniętym, chorym?
Chłopcόw sny poplątane? Watrę, co jeszcze grzała?
Głodne skomlenie lisa? Znieruchomiałe ciała?
Szmaty, co gdzieś trzepoczą? Głos, wołający o karę?
Oczy bogosprzedawcόw, schowane za okulary?
Ptak już wytacza słońce, zaprasza jakby w gościnę, ‒
zmieniając światło kadru, zmienia też widok doliny,
nadaje ostrość konturom, ciału na wpół żywemu,
w martwej poświacie rentgena prawie nieruchomemu,
w nocnej optyce łowcy i żyć się boi i skonać,
choć ziemi tej czasem nie lubi, lecz nie odda nikomu.
Ogląda swoje majątki krόl od wieków zarania.
Kipią sady i lasy, pianą kwiatόw zalane.
Wiatr przynosi czyjś język (romski, turecki, jidysz?)
i łzy, ciężkie, jak cyna. Nie wypłaczesz – nie idziesz.


***
Krew nocy wciąż spływa na lasy,  jej ślad
rysuje jak w filmie ‒  na odwrόt – ten świat
niejasną kursywą.
I między popiołem i prochem tych dat,
tych dni, które dzielą zabójca i kat,
już wschodzą masywy.

Spokojna zatoka. Dniepru jakaś część,
i słońce, co barkę przywabić tu chce,
skrzypiącą na fali.
Mgła wokół osiada, i nuda, i kres,
i rany pod deszczem zalizuje pies,
i ktoś tam w oddali.

A czas nadchodzący cieniutki jak szkło.
już cichnie głód wody, rozpada się tło –
to brzeg Acheronu.
Więc Pan Bόg próbuje – ma żyć, czy też nie
i człowiek,  i drzewo: ugasić swόj gniew,
czy zabrać ochronę.

W tym czasie okrutnym zarazy i ćmy,
na progu zbielałym i zima, i my, ‒
toż grudzień już wszędzie.
I leci listowie, jak manna wśrόd łez,
wytrwale, powoli – czy ze mną czy bez.
I będzie, i będzie…


MUZEALNA ZONA

Dalej, za krok, za oddech, step sprężynuje w trawach,
spływa szelestem dźwięku, wiatru suchego żaglem,
i ruchomymi piaskami, gorącymi, jak ława,
wyrwanymi słowami – nieprzeczytalne żadne.
Bogowie, zaklęci w marmur, tasują ery, jak karty.
Proch zasypując prochem, trwa muzealna zona.
I myślą nieme obrazy: „Życie daremnie starto?” ‒
przywołując na świadka Owidiusza Nazona.
Minęła jakaś tam wieczność – i znόw na wygnańcόw moda:
ich ciche słowa, gesty, odzież biedna, sandały.
Strach jak pomnik dla ptakόw i ludzi ‒ pośrόd ogrodu,
a także kruchy papirus ‒ atrybut smutku stały –
cały anturaż przeklęcia (czy zapomnienia). Kto spisze
rachunki stare i rdzawe, nasłania czyjeś mentalne?
Jak białe i puste stronice, leżą śniegi. I cisza
podkreśli znikomość świata w tej czarnej dziurze astralnej,
tego złotego stepu, gdzie wszystko młode, jak pączki,
gdzie tylko wiatr nieustannie trzyma poziom swobody,
gdzie osad życia cudzego już pokrył posągów szczątki,
nie rozcieńczą go nigdy ani deszcze, ni wody.


POWIETRZNI AKROBACI

Błyśnie zmęczona rozpacz w źrenicach supermena,
jak szyfr, zakodowany pośrόd rzędόw i głόw.
Boże, bądź wola Twoja… nie dla ludzkiego ramienia
strach przed występem, prowincjonalna scena,
ludzie i zwierzęta – ten mięsożerny tłum.

Cisza zawiśnie razem z ciałem pod kopułami –
błękitny pająk, co przędzie każdy swόj ruch czy krok.
Tysiąc słońc pod nogami, tak jakby złote Bahamy,
i ty, co pod sufitem prawie rozmawiasz z bogami,
módl się o bezpieczeństwo, które ucieka we mrok,-

to znaczy w jakąś gehennę. Wczoraj i dziś modła płynie
lalko na ostrym wietrze, frygo, wzięta na nić,
bo te jamy-otchłanie, przepaście i mroczne jaskinie,
co się rozwarły nad salą, sięgając magmy w głębinie,
zarosną, jak cięta rana, i nie zostanie już nic.

Wszystkie drapieżne zwierzęta mieszanej rasy i rodu,
co pyski wzniósłszy do nieba, czekają, aż spadnie płόd,
zginą bez śladu w powietrzu, gdzie pachnie siarka i wodόr,
gdzie konferansjer jak zawsze coś plecie do narodu,
zostanie już tylko ziemia pośród lasόw i wόd.


***
Co to jest za dziewczyna na zdjęciu tym, z unibromu*.
Ja ją trochę poznaję, taką daleką znajomą:
ma wiecznie zmarznięte ręce, zawsze jest komuś coś winna,
przebiera swoje marzenia, jak kolekcjonerskie wina.

Spogląda przez obiektyw oko prorocze, szklane,
po horyzont, za którym jest życie obiecane.
Pomiędzy nią a czasem jeszcze ni dat, ni wałόw,
jeszcze w przeszłość i w przyszłość patrzy bez lęku, śmiało.

Jeszcze ten świat jak scena, prywatny obraz del’arte,
jeszcze gra pierwszą rolę, drogę wyznaczą karty.
W prowincjonalnych replikach sam anioł gra jej suflera,
jeszcze ni deszczu, ni gradu nie zna podniebna sfera.

Z tatowym: “Skarbie cudny” czuje się: „Carpe diem”.
W aparacie coś klika, tam ciasno nadziejom prawdziwym.
Wspomnienie do wspomnienia, jak mrówka do mrówki na słońcu.
Wszystko to parzy palce. Ptaszek wyleci w końcu.

Świat, gdzie wschodzi jak słońce jej sukienka z nylonu
wypełni i tło, i korpus kadru, złapie  jak batiar
szał georginii, maków – herbów drogiego domu.
I wszystko będzie dobrze, dla niej, tej z unibromu.
To znaczy, dobrze – na wieki, moje siostry i bracia.

*    – marka papieru fotograficznego


* * *

Autobus odjeżdża. I wiatr powyciera trwogę
i wilgoć na szybach, na moich policzkach i Boga.
I usta twe szorstkie, pozostając w plusquamperfekcie,    
są jeszcze gorące, jak kawa w dworcowym bufecie.
Dopόki ja tutaj ‒ zapomnę bilety-walizy:
Dopóki ja z tobą ‒ niech lecą  papiery i wizy,
a z nimi i poryw (o, ileż ich już podeptano),
on ciemność oświeci, jak księżyc ‒ nasz stróż nieustanny.
Wciąż czuję twą rękę, i chwila przebiegnie eterem,
i cień ucałujesz ‒ tak rzuca się kwiat bohaterom.
I z tych rezerwacji, pachnących ostatnią benzyną,
wybiorę tutejszą, gdzie pustka zawiśnie kurtyną.
Jest jeszcze podwόrze, ukryte w obłokach jaśminu,
i zwierzę krwiożercze, co schlebia i kocha niewinnie,
i wieczne bezludzie, i księżyc, jak prezent-podkowa.
My jeszcze naprzeciw. I słowo w objęciach słowa.


ZEMSTA

Ty pozostaniesz w zdaniu bez tożsamości znaków,
i nikt ciebie nie pozna, nie odkoduje obrazu.
Przywiązanego do treści, jak do starej Itaki,
otoczą cię topole, na szczudłach wysokich takich.
Zostawię tobie pieska i kilka ptaków małych.
Lecz żadnej w świecie kobiety, by czas ci umilała.
Jakaś cytra lub lutnia, i czepek kąpielowy
w bezkresnym morzu tęsknot, gdzie błyszczy księżyc płowy.
Do końca tego wiersza, gdzie łzy są przecinkami,
przepływają w kanałach pomiędzy zdaniami,
gdy puls twój wróci do normy, choć prokrustowe łoże,
wzniesiesz swój zarzut niebu: „Tyś dobrym pisarzem, Boże!
Twoje książki o życiu czytają jak kryminały,
gdzie spływa krew dla kaprysu, gdzie motyw słaby, mały.
gdzie między sztywną konstrukcją, której język nie znosi,
jest jeszcze trochę powietrza, czyli trochę ‒ miłości”.


JESIEŃ W KWADRACIE

Garścią słόw oraz liter strach zjawy zaczepić,
minąwszy nieznaczących,  oko w dal wędruje.
Pan Bόg po milimetrze leje szarość w palety
i otwiera sezony, kiedy już nic nie pasuje.
Wyjdziesz na szczyt balkonu, jak do szturwału Nansen:
krajobraz napił się brahy, niesie swe rzeki dzikie.
Znów łykniesz antydepresanty – wiersze jednego wygnańca,
ktόry przetopił tęsknotę w garść pereł dla swojej Nike.
Ale nie zdradzą sensu słowa i padną w próżnię
i nie przemienią światła z żόłtego na zielone.
Czy warto było płacić za nie cenę taką dużą,
czy warto było sączyć atrament z weny strudzonej,
kiedy i one bezsilne w świecie, pędzącym jak konie.
I tylko nadzieja krucha, rosnąca w granicach przecinka,
oberwanego cytatu i kropki, co czeka na koniec,
trzyma ciebie jak flagę życia na czyimś balkonie.


STREFA MILCZENIA

Ten skrawek pustej ziemi – strefa mego milczenia,
obietnica bardzo naiwna ‒ zapomnieć litery i sposόb
słowotwόrczości. Czajnik pieśnią osamotnienia
wypełnia pustkę mieszkania. Bezludna wyspa to pościel.

Ptak bezszelestnie mierzy nieznajome niebiańskie puszcze
nocami bez ojczyzny (a to wskazuje na zmianę
dekoracji lata – od zieleni po żółcie zszargane),
rwąc sznurek cienki i krwawy, ktόry go stąd nie puszcza.

O kraju ptasi, jesienny. Przepełniły twą czaszę
okoliczności, papiery. I z niego, tak jak z komy,
wyjście jest beznadziejne i trochę przypadkowe,
a jeszcze za parkanem czeka gromada wilczarzy.

Dlatego polubić strefę – jak błazen i krόl, który kroczy
i rwie swoją szatę na pasy, by bandażować ranę –
to nasz cel, nasze wyjście. Ni z Biblii, ni z Koranu
nie wyczytamy rady do głębokiej pόłnocy,

czy do pełni księżyca, co w ptasie zagląda gniazda.
Pod stropem, gdzieś się zrodził i gdzie nie umrzesz raczej,
Cyganka chwyta za ręce i mόwi, że pod gwiazdą.
Ja śmieję się z niej wtedy, a ona się złości i płacze.


ZŁOTY ZAPAS

Już widzisz przez szybę – zbliżają się chłody,
i nie ma dla startu przyczyny, pogody.
I miasto wśród nocy wyciera opony
śniegiem, co przechodzi na świetle czerwonym.

A  droga bez przerwy pulsuje i świeci,
i strach trochę zmniejsza, i w lekkim sopranie
z życia nam cudzego wywodzi starannie
tę formułę szczęścia, co w rumianku kwiecie.

To miasto na dole – rozszczepiony atom.
Zabłysną ukryte znaczenia gorące.
A niebo wysypie nam na rany watę,
ze skrzydeł anielskich puch ożywiający.

I w pustej przestrzeni jakiegoś hotelu,
gdzie psalmy pokutne podrzemią do czasu,
gdzie tomik poezji w pomiętej pościeli ‒
płomyczek nieśmiały złotego zapasu.


Tłumaczenie wierszy – Kalina Izabela Zioła

Teodozija Zariwna  – ukraińska poetka, powieściopisarka, dziennikarka, teatrolog. Ukończyła Państwowy Uniwersytet im. Iwana Franki we Lwowie i Kijowski Instytut Sztuk Teatralnych im. I.K. Karpenki–Karego. Autorka siedmiu zbiorów poezji, pięciu powieści, kilku sztuk teatralnych i filmów dokumentalnych. Prezentowała programy literackie i kulturalne w telewizji ukraińskiej. Laureatka wielu nagród literackich. Тłumaczyła z angielskiego (dzieła teatralne Arthur Miller “All My Sons”; Brian Friel „Dancing at Lughnasa”, „Translations”), z polskiego (Wiesław Myśliwski „Requiem dla gospodyni”, Kalina Izabela Zioła „Chłodny dotyk wiatru”), z serbskiego (Duszan Kowaczewycz „Radowan III”), opublikowała  po ukraińsku książkę Jidi Majia „Words from the Fire” oraz wiersze ponad  30 wspόłczesnych poetów polskich. Jej utwory są tłumaczone na języki: angielski, niemiecki, włoski, polski, grecki, portugalski, macedoński, rosyjski, rumuński, czeski. Była uczestniczką Międzynarodowego Listopada Poetyckiego w 2016-2019 r., Międzynarodowej Konferencji Poetyckiej w Poznaniu 2017-2021 r., a także literackich spotkań w Biszkeku, Kiszineu, Wilnie, Sofii, Pradze, Ołomoutsie, Brnie, Xichang. Wiersze i opowiadania publikowała w czasopismach: “Gazeta Kulturalna”, „Odra”, „Metafora”, ”Lublin”, „Znad Wilii”, „Krytyka literacka”, „Protokół kulturalny”, „Dziennik Polski” , w antologiach ”Jak podanie ręki”. Nominacja do najwyższej nagrody na Ukrainie – Nagrody Narodowej im. Tarasa Szewczenki  (2005 i 2009).

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko