Michał Piętniewicz – Wyimki, fragmenty, intuicje, błyski

0
157

Nie rozumiem współczesnego świata, ale ci, którzy go dobrze rozumieją, zwykle przegrywają w długofalowej perspektywie.

Czy istnieje coś takiego, jak inteligencja duchowa?
Uważam, że Wódz, Tomasz Nowak OP, jest obdarzony niezwykłą inteligencją duchową.
Choć rzecz jasna, zdarzają mu się bruzdy.

Moje nieporadne intuicje teologiczne podyktowane są poczuciem bezradności i bezsiły, ale i w nich może tkwić coś w rodzaju przewrotnej siły.

Nie wierzę w to, że każda wypowiedź i każdy człowiek są interesujący, nie mówiąc o tym, że są wyjątkowi, to bujda z chrzanem, przez którą obecni kaznodziei po prostu krzywdzą swoją trzódkę.
A obecna narracja, a raczej wszech – narracja, nie tylko zresztą duchownych, jest w tym duchu, „śpiewać każdy może”.
No może, ale co z tego?

Zdecydowana większość śmiertelników, poza nieśmiertelnym Panem Jezusem, dostała się na ten padół łez wskutek jakiegoś ponurego zbiegu okoliczności.
I nikomu nie spieszy się ten padół łez opuszczać, przynajmniej zdecydowanej większości.
Być może na tym polega święty paradoks życia, na nieznajomości i strachu przed tym, co życiem nie jest, a co może być w sumie całkiem ok.

To prawdopodobnie nie kto inny, jak Pan Bóg, obdarzył nas wolą życia, wolą rozwoju, pokonywania przeszkód, przekraczania siebie, podnoszenia się z najgorszych upadków, ergo uczynił nas najbardziej upartymi osłami w odmętach totalnego absurdu i skandalu, jakim jest życie.

Podziwiam ludzi totalnie oddanych Bogu, podziwiam ich święte zaślepienie, co nie przeszkadza i mi klękać codziennie przed Tym, którego nie znam i prosić Go o pomoc w najprostszych sprawach.

Nigdy nie rozumiałem zdania: „każdy jest kowalem własnego losu”, zawsze odnosiłem je do pyszałków.

Czy wierzę w Boga?
Czy gdyby nie moja zupełna bezradność i bezsiła wobec nieprzewidywalnego żywiołu życia, potrzebowałbym jeszcze Boga?
Czyż moja domniemana i hipotetyczna wiara nie wypływa z bezbrzeżnego wręcz egoizmu i strachu o siebie?
 Być może prawdziwie wierzą ci, którzy są kowalami własnego losu.
Z pewnością wiara ich jest zdrowsza, być może nie potrzebuje nawet lekarza.

W obecnych czasach tzw. siła wyraża się w braku jakiegokolwiek odniesienia do kogokolwiek.
W związku z tym kultura polska jest zasobna w samych mocarzy.
Skutkuje to tym, że życie literackie przypomina cmentarzysko.
Owo siłaczenie ma swoje rzecz jasna odzwierciedlenie w stosunkach międzyludzkich, nastąpiła niejako ich utylizacja.
Ostatni ludzie kryją się po ostatnich, literackich knajpach oraz kościołach.

Jeżeli te zapiski są przykładem mojego języka wewnętrznego, prywatnego, intymnego, cóż zrobić z językiem zewnętrznym, publicznym, oficjalnym, językiem recenzji, szkiców, artykułów, czy takim, którym usiłuję się komunikować na co dzień z bliźnim?
Czy któryś z nich jest prawdziwszy?
A może żaden nie jest prawdziwy, gdyż oczywistością będzie stwierdzenie, że nic nie fałszuje tak skutecznie rzeczywistości jak język.
Cóż jednak podstawić za język?
Codzienność prostych czynności, maskę uświęconego tradycją rytuału, powtarzalność skromnego gestu?

Cały problem a zarazem dobrodziejstwo komunikacyjne, polega na tym, że zawsze mamy na względzie dobro naszego bliźniego, a ile jesteśmy ludźmi obdarzonymi dobrymi sercami.
Ergo, wymiar wspólnotowy języka być może będzie tym pierwszym najbardziej.
Szczególne są niektóre języki poetyckie, które owego wymiaru nie potrzebują, chcąc skomunikować się przede wszystkim z ukrytą tajemnicą, która nie dotyczy większości zgromadzonych we wspólnocie, ale tylko nielicznych, czułych na jej podziemne promieniowanie.

Trudno mi sobie odpowiedzieć na pytanie, dlaczego lubię literaturę.
Być może pozwala mi ona na dystans do rzeczywistości.
Dystans aż niezdrowy, bo rzeczy widzę jakby literacko, w tym krzyk, spazm, ucieczkę, lament, płacz oraz agonię.
Jedynie radość cudza mnie jakoś niebywale drażni.
Mam jedynie zaufanie do śmiechu ludzi, którzy wiedzą doskonale, że nie ma się zupełnie z czego śmiać. Radość bezwarunkowa, którą obserwuję niekiedy u bliźniego, wydaje mi się często wymierzona we mnie, w moje cierpienie.

Czy wolę przeto ludzi ponurych, nieszczęśników, mizantropów i samotników?
Tak, albowiem tylko oni wiedzą, czym jest prawdziwy humor, wymierzony w sam oścień głębokiego tragizmu, jaki życie ze sobą niesie.


Procesy butwienia, gnicia, rozkładu i rozpadu towarzyszą od zawsze ludzkiemu światu.
Osoby, które ten niezbity fakt chcą przemilczeć, są pozbawione elementarnego poczucia humoru – w pierwszej kolejności w stosunku do samych siebie.

Notoryczni pacjenci szpitali psychiatrycznych wybrali najmądrzejszą ścieżkę w tej całej chujozie świata. Alkoholicy i pijacy w porównaniu do psychiatrycznych recydywistów to głupie, cienkie Bolki, choć jedni i drudzy przeważnie bardzo się lubią, bo droga do szczęścia wiedzie u tych wybrańców Bożych poprzez jedyny, słuszny stosunek do tego, co jest: poprzez negację, a w najlepszym razie wykpienie.

Od dłuższego czasu towarzyszy mi poczucie zupełnego absurdu i totalnej rozwałki mojego życia.
Pomimo tego, czuję opiekę Bożą i to, że ta moja dziwna droga do czegoś niewytłumaczalnego doprowadzi, co jednak nie będzie zwycięstwem.
Za bardzo idę na udry z tym światem, żeby to, co robię, zostało przez ten świat zaakceptowane.

Starając się być do końca w porządku wobec wszystkich, możesz nie być do końca w porządku wobec samego siebie.

Najszczęśliwsi są zmarli oraz ci, którzy nigdy się nie narodzili.
Przeżywają idealny stan tego, co można zdefiniować jako egzystencję idealną, całkowicie wyzbytą bólu i wszelkich dolegliwości, czy to fizycznych, czy psychicznych.
Tylko wyjątkowo sadystyczni osobnicy wymyśleli piekło czy niebo, jako ewentualne możliwości przedłużenia tej mizerności tutaj.
Doskonale szczęśliwy jest bowiem niebyt.
Ci, którzy żyją, zdani są na pastwę nielicznych, szczęśliwych momentów i przeważających momentów cierpienia, bądź, w lepszym razie, dojmującej szarzyzny oraz ułudy życia.

Chrześcijaństwo jest jedyną, możliwą religią, usprawiedliwiającą bezsens tego istnienia, którego mechanizm działa na wyjątkowo perfidnej zasadzie kija i marchewki.
Otóż docenisz szczęście bracie, kiedy będziesz go pozbawiony, jak bowiem mógłbyś znać smak słodyczy, nie skosztowawszy uprzednio, jak smakuje gorycz?
Nikt rozsądny nie przystanie na takie dictum, dlatego świat składa się niemal wyłącznie z szaleńców, wyłączywszy samobójców.
Tak, trzeba być rąbniętym zdrowo, żeby żyć.
Niemniej, pławienie się wyłącznie w ekstazie zaprzecza jakby temu, co znamy jako życie, ergo żyć to znaczy być poniekąd skazanym na niespodziankę.
Stąd żyją jakby najpełniej ludzie ciekawi tego, co życie przyniesie.
Nudą bowiem byłoby wyłączne smakowanie rozkoszy.

Pomysł, że Bóg istnieje,  że ludzie są dobrzy i że życie ma sens, jest zgoła tak absurdalny, że nie sposób się nim nie zainteresować.

Wariaci to jednostki najbardziej racjonalne, słusznie zbuntowane przeciwko owej, uwłaczającej zasadzie życia, o której pisałem już.
Reszta to cynicy, despoci, kłamcy, manipulatorzy, figuranci i cwaniacy, nie przyjmujący przeważnie z należytą pokorą do wiadomości faktu swojego uwięzienia, który nastąpił wraz z dniem narodzin.
Jednak i wśród tych więźniów zdarzają się geniusze bądź jednostki wybitne utalentowane, czyż bowiem nie śpiewa się pieśni w więzieniu?

Obecne czasy są zasobne w niespotykany dotąd chaos.
Każdy ciągnie w swoją stronę, w związku z czym mamy rzeczy jedynie umownie zwane wspólnymi, albowiem naczelną zasadą czasów obecnych jest zasada rozpadu.

Nie będzie odkryciem, jeżeli powiem, że prawda jest wyborem odpowiedniej konwencji, nałożeniem na siebie maski, to wiedział już Gombrowicz.
W związku z tym istnienie albo nieistnienie Boga jest również kwestią zmiany dekoracji, to nieco przerażające.

Jestem człowiekiem niewiarygodnie leniwym. Dlaczego?
Bo nie uznaję sensu pisania czegokolwiek na siłę.

Na czym polega sukces w życiu?
Być może na uczynieniu swojej narracji częścią narracji oficjalnej, choć żeby dana narracja oficjalną się stała, najpierw musi, niekiedy bardzo długo leżakować w bezpiecznym kokonie nieoficjalnego.

Myślę, że właściwa prawda nauk humanistycznych powstaje w zetknięciu z brudem, nijakością, bylejakością, tandetą, plebejskością, nieudanymi oraz pokracznymi tworami ducha.
Człowiek, który całe życie czytał klasyków i o klasykach pisał, niczego świeżego, ciekawego ani odkrywczego o literaturze nie będzie miał do powiedzenia.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko