Wiersze tygodnia – Rena Marciniak-Kosmowska

0
155
Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska

Lockdown

w południe zadzwoniła przyjaciółka
mieszkająca pod miastem
oznajmiając że obcięła gałęzie tui
od strony przeznaczenia
zagrabiła ogród marzeń
a potem jeszcze umyła
myjką karchera
dom od frontu
choć dzisiaj przechodził jej ulicą
tylko jeden człowiek
bo wczoraj stróże prawa
wlepili mandaty trzem chłopakom
którzy przed działkami spotkali się
na urodzinową pizzę
z okazji jutrzejszych urodzin
jednego z nich

stanęłam z komórką na balkonie
stąd widać lepiej
jak decydentom troska
pomieszała się z absurdem

zawinięta jak wąż kolejka przed sklepem
faluje słania się burzy
wrogość warczy i z sykiem wypuszcza
powietrze hamując się by sąsiada nie opluć

w mediach społecznościowych
młodzi ze swadą obwiniają starszych
że zajęli dogodne godziny w sklepach
zamiast wstać karnie o świcie
i nie zakłócać im rytmu dnia

nasz świat się kończy
mówi stara nauczycielka do sąsiadki
która postawiła jej zakupy pod drzwiami
ludzie stają się bezwzględniejsi niż wirusy
29.5.2020


***

oddech morza na plecach
tłumi krzyk mew
które lądują znienacka
i przechadzają się beztrosko
wśród czyhających na słońce
plażowiczów

woda zachłannie acz przyjaźnie
liże zmęczone stopy
które odciskają się jak pieczęć
w nabrzeżnym piasku
i zostawiają w tyle
 lęk zaszczepiony przez pandemię

bezkres morza gasi
tlący się w mózgu
płomyk niepewności
chociaż na czas spaceru

łykacze jodu i morskich pejzaży
trzymają zalecany dystans
a towarzyskie ptaki stąpają
za nimi krok w krok
próbując nawiązać tak niewskazany
teraz bliski kontakt
 
przyroda zbliża wyraźnie
do siebie te
dwa krzykliwe gatunki

morze jak u Ajwazowskiego –
połyka ostatnie
promienia słońca
i zaprasza do gry
w poczucie swobody i beztroski
28.6.2020


***

nad wiślaną zatoką
powoli budzą się
śpiące w porcie łodzie

pierwsze promienie słońca
przebijają siwe obłoki
i igrają w piórach dzikich kaczek
które spędziły noc
na betonowym nabrzeżu

ryby bez maseczek
wystawiają otwarte pyszczki
nad jeszcze senną wodę

za chwilę wypełzną ludzie
z czeluści hoteli kwater i łodzi
by ustawić się w kolejce
po złowione w nocy ryby

a potem pobiegną przez las
by utopić w morzu
doskwierającą codzienność
i upierdliwego wirusa
6.2020


Niedotlenienie

zabrakło tlenu
nie tylko w szpitalach

powietrze gęste
i lepkie od lęku
niepewność wibruje
na łączach telefonicznych

strach skrapla się
jak niespodziewane łzy
i osiada na słuchawkach
drzwiach do jutra

ulica dyszy
płuca miasta się kurczą

ministrowie uparcie
jak szczerbaty pierwszoklasista
powtarzają
że reagujemy w pandemii
najlepiej na świecie
a chór młodzianków śpiewa
jest fenomenalnie

choć z dnia na dzień
rośnie liczba zakażeń
i niepokój wcale się nie zwija
ani nie wypłaszcza

ulica z trudem łapie oddech
i odwraca szarą ze zdumienia twarz
brak tlenu wydobywa surrealistyczne
obrazy jakby spod pędzla Chagalla

 nadzieja chyłkiem oddala się
 w niewiadomym kierunku
12.11.2020


Projekt

Bóg zaprosił mnie we śnie
na małą przejażdżkę

raźnie potoczyły się
koła bryczki
po niebiańskim bruku

zewsząd dobiegały
anielskie chóry
i dźwięki nieziemskiej muzyki

gwiazdy bawiły się
w berka z większymi planetami
na kwietnej łące
ciągnącej się obok
boskiej trasy

święci zapamiętale grali
w dwa ognie
a na równym jak stół chodniku
archaniołowie szykowali się
do wyprawy na ziemię

nagle harfy i cytry
oniemiały
smyczki stanęły dęba
anioły przestały
poruszać wargami
i stuliły skrzydła

rumaki ciągnące pojazd
runęły na kolana
stała się cisza
którą zburzył głos Boga:

spójrz jak na tej
błękitnej planecie
ludzie się szarpią tłoczą
walczą
w kolejce po okruch szczęścia
czy obietnicę obfitości
wypluwając przy tym z gniewem
ostre raniące słowa
podobno w moim imieniu

obrzucają się nimi
jak odbezpieczonymi granatami
ostentacyjnie
poprawiając maseczki
na przybrudzonych sumieniach

jaka szkoda że zapomnieli
iż wysłałem im przed laty syna
by nauczył ich miłości
współczucia i miłosierdzia

nie mogę patrzeć
jak niszczą od rana do wieczora
to co on zasiał

ruszajmy: szepnął
i zamknął zdecydowanie
podwoje nieboskłonu
a potem westchnął:
nie wypalił mi ten projekt

20.8.2020


Andrzejkowe wróżby 2020

w tym roku wróżby bledną
rozłażą się po kątach
trudno je zmieścić 
w klatce kamery

kocha*lubi*szanuje*oświadczy się
zastępują inne liczmany
wkrótce minie*spokój*odrodzenie

zzipowane emocje
przedzierają się po łączach

wpatrzone w ekran oczy
ciekawych niewiadomego
rejestrują jak strumień
roztopionego wosku
kapie niczym łzy przez ucho
starego wróżebnego klucza

skupieni przy ekranach
w milczeniu
śledzą formujące się kształty
w misce wody

wosk zastygł
ale w niczym nie przypomina
figur z londyńskiego gabinetu
madame tussaud 

mistrzyni ceremonii
obraca delikatnie w palcach
giętki symbol przyszłości

rzuca cień na gładką
jak całun ścianę
zaczyna się misterium
odczytywania wróżby

patrzcie patrzcie – szepcze
– zaraza odlatuje
 
ze ściany wyłania się
kolejny obraz
płyną głowy w maseczkach
nad nimi rozpościera się wielki obłok
a może peleryna demiurga
wyżej unosi się rój
spłoszonych pszczół

współczesna pytia
rozgrzewa następną porcję wosku
w rondelku przeznaczenia

płomienie grubych świec
przyjaźnie liżą powietrze
niepokój powoli znów zbija się
w jednolitą wyraźną figurę
ni to psa
ni to jednorożca

niepewna przyszłość chybocze
na ścianie i zwodzi
niewyraźnym kształtem

znów pszczoły – szepcze wróżka
– ale patrzcie płyną już spokojnie
rozpostarły szeroko skrzydła
i płoszą nietoperze

ze ściany nieśmiało przebija się
smuga nadziei

29.11.2020


***
Pamięci Jerzego Kosmowskiego

znikąd nie dobiegały
dźwięki trąb ani chóry anielskie
nie rozstąpiły się obłoki
błyskawice nie rozerwały
nieboskłonu

kiedy opuszczałeś ciało
towarzyszyła ci tylko
muzyka obcych
świszczących oddechów
na szpitalnej sali

zbudziliśmy się
wtedy w środku nocy
i usiedliśmy niemal
jednocześnie na łóżku
jak lunatycy

miałem koszmarny sen
odezwał się andrzej
zapalając nocną lampkę
śniło mi się że umarłem
i byłem na własnym pogrzebie

rano telefon zapłakanym
głosem jego siostry oznajmił
w nocy odszedł tato

a my pod kluczem wirusa
nie mogliśmy nawet
odprowadzić cię na cmentarz

kiedy przymykam powieki
ciągle widzę jak się krzątasz
po mieszkaniu jak opisujesz
starannym pismem kartografa
produkty i układasz je w lodówce
tłumacząc że mama widzi
 już tylko kontury mebli

jak potem siadasz w fotelu
i przeglądasz książkę o powojennej
warszawie którą ci przynieśliśmy
o tu mieszkałem w czasie studiów
pokazujesz budynek na zdjęciu
tu było moje okno

tak trudno uwierzyć
że twój uśmiech już nigdy
nie otworzy nam drzwi
mieszkania na ochocie

30.1.2021


Senne wojaże

tęsknię za podniebnymi podróżami
za warkotem zdyszanych samolotów
za gwarem i pośpiechem lotnisk

ale brak mi też kilkudniowych
wypadów do kazimierza czy nałęczowa
wędrówek labiryntami wąwozów
i kawy parzącej usta
w galerii mietki łazorek
na kazimierzowskim rynku

ciastek w nałęczowskiej
ewelinie gdzie nie tylko
duch bolesława prusa snuje
się nocami ale
rysunki i obrazy znajomych
karmią oczy

brak mi rozmów z przyjaciółmi
którzy wpadali tu z gorącymi wierszami
czy jeszcze pachnącymi farbą
książkami

rodzi się nowa filozofia rzeczywistości
powiedziałaby pewnie
profesor maria szyszkowska
podpisując kolejną książkę
w swojej ulubionej kawiarni

dziś w nocy
sen przeniósł mnie na filipiny
gdzie jak przed laty
przechodziłam wysoko w górach
wolniuteńko
krok po kroku
przez wiszący most
a w pobliżu pociły się ze strachu
gorące siarkowe źródła

14.2.2021


Świt
                                  
Ewie Pilipczuk
     

za oknem świt
rozsuwa grube kotary
nieoczekiwanej mgły
i rozwiesza je jak pajęcze sieci
na gałązkach tui i świerków
w sąsiedzkich ogródkach

gotowa scenografia
do współczesnej sztuki
o tajemnicy natury

koniec patrzenia i wietrzenia
wyobraźni – decyduję
i sennymi jeszcze palcami
włączam radioodbiornik

głos spikerki sprowadza mnie
w pandemiczne koleiny rzeczywistości

informacje o trzeciej fali zarazy
kaleczą bębenki w uszach
i płyną jak lodowe kry na wiśle
pod płockiem

do drzwi dnia puka
cichutko niewiadome

chyba pora nastawić się
na odbiór pozawerbalny
i zalać dźwiękami emocje
jak herbatę wrzątkiem

25.2.2021


Nocne wizyty

 przyjaciele i znajomi
których wirus zagarnął
podstępnie i nagle
coraz częściej pojawiają się
nocami pulsującymi żalem

aby nie spłoszyć snu
stąpają na palcach
i rozkładają ostrożnie
na stole do pracy
wydruki z komputerów
pomazane rękopisy
książki

obok stawiają bezgłośnie
obrazy rzeźby szkice
a talerze kielichy i tace
upychają na parapetach
oczyszczonych starannie
z kwiatów i bibelotów

znajome melodie cichutko
oplatają uszy
zaczyna się performance

wiersze i opowieści leją się
jak wino
z antycznych amfor
w czasie uczt poetów i filozofów
przed wiekami

obrazy tańczą na ścianach
i suficie w hiphopowym rytmie
rzeźby słaniają się
ze zmęczenia i nadmiaru
ziemskiego powietrza
trwa spektakl
słowo muzyka wizja

goście próbują kontynuować
niedokończone za życia
tematy
podpowiadać nowe olśnienia

przymierzają je do tu i teraz
jakby nie zaludniali już
innego wymiaru

aniołowie dyskretnie czuwają
przy wezgłowiu łóżka
żeby ktoś niepowołany
nie zakłócał tych rozmów
i nie mącił onirycznych
spotkań

9.5.2021


  Poranny spacer

w zbudzonych z zimowego snu
tatarakach i trawach
ruszyła ku słońcu
i pulsuje głośno
zielona krew

słychać jak wiosna
przeciąga  ramiona gałęzi
jak  prostuje kręgosłup
w łodygach nadbrzeżnych trzcin
i pnie się  coraz wyżej
rozsiewając wokół
mocny aromat  ziół
który wywabia ospałe jeszcze
owady i płazy z kryjówek

słychać jak otwierają się
 nieśmiało główki kwiatów
i  wstaje poranek

idę wzdłuż rzeczki  bełch
a za mną snują się wspomnienia
niczym dym z dogasającego
ogniska na pobliskiej polanie

z trudem uwalniam stopy
z sideł bluszczyka kurdybanka
i rozbestwionych pędów chmielu

przystaję przed  kulawą kładką
i  zarzucam wzrok
jak wędkę
w niespieszny nurt wody

pamięć podpowiada stare
magiczne formuły
i strząsam  w leniwą toń
lewą ręką jak nakazuje rytuał
kłopoty troski lęki niepokoje

odpływają  powoli
jak wianki w noc świętojańską
razem z zerwanymi na brzegu
młodymi listkami
aromatycznej bylicy i płatkami
zawilców i ziarnopłonów

niespodziewanie z  dna rzeczki
jak z tafli starego lustra
wyłaniają się twarze
tych  którzy nie mogli
nawet pożegnać się
przed odejściem

czy wywabiły je z niebytu
ptasie  trele
z pobliskich olch
murmurando wody
i ledwo słyszalny trzepot
owadzich skrzydeł
podrywających się
do lotu w nieznane
czy tylko moja tęsknota

przyglądam im się przez chwilę
ale szybko zagarnia je woda
która nagle przyspieszyła
w  płytkim zakolu rzeki

bocian skończył poranną toaletę
i zaczął majestatycznie
zaznaczać swoje terytorium
na podmokłej łące

oddalam się więc ostrożnie
żeby nie zakłócać
porannego rytmu przyrody
28.4.2021


Przylaszczki

                    Pamięci Ani, mojej siostry stryjecznej
kiedy powiedział
oczy masz jak przylaszczki
w promieniach marcowego słońca
podała mu dłoń
i poszła z nim
w otwarte na oścież życie

jego słowa uznała
za znak z zaświatów
bo podobnymi przed laty
obłaskawiała ją babcia

zgrali swoje kroki
ze spokojnym rytmem oddechów
i pochylali się z czułością
nad swoimi dniami i nocami

aż do poranka
w którym zabrakło jej  tlenu
i covidowa karetka pognała
z nią do szpitala
w którym się urodziła pięćdziesiąt
sześć lat temu

po trzech dniach
jej płuca to była już
tylko galareta
oznajmił lekarz

 ten którego wybrała
przed laty na godziny dobre i złe
wrócił ze zgaszonymi źrenicami
do osieroconego mieszkania
i zapalił świeczkę
która zapłonęła jak rozkwitające
 na wiosnę przylaszczki

12.4.2021


Po szczepionce

dwa dni uśpione
zgrabnym wkłuciem igły

to przecież minie
powtarzam niczym mantrę
płynąc do łazienki
jak w spowolnionym śnie

twarde spotkanie z futryną
stawia mnie do pionu

będziesz mogła pojechać
z wnuczką nad morze
mamrocze w głowie
nadzieja

a może wreszcie polecisz
za siódmą górę siódmą rzekę
albo popędzisz na przełaj
z rozwianym włosem
późnej wiosny do tych
których nie widziałaś
już od roku

przekręcam się z trudem w łóżku
nie mogę unieść powiek
– jesteś rozgrzana jak płyta
kuchenna u babci – słyszę
i zapadam się w wilgotną
sadzawkę pościeli
jeszcze głębiej

wszystko płynie
razem ze mną
mocniej zaciskam powieki
bo nagły ból
szarpie mnie za włosy

obrażone książki
milczą na stoliku zamknięte
jeszcze trzy dni temu
rzuciłabym się na ten
całoczytelny stosik
łakomie

musisz coś zjeść – słyszę
i zamykam gardło
na wszystkie spusty

za oknem szemrzą
krople deszczu
muzyka natury usypia
mnie niespodziewanie

twój sroczy kurnik
protestuje głośno
na balkonie
 że w miskach pusto
– dobiega mnie jakby
z oddali głos andrzeja

trzeci poranek witam
jeszcze drżeniem kolan
ale już chłodnym czołem

jak dziewięćdziesięcioletnia
sąsiadka człapię do kuchni
by rozniecić ogień
zaczyna się misterium dnia

po chwili 
jeszcze na kanapie
zmagam się z bielą kartki
i opornymi słowami
ukrytymi w ośrodku mowy

parę godzin później
postanawiam nie odwoływać
zaproszenia na ogródkowy obiad
i niezdarnie szykuję się
do wyjścia
22.05.2021


Powroty II

wracam do domu dziadków
przycupniętego na wzgórzu
za parawanem bujnych drzew

dotykam czołem
rozłożystej wierzby przy furtce
uformowanej misternie
przez dziadka czułe dłonie
i jego scyzoryk pamiętający
jeszcze cesarza franza josepha 

z przyzwyczajenia zrywam cierpkie
jak dziadkowa wieloletnia emigracja
owoce białej i czarnej morwy
przy płocie już trochę pochylonym
i zzieleniałym z tęsknoty

potem czuję na języku gruszkę
małgorzatkę o figowym smaku
której zaszczepkę przywiózł mu
przyjaciel z Bałkanów
a ona wzięła i się przyjęła
w tym kapryśnym klimacie
i co roku rodziła obficie
wielkie okrągłe owoce

stara aza idzie za mną
krok w krok
wreszcie zmęczona przystaje
nad sadzawką
w zdziczałym odrobinę sadzie
i zachłannie chłepcze wodę

siadam obok na brzegu
i zrywam zielone szable tataraku
ich intensywny aromat aż kręci
w nosie i przywołuje zapomniane 
zapachy i barwy dzieciństwa
oraz śpiewny troskliwy głos
babci anieli zza światów 
która rozsypywała je
na podłodze
w zielone światki
27.2.2021


Stan wyjątkowy

Bóg w koronie
z drutu kolczastego i żyletek
odepchnięty tak bezdusznie
skulił się pod zasiekami
i rozgląda się zdziwiony
co i rusz przecierając oczy
jesienną mgłą

nie rozumiem ludzi
szepcze zziębniętymi wargami
cokolwiek uczyniłeś maluczkim
uczyniłeś mnie
powtarzają liście na zdumionych
drzewach i żółkną gwałtownie
ze wstydu
i bezsilności

dokąd zmierza człowiek
pyta echo

straż graniczna dzielnie chroni
i uszczelnia granicę
zawraca w głąb lasu
nawet zmarznięte małe dzieci
w poczuciu dobrze spełnionego
obowiązku

to nie wystarcza słyszymy
trzeba postawić szczelny mur
zwarci i czujni
nie przepuścimy nawet mrówki
chyba że w dziobie
zabłąkanego nad granicą ptaka

łzy Boga mieszają się z błotem
deszczem i szronem
pod zasiekami umiera
cichutko miłosierdzie
nie ma kto mu
obetrzeć potu
ze zroszonego czoła
czy choćby napoić
nadzieją

może zwierzęta
pokonają strach
i jak wilczyca w starożytnym Rzymie
nakarmią i ogrzeją
wyziębnięte dzieci
własnym ciałem

10/15.10.21

Wiersze tygodnia redaguje Stefan Jurkowski
stefan.jurkowski@pisarze.pl

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko