O Stanisławie Nyczaju wspominają Anna Musz i Stefan Jurkowski

0
120

Anna Maria Musz

Na zniknięcie Poety
(Wspomnienie o Stanisławie Nyczaju)

Często jednym z pierwszych odruchów u poetów, gdy dowiadują się o śmierci kogoś bliskiego z kręgu twórczych przyjaciół, jest… pisanie. Może to wola utrwalenia wszystkiego, co zapamiętane, aby obrazy, słowa i przeżycia z czasem nie zaginęły; może to przemożna potrzeba wyrzucenia z siebie wspomnień i emocji, w których ów Ktoś wciąż jest, uśmiecha się, rozmawia. Bez względu na konkretną przyczynę chodzi nie o   p o ż e g n a n i e  , ale o u t r w a l e n i e. Narysowanie dokładnego obrazu Stanisława Nyczaja jest wyjątkowo trudne, ponieważ musiałby to być portret wyjątkowo bogaty, rozmigotany, tętniący energią.

Główny szkic portretu – to Staszek jako Poeta: wierzący w moc słowa i zdolność wersów do odmieniania świata. W rozmowach wielokrotnie wspominał na przykład, że należał do pionierów ekopoezji i był z tego faktu niezwykle dumny. Połączenie liryki z – jak dziś moglibyśmy to określić – świadomością ekologiczną pokazuje doskonale, jak przenikliwa, a jednocześnie wizjonerska jest to twórczość. Staszkowi z wielką łatwością przychodziło godzenie dwóch pozornie sprzecznych światów: swego rodzaju “pracy u podstaw” z poezją wysokich lotów, co więcej – zawsze wychodził z tego eksperymentu zwycięsko. Jego wiersze upominają się o ważne wartości, zjawiska i pojęcia, ale czynią to bez odrobiny dydaktyki, bez najmniejszego choćby patosu. Równie mistrzowsko odwołuje się on do aktualnych tematów, nawet takich, jak pandemia koronawirusa czy zimowa olimpiada w Pekinie. Jego wiersze wychwytywały wszystkie ważne i nowe zjawiska, jednocześnie nadając im wymiar uniwersalny; nadążały za światem “tu i teraz”, nie zapominając nigdy o szerokiej, ponadczasowej perspektywie.

Kolejny rys i kolejna barwa – to Staszek jako redaktor oraz wydawca, działający w zespole rodzinnym, wraz z ukochaną żoną Ireną i synem Pawłem, którzy wynieśli wspólnie kieleckie Wydawnictwo STON2 na wyżyny sztuki edytorskiej. Tytaniczna staranność w podejściu do maszynopisów, ich redakcji, korekty, oprawy graficznej wyrastała z najlepszych wydawniczych wzorców i tradycji. Wydawanie książek stanowiło po prostu kolejną wielką pasję Staszka. Niemal benedyktyńska praca rodziny Nyczajów przynosiła owoce, ponieważ STON2 stał się synonimem rzetelności. Między ich mieszkaniem Kielcach a naszym we Wrocławiu istniała niemalże “gorąca linia”, a dziesiątki spośród tych rozmów dotyczyły książek nyczajowego wydawnictwa – albo tych, które Staszek chciałby wydać, albo tych, na którymi właśnie pracował wspólnie z Irenką i Pawłem, albo już wydanych, które gorąco promował.

Jeszcze inny odcień – publicystyka i krytyka literacka. Jedną z mocnych stron Staszka (uświadamiam sobie, że uparcie szukam sposobu, aby w żadnym zdaniu nie używać w stosunku do Niego czasu przeszłego) pozostawał dar całościowego analizowania różnych zjawisk literackich oraz kulturalnych. Miał niezwykłą intuicję wyszukiwania ważnych tematów oraz istotnych zjawisk. Fascynował go niezwykle sam proces twórczy, poświęcił mu zresztą książkę “Metafizyka tworzenia. Na kanwie zwierzeń polskich poetów”, a także dialog z innymi ludźmi pióra. (Jego potężny dorobek podsumowała Krystyna Cel w wydanej w 2018 roku monografii “Portret literacki Stanisława Nyczaja”, a czytając tę książkę trzeba pamiętać, że nie objęła ona ostatnich czterech lat, bardzo intensywnych twórczo).

Ważny i doskonale widoczny w naszym portrecie kolor – Staszek jako animator życia literackiego, choć lepiej powiedzieć: człowiek-orkiestra. W świecie, który bez poezji radzi sobie doskonale, potrafił nadać jej najwyższą rangę. Kiedy z charakterystycznym dla siebie entuzjazmem mówił o festiwalu, spotkaniu czy plenerze, postrzegało się ów projekt jako najważniejsze w danej chwili wydarzenie na świecie. Swoją wiarą potrafił zapalać innych. Nawet nasza ostatnia rozmowa telefoniczna, zaledwie sprzed kilku dni, również prawie w całości dotyczyła planów literackich Staszka. W warunkach szpitalnych oczywiście nie miał możliwości ich zrealizowania, ale przeszkody dla niego nie istniały, a choroba stawała się li tylko irytującą przeszkodą w działaniu. “Żył do końca”, jak mawia moja mama o ludziach pełnych pasji, którzy nigdy nie przechodzą na twórczą emeryturę.

Wreszcie – rys najbliższy: Staszek jako najwierniejszy i najbardziej oddany Przyjaciel. Zapamiętamy na zawsze jego śpiewne “witam cię droga Aniu”, “witam cię drogi Stefanie”, którymi witał nas odbierając telefon. Nie do zapomnienia jest poczucie humoru, ogromna łatwość tworzenia bon motów, aforyzmów i sentencji, którymi sypał jak z rękawa, a następnie – sam jakby z lekka zaskoczony ich trafnością – decydował, że trzeba je zapisać! Serdeczny, emanujący wewnętrznym ciepłem altruista, z niezrównanym uporem troszczący się o współpracowników i nie oczekujący niczego w zamian. Niezwykle aktywny, na swój sposób wszechobecny w naszym życiu – człowiek, o którym myśli się wersem z wiersza Wisławy Szymborskiej: “był i był,/ a potem nagle zniknął/ i uporczywie go nie ma”. Ta uporczywa pustka jest teraz potężna i bolesna, nie do wypełnienia.

Jeśli to prawda, że po Tamtej Stronie istnieje coś więcej, niż tylko kosmos, to Staszek wkrótce z pewnością przeorganizuje Panu Bogu niebo… I uczyni to charakterystyczną dla siebie pasją, starannością oraz poczuciem misji. Staszku, odpoczywaj. Masz przecież jeszcze tyle planów do zrealizowania…!

Stefan Jurkowski

Poeta i Przyjaciel
(Stanisław Nyczaj – 1943-2022)

Są ludzie, których odejście wydaje się wręcz nieprawdopodobne. Są wśród nas, byli, i zawsze będą… Do takich osób należał Stanisław Nyczaj, znakomity poeta, wydawca a przede wszystkim wierny, oddany przyjaciel.

Pamiętam te niezapomniane spotkania literackie, które Staszek organizował m.in. w Staszowie. Przyjeżdżała tam zawsze spora grupa poetów, nie tylko zresztą z kielecczyzny.

Oprócz rozmów literackich mieliśmy sporo wolnego czasu, a także inne atrakcje w postaci wycieczek.

W samym Staszowie odbywały się spotkania autorskie. Co prawda we własnym gronie, ale było nas ponad dwadzieścia osób. A potem niekończące się rozmowy na tematy literackie. Naszym rozmowom Staszek przysłuchiwał się z uwagą i wielką życzliwością. Czułem emanującą z Niego dobroć, tolerancję dla naszych buńczucznych niekiedy wystąpień, pobłażliwość połączoną z wielkim poczuciem humoru.

Potrafił stworzyć wspaniałą atmosferę. Serdeczność i życzliwość Staszka obejmowała wszystkich uczestników, co sprawiało, że każdy czuł się dostrzegany i potrzebny. Impreza przebiegała zawsze w sposób naturalny, spontaniczny, daleka od jakiegoś zadęcia i snobizmów. A poeci zjeżdżali do Staszowa z całej Polski.

Trzeba przypomnieć, że Staszek Nyczaj bardzo dbał o uatrakcyjnienie pobytu, nie tylko w sensie turystycznym. Każdego dnia wieczorem wszyscy zbieraliśmy się w świetlicy, aby prezentować swoje najnowsze wiersze, opowiadać o sobie, dyskutować o utworach przeczytanych oraz o poezji w ogóle. Autorzy dzielili się swoimi doświadczeniami twórczymi, a Staszek Nyczaj z dystansem i spokojem moderował cały ten panel dyskusyjny.

Rozmowy staszowskie nie dotyczyły wyłącznie poezji, ale – jak to na spotkaniu, w dużej mierze towarzyskim, bywa – wielu innych tematów. Oczywiście także i zdrowia. Staszek Nyczaj stwierdził kiedyś, że zdrowie należy, podobnie jak mieszkanie, konserwować, odnawiać. Nie mogłem powstrzymać się od komentarza: „ściany wprawdzie pomalowane, a pod farbą grzyb…” Bardzo to Staszka rozbawiło. Lubił takie sytuacyjne koncepty, i sam był mistrzem w ich tworzeniu. Miał nieprawdopodobne wyczucie słowa i pomysłowość w tworzeniu neologizmów i kalamburów, zawsze doskonale wplecionych w liryczne wiersze.

Trzeba tu podkreślić wielkie poczucie humoru Staszka, jego satyryczne i bezpretensjonalne widzenie świata. Pisał świetne fraszki, aforyzmy, stworzył gatunek literacki, który nazwał „aforeskami”. To połączenie aforyzmu z fraszką o głębokiej warstwie emocjonalnej i znaczeniowej.

Cechowała go tolerancja i niezwykła dobroć. A także solidność. Był przecież nie tylko wybitnym poetą, eseistą, krytykiem literackim, popularyzatorem literatury, ale także wydawcą, redaktorem – wspólnie z żoną Ireną i synem Pawłem – założonego przez siebie  Świętokrzyskiego Kwartalnika Literackiego, pisma coraz bardziej znaczącego nie tylko w tamtym regionie. Prowadził również wraz z Ireną i Pawłem Oficynę Wydawniczą STON 2. Prócz tego przez długie lata pełnił obowiązki prezesa Oddziału ZLP w Kielcach. Jak On to wszystko godził!

Staszek, pomimo bardzo słabego wzroku, redagował książki z niezwykłym pietyzmem, skrupulatnie tropił wszelkie błędy i literówki. Był w stałym kontakcie z autorami, dopytywał, uściślał, poprawiał. Coś o tym wiem z autopsji, bowiem wydałem u Stanisława trzy książki,  w tym jedną z przepięknymi kolażami Ireny Nyczaj. Z tego rodzaju podejściem do książki, tak starannym i profesjonalnym, nie spotkałem się od wielu, wielu lat.

Wiedzieliśmy z Anią Musz o jego ciężkiej chorobie, o tym że ostatnio przebywał w szpitalu; że lekarze już byli bezsilni. Ale jednak mieliśmy nadzieję, że stanie się cud. Jak to, czy to możliwe, by zabrakło tak szlachetnego, uczciwego człowieka, oddanego i troskliwego przyjaciela. Zawsze odczuwałem te jego troskę, pytał o moje zdrowie, ostrzegał, by niczego w tej mierze nie zaniedbywać. Choć niekiedy żartowaliśmy na ten temat, to jednak jego uwag, troskliwości, zaangażowania nie sposób było nie dostrzec. Do końca się nie poddawał. Miał jeszcze wiele planów.

I kiedy przyszła nagle, niczym uderzenie,  wiadomość, że to już… trudno nam było z Anią się pozbierać. Przede wszystkim odczuliśmy niedowierzanie, a potem wielki żal, dlaczego właśnie tak szlachetnych i przyjaznych ludzi coraz częściej ubywa? Dlaczego rozprzestrzenia się wokół nas pustka? Chciałoby się zawołać: „Staszku, wracaj!” Ale to my kiedyś powrócimy do Niego.

Stefan Jurkowski 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko