Szczęsny Wroński – NASZE WSPÓŁISTNIENIE

0
163

W zamyśle szkic, który okazał się listem do poetki Joanny Salamon.

Droga Joanno, dopiero po dwudziestu latach, gdy z Basią zaczęliśmy porządkować nasze artystyczne archiwa i bibliotekę, odnalazłem  Cię, otarłem z kurzu i zacząłem znowu czytać… I doświadczyłem, że dotykam czegoś niewidzialnego, co w istocie jest trwałym fundamentem życia. Ku mojemu zdumieniu, odkryłem też pomiędzy kartami tomu mój wiersz, o którym zapomniałem – sam nie wiem dlaczego przekreślony długopisem. Może wówczas, z jakiegoś niejasnego  powodu, chciałem tym „aktem” unieważnić siebie?…

Poczułem ogromną potrzebę napisania o Tobie, może recenzji albo szkicu. A tu słowa od pierwszego zdania zaczęły mi się układać w formę listu. I sam już nie wiem, czy jestem niewolnikiem tych słów, czy one we mnie koczują odwiecznie jak głodne ptaki. I krążą nieustannie wokół mojej głowy, jakby chciały coś przekazać znakami skrzydeł. Może dlatego, że nigdy Cię nie spotkałem, choć w zamierzchłej  historii nasze drogi krzyżowały się w Krakowie. Podobnie jak ja debiutowałaś w „Życiu Literackim”, jedenaście lat wcześniej (1966). Chodziliśmy po tych samych ścieżkach, na Krupniczej 22 jadaliśmy obiady, choć  ten „czas”, o którym piszesz: (Odliczamy: 7 – 5 – 3 – 1 – 0. Wystrzał! / i wpadamy w Czasu czeluści),nie zetknął nas oko w oko i dzisiaj bardzo mi tego brakuje. Jak Ty, ze wzruszeniem wspominam dołeczki w policzkach Adama Włodka, jego jowialny uśmiech i przyjazne poklepywanie po ramieniu. Dla Ciebie też „błysnął” kiedyś Artur Sandauer, i ja zaznałem czegoś podobnego, gdy z końcem lat 70`, z zapartym tchem, uczestniczyłem w jego konwersatoriach w Teatrze 38 w Krakowie. Podobnie jak Ty, nasza  Marianna Bocian i Witold Gombrowicz, jestem zdania, że historia literatury powinna być poddana rewizji, bo zbyt wiele w niej partykularyzmu literackiego w ocenie badaczy, co łączy się ze świadomym spychaniem wielu wybitnych autorów na margines.  
Czasem też przystaję nad rzeką Sołą, nad którą się urodziłem i czułymi myślami dotykam moich gór, mojego Żywca – dzieciństwa i młodości. Patrzę w stronę  Rajczy, gdzie w swoim czasie pasowałaś się ze śmiercią walcząc o życie pacjentów w szpitalu jako pulmonolog. Ty – Joanno  zanurzona w s ł o w i e  i ja – Szczęsny  w tym s ł o w i e wciąż upadający i rodzący się na nowo. Wiecznie niezadowolony z siebie autor tomów: „Smak ciemności, smak światła”,  „Czas rozpocząć”, i „Czas się weselić”…

Dzisiaj znowu dotykam Twoich wierszy, których „ciemność”, mimo jątrzącego bólu, jest  tak ciepła i promienna… Siedzisz przy mnie i dodajesz mi otuchy, wręcz słyszę Twoje myśli: Pisz, będzie ci lżej. Nie przejmuj się, że te słowa pozornie układają się w strofy wiersza, bo tak naprawdę nie istnieje nic, poza poezją. To wszystko, co tak gwałtownie dzieje się i przemienia na naszych oczach, jest fantasmagorią, kręgami na wodzie i tumanem piasku; wznosi się i wiruje zasypując nam oczy, dławiąc oddech…

Z początkiem lata 2001 roku, który by dla Ciebie ostatnim, poeta Eryk Ostrowski przyszedł do mojego Teatru Promocji Poezji na ul. Kanoniczą 1 i przyniósł wybór Twoich wierszy: „Nazbierałam  w wieczorze świateł”. Jestem mu ogromnie wdzięczny, jak również Wioletcie Zygmunt, redaktorce tej życiodajnej książki. Twoje słowa, droga Joanno, zachwyciły mnie już przy pierwszym czytaniu, lecz w natłoku codzienności odłożyłem je na półkę. Powróciłem jednak po dwudziestu  latach i znów jestem na ścieżce – dzięki Tobie, w moim codziennym bólu odnajduję światło i urodę życia takiego jakim jest… Bo Twoja poezja to coś więcej niż opowieść, obraz, metafora. To żywe litery układające się w znaczące słowa, zdania, które nie oszczędzają, ale przywołują sens i zakotwiczenie życia. Skąd płyną i dokąd – czy kiedykolwiek się o tym dowiemy?

Nie ułatwiłaś mi zadania pisząc, że: Poezja – nie jest rzeczą wyobraźni…


Joanna Salamon (1932 – 2001)

Nazbierałam w wieczorze świateł ( wiersze z lat 1971 – 2001)
Wybór: Szczęsnego Wrońskiego na podstawie  wyboru Autorki i Eryka Ostrowskiego


***
Mowo – kraino pełni
Organicznie nieograniczona.

Gdy kamień wrzucam w twoją toń,
W okamgnieniu karmin mi podajesz.
Patrzę w świat przez twoje karminowe oko
i głaz w gałąź rozkwita.

Mowo.-
Opada żywy kwiat, nawet paproci,
Wysycha woda.
W tobie chcę mieszkać, w napisanych kwiatach.
W tobie jest jedno Słowo
na szczęśliwość świata.


W was i słowik, i ja, i las

„W” – moje wieczne, wietrzne

            Wieniec – Wisła – Warszawa,
            wicher – wachlarz – wiciokrzew
            w – „W” się owinę i zwinę
            w – „W” się zwełnię i zwęglę

„A” –   ty jesteś anielskie
            aprioryczne, apostolskie
            i apodyktyczne.
            Alfą i Apokalipsą.
            Anty, albo,
            Albowiem,
            Nikt ciebie nie wypowie.

„S” –    jesteś mi tak świetliste
            śniegiem sypiące i słońcem.
            skrami – słowami – słowikami,
            Snami i samolotami.
            Słowem, śpiewem i śmiercią.

            Świąteczno-ostatecznie.


Medytacja o spotkaniu z ukochanym na brzegu morza

Góra górze samotnie podaje ziemię,
a każda fala samotnie umiera.
Byłam, było, byli
– oto głos morza.

Tu możemy się spotkać, ukochany,
bo morze należy do przeszłości,
Na styku trzech żywiołów,
by zapomnieć o czwartym.
Myśląc to, zobaczyłam na wydmie
człowieka.
Przyszedłeś, jednak przyszedłeś,
siedzisz opodal skupiony,
jakby wykuty z pamięci,
a wokół ciebie znajome powietrze.
Gdy zbliżyłam się
pojęłam, że to mój Ojciec.
Usiadłam w pobliżu tak cicho,
że nawet mnie nie dostrzegł
i tylko mewy żaliły się między nami.


Medytacja o górach i morzu

Matko syna, którego powierzyłaś obcej kobiecie
tak ufnie, jakbyś cały świat znała,
a nie tylko widnokrąg zamknięty górami,
tak ufnie, jakbyś wiedziała,
że już nic innego nie pozostało.
Tak sobie myślę, Mamo, jakbyś tu szła ze mną
cała pachnąca chlebem i progiem,
to o czym byś myślała patrząc na to morze
pierwszy i ostatni raz w życiu?
Czy zdjęłabyś buty i pozwoliła,
by morze twoich stóp dotknęło?
Czy bodaj na chwilę góry Twoich oczu
utonęłyby w tej wielkiej wodzie?


Oda do lodówki

Bardzo tęsknię za swoją lodówką.
Nie ma jej w domu już od trzech tygodni.
Póki była ze mną, nie zdawałam sobie sprawy
jak bardzo jestem do niej przywiązana.
Tak lubiłam jej świetlisty uśmiech
przy każdym otwarciu drzwiczek,
jej jedyny nierówny rytm tak zgodny z moim,
jej łagodne drżenie,
jej nagłe długie cisze
jej zaokrągloną przez zażyłość  bryłę
pomniejszającą pustkę.
Czasem pozwalała mi nawet w swym wnętrzu
zamrozić jakieś nazbyt gorące marzenie
i potem już skruszyć ten plasterek lodu.
Teraz jestem zdana na tęsknotę i siebie.
Ją czeka operacja.
Wymiana agregatu – przeszczepienia serca.
Boję się, czy będzie sobą po tym zabiegu?
Czy aby nie stępieje w swym kwitnącym zdrowiu?
Czy będzie drżąc ożywać i mrucząc zamierać?
Czy tylko sprawnie działać?


Videokaseta

Nowa postać informacji wizualnej
o nikłej woni przeszłości

Nie ma jeszcze zębów
dla których wideokasety będą
chlebem codziennym

Nie ma jeszcze oczu
które zobaczą w nich
świat i siebie

Nie ma jeszcze rąk
które ustawią w gablotkach – eksponaty –
nasze nowe książki muzealne

Wielkie wynalazki umierają jak ludzie
gasną powoli przy pozorach rozkwitu
albo w pełni sił w kwiecie egzemplarzy
nagle odchodzą na zawał

Nie ma jeszcze łez
które opłaczą XX-wieczną Arkadię


Dowód

W tym samym czasie
gdy rozbiera się ta stara kobieta
za oknem rozbierają starą szopę
by za chwilę już nie istniała

Stara kobieta ze wsi rozbierając się
z pięciu spódnic i trzech kaftanów
dopiero wyłania się by zaistnieć
w całym swym żylastym zmęczeniu
wcałej chorobie na którą nie ma czasu chorować
w krzyżu z poziomu życia i pionu ciała

Gdyby poleżała tu dłużej na tej białej kozetce
z pobrużdżonego brzucha wyrosłyby kłosy
a z koniuszków palców spływałoby kroplami zmęczenie
z jej prawego oka patrzy mus z lewego niemoc

Przez uchylone okno dolatuje zgiełk
odchodzących robotników i dociera
tn dwutysiącletni szept Umęczonego do Boga

Boga – którego jak starą kobietę rozebraliśmy już
z szat – kanonów –gestów – słów – korony
do naga – czekając co nastąpi

A On pozostał sobą dając ostatni
XX-wieczny dowód swego istnienia


Moja Mama

mam mamę
moja mama jest niepodobna do żadnej innej mamy
bo jest zmienna jak kameleon
Najdawniej wyglądała jak grzechotka jak łyżeczka
wózek okno podwórko wstążka i lody
potem jak samolot jak alarm dla miasta warszawy
jak strach głód i wrona taka chuda
jeszcze później zrobiła się bardzo śmieszna
była wtedy już bardzo stara – miała 38 lat
a ciągle powtarzała że wreszcie chce żyć!
pudrowała się malowała usta i rzęsy
Jak jej nie wstyd myślałam – takiej starej
bo jak raz tańczyła to miała taki uśmiech
i przymykała oczy jakby była młoda
Tak głupio bo czego jeszcze chce
i po co jej ta sukienka którą już dawno
powinna mi oddać i o co jej idzie
przecież nie prosiłam by mnie urodziła
I po co tak bardzo się stara w swojej pracy
I czemu tak martwi się że jej ktoś tam nie docenia
i wszystko tak przeżywa że wygląda jakby była goła
Dobrze że chociaż nie jestem do niej podobna
taka histeryczka
I skąd do mnie taka matka?

A potem jak minęło wiele lat
to moja mama znowu się zmieniła
Jakie młodzieńcze są wysokie brwi mojej mamy
Ile blasku jest ciągle w jej oczach
lubię teraz patrzeć na swoją mamę
tyle lat jej naprawdę nie widziałam
Lubię słuchać jej opowiadań o mym pejsatym dziadku
o którym nigdy nie chciałam słyszeć
Jaka młoda jest moja mama jak przeżywa to co robi
ile sensu nadaje tym bezsensownym małym rzeczom
jaka szkoda że nie jestem do niej podobna
i skąd ja do takiej Matki?
Moja mama też chce mieć mamę – nie widziała jej od lat
I często woła przez sen mamo mamo – do swojej mamy w Majdanku


***
Nas – wykołysała natura
Ich – stworzy Technika

Coraz częściej patrzę
na skały i jaszczurki
ćmy źródełka i pszczoły
jak na siostry i braci

Czy czytać Dantego i Szekspira
jak gdyby nigdy nic?
I ufać ufać
bo i tak nie ma innej rady?


***
Stoję nad majową Sołą
Toczy się spieniony czas
Opodal

na przegubie fali
błysnął nagle profesor Artur Sandauer
ze swoimi teoriami i spłynął w dół
Przemknęły chyłkiem spory literackie
z wielkiego świata
Pomachały refleksyjnie głowami
i utonęły
Słońce skryło się za obłokiem
powiało chłodem
Pomyśleć
zaledwie maj
a czuje się koniec lata

I jak sroka nad pustym zagonem
przemknęła myśl której nie rozumiem
Oddam wszystkie najpiękniejsze wiersze świata
za jeden pocałunek

z cyklu: Mieszkańcy ulicy Przestrzennej

2

Na Przestrzennej – łąka dzieci zwoływała.
Nad ich głowami bujały dziewanny
wysokopienne jak gotyckie Panny
i cisza, która coś już przeczuwała.

Tam – Matką Bolesną była śmierć wróbelka,
jakby wszystkie śmierci zamykała w sobie.
Składało się w milczenie maleńkie skrzydełka
i krzyżyk z trawy stawiało na grobie.

Bo dziecko najbardziej śmierć ptaka porusza,
ta mała śmierć, która się wciąż rozrasta.
I kiedy ptak umiera to tak jakby dusza

Umarła czyjaś – a razem z nią, własna.
We wrześniu kluczyły po niebie żurawie.
Ich cienie najpierw ukryły się w trawie,
a potem w słowach.


Sen o ogniu

Wczoraj wieczorem byłam na spacerze.
Przy znaku (3 niebezpieczne zakręty)
Ujrzałam Ducha Czasu
I przez nawyk szkolny
Zaczęłam szeptać poważnie i szczerze:
„O Duchu Święty, Ty który oświecasz
Serca i umysły nasze –
Dodaj nam ochoty i zdolności
Aby ta nauka była dla nas pożytkiem
Doczesnym i wiecznym
Przez Chrystusa Pana naszego
Amen”.

A w nocy nad ranem
miałam sen o ogniu.
Byłam brzydka i stara,
tylko bielmo świeciło mi w oku.
Wtedy zapłonął ogień,
zajął mnie i spalał
Coraz doszczętniej – na popiół.
Coraz głębiej przenikał,
coraz mocniej parzył
aż dojrzałam w nim rysy –
swej dziecięcej twarzy
i wtedy się obudziłam


Krzyż z pleksiglasu

Właściwie nie wiem dlaczego nie lubię
tego nowego krzyża z pleksiglasu?

Nie ma w nim kukułki
i nie pachnie gruszą

Nie ma w nim dłoni
które go rzeźbiły

Nie ukrywa modlitwy
żadnego człowieka

Jest przejrzysty
nowy – jałowy

Może nie ma w nim już nic
oprócz Boga

Może pachnie już tylko
niebem?


z cyklu Mieszkańcy czasu

Modlitwa do Ziemi

Patrz: jestem wieść zaczynająca,
Ale ty jesteś drzewem
Rainer Maria Rilke

Odliczamy: 7 – 5 – 3 – 1 – 0. Wystrzał!
i wpadamy w Czasu czeluści.
Uczyniliśmy wszystko, żebyś była brzydsza,
żeby nam żal nie było cię opuścić.

…Ławice śniętych Ryb i droga w Światło.
Zginęła w stogu świata igła nad zalewem.
Nie znikaj Ziemio, Ojczyzno, Matko.
Ja wieścią jestem – ale Ty jesteś drzewem.

Światło jest mrokiem, początek jest końcem.
Byłem w niebiosach, upadłem na Ziemię.
Pamiętam drogę, wiodę ludzkość w Słońce.
Ja, archanioł Lucyfer – ale Ty jesteś drzewem.

Widzialna sercem, zjednaj się z Przestrzenią.
Symbol życia odradzaj, zwróć prawemu lewe.
I świeć nam w mroku Czasu – Mario, Matko, Ziemio,
my listem jesteśmy – ale Ty jesteś drzewem.


Medytacja o posągach

Wszystko jest i nie ma Nic (do wymyślenia).
(Wymyślać to, czego nie ma i nie będzie
umieją wyłącznie bogowie)

„Nic mistrz najlepszy pomyśleć nie zdole
Poza tym, co już w marmurze spoczywa
W pełnym zarysie i co wydobywa
Jeno dłoń, ducha spełniająca wolę” *

I po wiekach do wiedzy Michała Anioła
żaden śmiertelny nic dodać nie zdołał.

Poezja – nie jest rzeczą wyobraźni


Medytacja na leśnej polanie

Leżę w słońcu na skraju zacisznej polany
krata koca mnie dzieli od mrówek i ziół
gałęzie szemrzą coś czego nie widać
i zdaję mi się że oglądam film
który nakręcił Wielki Operator
Na fiołkowym dzwonku usiadł biały motyl
i zastygł jak wołanie „ratunku – giniemy!”
Niepewnie czuję się na tej polanie
nieswojo jakbym znalazła się naraz
w akwarium pełnym ryb i wodorostów
duża złota ryba spojrzała mi w oczy
Kiedy zostaję z łąką sam na sam
czuję się jak agent obcego wywiadu
(Co wrażliwsi czują tę wonną kurtynę)
Kwiaty w tym niealbumowym wydaniu
tracą całą żywość i soczystość barw

Naturo! – jestem wynaturzona!
Lubię na ciebie patrzeć jak na pornografię
z dreszczem zaciekawienia  i z lękiem udziału
Patrzeć jak na klatkę ze wzniosłą żyrafą
Obcować z tobą przez kraty i szyby
Lubię na ciebie patrzeć (lubić to być poza)
Nie umiem już w tobie być (kto lubi – nie jest)

Zmierzch nadciąga i dreszcz mnie przenika
Odsuwam kratę i klękam na ziemi
przed świecącym w pamięci Słońcem
„Ojcze nasz który jesteś” –
szepcę z innymi trzcinami

i budzę się ze śmierci


Arbeit mach frei

Przy muzeum Masowej Zagłady w Oświęcimiu
w sklepiku można kupić drobne upominki.
Rosną jeszcze topole, które pamiętają,
ale wyglądają jak zwyczajne drzewa.
Napisu na bramie Arbeit macht frei
nie da się w ten sposób odczytać od środka.
Wieże strażnicze trzymają się mocno,
na krematorium rośnie wierzba płacząca.
Niebo jest jasne i czyste jak kryształ.
W Muzeum – plansze, cyfry, fotografie.
Czy ta kobieta w warszawskiego getta
nie jest tą, którą mama wołała nocami
przez sen nieobliczalny – mamo, mamo?
Za stosem okularów – sterta protez
gotowych służyć ułomnej pamięci.
Na stogu obciętych dziewczęcych warkoczy
załamują się promienie słońca.
W zaroślach pod murem ćwierkają wróble,
ciepło wywabia z ziemi blade dżdżownice.
Na szybie restauracyjnej jadłospis:
barszcz czerwony, sztuka mięsa, kisiel.
Zmęczone dzieci z wycieczki jedzą obiad.
Przed drzwiami do umywalni długa kolejka,
bo każdy chce umyć ręce.

1980


Oda do zagłady

Dawniej umiałaś tańczyć
iupojny taniec z tobą
Nazywał się Tańcem Śmierci.

Dawniej miałaś ludzką twarz
wiedźmy lub pięknej dziewczyny,
barbarzyńcy mierzącego z łuku,
rycerza mierzącego się z rycerzem.

W ręce trzymałaś ostrą kosę
i wymachiwałaś nią jak żniwiarz
raz szybciej, raz wolniej
przez niezliczone wieki.

Dawniej lubiłaś zaglądać nam w oczy,
słuchać żarliwych modlitw
i czasem cudem darowałaś życie
poetom, gdy o to błagały ich matki.

Złorzeczyliśmy, że jesteś nieludzka,
a przecież zawsze znajdowałaś czas
by z każdym porozmawiać sam na sam.

A dziś nie wiemy nawet jak wyglądasz
i czy masz jeszcze ludzką twarz?
Zmieniłaś imię i nie nazywasz siebie Śmiercią,
ale Zagładą bądź Unicestwieniem…
tak jak gdybyśmy nie byli już ludźmi
Holandia, 1982


Szale wagi

pamięci Adama Włodka urodzonego 8 sierpnia 1922

Adama po hebrajsku znaczy ziemia,
ani sielska , ani anielska.
z krwi i kości, z potu, z tętnienia
rozrubasznionego cielska.

Co sprawia, że tę szalę równoważy
z dwóch ósemek niebieska kokarda
i półuśmiech z dołeczkiem na twarzy,
tajemniczy jak z obrazu Leonarda?

Dmucham w pamięć i twoja twarz
ożywa i oczy otwiera powoli.
Adasiu, powiedz, odpowiedź już znasz,
czy tu życie – tam długo boli?

Luty 1998


Oleńce

Ta radość kiełkuje od powicia,
lecz rozkwita gdy życie jej sprosta
kiedy, krótko przed końcem życia
– siostrę w siostrze odnajdzie siostra

Boże wielki, jak to jest błogo
mieć taką jak ja mam siostrę,
której ręce karmią mnie z trwogą,
w której oczach wciąż  widzę troskę

i miłość, co życie we mnie tłoczy
i milcząc – nie odchodź! –woła,
i patrzeć, patrzeć w jej oczy
– dwa ratunkowe koła.
Listopad 2001


Joanna Salamon (ur. 20 września 1932 r. w Warszawie, zm. 6 grudnia 2001 r. w Krakowie)
– poetka, tłumaczka literatury rosyjskiej i serbskiej, historyczka i krytyczka literatury. Ukończyła studia medyczne w Leningradzie. Autorka tomików: „Abecadło” (1971), „Medytacje” (1973), „Pra-nowe abecadło” (1976), „Szkice do nowego słownika wyrazów” (1978), „Tu wzrusza tylko nietrwałość” (1979), „Ulica Ku Niebu” (1980), „Ból” (2001), „Anioł czasu krągłego” (2001), Nazbierałam z wieczorze świateł, wybór wierszy (2001) oraz książek krytycznoliterackich: „Latarka Gombrowicza, albo żurawie i kolibry. U źródeł ukrytego nurtu w literaturze polskiej ”(1991). „Cztery godziny albo zegar Dziadów” (1999), „Plus minus albo układy parzyste. Rzecz o Wisławie Szymborskiej i Czasławie Miłoszu” (2001) „Czas Herberta albo na dom w Czarnolesie” (2002). Autorka dała się również poznać jako niezwykle oryginalna i kontrowersyjna interpretatorka literatury polskiej, którą analizuje w perspektywie diachronicznej, uwzględniając niezwykle szerokie spektrum kontekstów, niepojawiających się zwykle w rozprawach i szkicach polskich literaturoznawców. Przez wielu współczesnych czytelników postrzegana jest jako postać porównywalna z Haroldem Bloomem.

Fotografia Joanny Salamon z archiwum Autorki

Przypisy:
*czterowiersz z sonetu Michała Anioła w przekładzie Leopolda Staffa
** Harold Bloom (1930-2019). Słynny amerykański krytyk literatury i kultury. Jest twórcą pojęcia „lęku przed wpływem”, opisującego mechanizm psychologiczny wymuszający na artyście oryginalność i stawiający go w konflikcie z wielkimi prekursorami.
 Opracował i wydał „The Western Canon. The Books and School of the Ages”. Zebrał w nim te prace i autorów, którzy na przestrzeni wieków stanowią kulturalny fundament tego, co określa się cywilizacją zachodnią. W Załączniku (Appendix D) o Erze Chaotycznej, wymienia 6 polskich autorów: Brunona Schulza, Czesława Miłosza, Witolda Gombrowicza, Stanisława Lema, Zbigniewa Herberta i Adama Zagajewskiego.

Joanna Salamon
„Nabierałam w wieczorze świateł”. Wybór wierszy
Wydawca: Klub Artystyczno-Literacki Teatr Stygmator, Kraków 2001
ISBN 83-902110-8-4

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko