Wiesław Łuka pisze o wolności i konieczności w ujęciu filozofa w sutannie

0
129

      Jak wychodzić z poczucia zagubienia w rzeczywistości?  – pytanie, które ładne lata temu postawił księdzu profesorowi, Józefowi  Tischnerowi student Krakowskiej Akademii Sztuk Teatralnych. Prałat za chwilę usłyszał radosne oklaski uczestników wykładu po krótkim wywodzie, co zostało potem zapisane w jego książce Spór o istnienie człowieka: „…Wyjdziecie z zagubienia na wolność za każdym razem wtedy, kiedy spotkanemu drugiemu człowiekowi będziecie mieli coś mądrego do powiedzenia nawet w trakcie największej burzy emocji, czyli emocji panujących e na scenie podczas przedstawienia.  Mówię o dramacie ludzkim, a nie wyłącznie tekście literackim tak nazwanym. Chodzi nie tylko o mądrość treści, ale w równym stopniu o formę jej przekazu. Jako przyszli aktorzy i reżyserzy  własny indywidualizm musicie łączyć z zespołowym indywidualizm widowni, która dziś jest inna od tej wczorajszej oraz będzie inna od jutrzejszej. Ludzie na widowni zapłacą za waszą mądrość i piękno sztuki,  a nie wasze zagubienie…”

*

     Akademickie nauczanie przez Tischnera studentów krakowskiej szkoły teatralnej odkryłem jako odpowiedź na jedno z archiwalnych pytań dziennikarki  do księdza profesora.  Ono brzmiało: Skąd przychodzi ksiądz profesor Józef Tischner? Odpowiedź brzmiała: „… Z wielu miejsc! Banalnie  powiem o moim fundamencie – on się rodził trochę z gór i z szumu Dunajca; ze Starego Sącza, Łopusznej i Nowego Targu. Moja Polska, to przede wszystkim ojczyzna  mojego dziadka, mojego ojca i matki, która uczyła języka polskiego dzieci z podstawówki. Parę lat później  to Polska moich profesorów licealnych z  Nowego Targu , a także Polska  tych Cyganów, którzy mieszkali obok nas w Łopusznej. Była to   Polska także tych moich kolegów, leśnych chłopców strzelających – Polska cholernie wolna…”   

*

       Strzelający chłopcy, to młodzi bohaterowie świeżych opowieści o działaniach  okupacyjnych, antyniemieckich  partyzantów pod wodzą Józefa Kurasia („Ognia” ). Dowódca   i jego chłopcy zabijali niemieckich żołnierzy  oraz tych górali, którzy próbowali z nimi  współpracować; tacy też byli. A tuż po wojnie szef i jego chłopcy strzelali także do niektórych pobratymców – zwolenników nowej okupacji – komunistycznej; i tacy też byli.  To opowieści o „Ogniu”,  o dziwo – zwerbowanym przez nową władzę  „ubowcu”, działającym „na dwie” strony. Był przecież  jednocześnie  „ukrytym”  antykomunistą. Mamy zatem już lata Tischnera w nowotarskim liceum im. Seweryna  Goszczyńskiego i przyjaźń przyszłego księdza z wice dowódcą „Ognia”. Czterech byłych, młodych  „ludzi Ognia” trafiło z własnego wyboru do seminarium duchownego. Ale nie było w tej czwórce Józka Tischnera. On samodzielnie wybierał  drogę życiową – zdecydowanie przeciwko ojcowskim radom.  W  jednym z późniejszych wywiadów  czytam: „… Wystrzeliłem ojcu niesamowity numer, kiedy w 1949/1950 roku, w głębokim stalinizmie postanowiłem iść do seminarium. W tych czasach to nie była zwykła życiowa decyzja…”  Oprócz innych życiowych „za” nie wykluczał własnych, głęboko tkwiących w góralskiej psychice nut, które powtarzała, a nawet śpiewała ukochana babia: „… Co se mądre głowy góralskie gadają, to  se gadają:  Boże nos, Boże nos nie opuscoj ze nas, bo jak nas opuscis, to już będzie po nas…” A przyjaciel, zastępca „Ognia”, nie seminarzysta, też wtedy powiedział coś, co kolega Józek długo pamiętał: „… Wiesz, Kościół to jest jedyne miejsce, gdzie ludzie się nie zdradzają…”

*

      Jawnej zdrady w Kościele w pierwszych latach powojennych  nie było, ale szybko się pojawiła – o czym za chwilę. Natomiast u przystojnego kandydata na kleryka, bez żadnych deficytów psychofizycznych,  co innego dało o sobie znać. Już wtedy doceniał wartość wolności, a nawet swobody,  więc musiały pojawić  się  nie tylko senne majaczenia  o płci przeciwnej. Pojawiały się i owszem – Józek podśpiewywał sobie: „ … Anim ci jo nie twój/aniś ty nie moja?/ jak mnie przenocujesz / dobra wola twoja…”/  Innych strof na ten temat w licznych wywiadach i książkach  przyszłego księdza nie znalazłem. Wyznał tylko kiedyś dość  niejasno: „… Te dziewczyny,  które wtedy były w mojej orbicie, nie zaprotestowały. Gdyby  były jakieś ich protesty, mogło by się inaczej skończyć… „  

       Nie było też protestów już kleryka, któremu mury krakowskiego  seminarium  duchownego okazały  się „antypatyczne, kostyczne , zimne”. Chodził z grupą kleryków na niedzielne modły  do katedry na Wawel. Biskup Franciszek Jop, szef seminarium słownie zachwycał się „spłynięciem Bożej łaski”, bo dane było przyszłym księżom nawiązywać  bezpośredni kontakt z grobami królów i marszałka Piłsudskiego.  Tymczasem kleryk zapamiętał: „… Niech diabli wezmą ten Wawel, bo było tam potwornie zimno…”  Ale mówimy o latach gospodarzenia na Wawelu i w Krakowie wielkiego kardynała, metropolity  „bez skazy”,  Adama S. Sapiechy.  Dlatego każde jego słowo ważyło jak sztabka złota. Ciągle pachniały świeżością  jego rządy, pamięć o bohaterskiej postawie podczas  niedawnej,  niemieckiej niewoli i ówcześnie narzuconych porządków  w Polsce przez jej generalnego gubernatora, Hansa Franka; przecież zbrodniarza.

       Kardynał „bez skazy”  jednak nie mógł sobie poradzić z jedną formą zdrady  w Kościele. Lata z ponurą  głębią stalinizmu,  to okres przeciągania nie tylko młodych i nie tylko „szeregowych” księży (również biskupów) przez  komunistyczne służby na stronę zwolenników nowego ustroju. Rosła grupa tak zwanych „księży patriotów”.  Młodego prezbitra, Józefa Tischnera,  już posłanego na drugi wydział – filozofię,  chyba nawet nie próbowano włączyć do tej grupy.

*

Młody prezbiter ciągle cierpiał  na niedostatek własnej wiedzy.  Te cierpienia łagodził na studiach filozoficznych w obydwu stolicach Rzeczypospolitej – najpierw  w warszawskiej Akademii Teologii Katolickiej, a rychło potem na Uniwersytecie Jagiellońskim.  Przypomina to w książce Przekonać Pana Boga  – moment nagłego pojawienia się w jego orbicie księdza Jana Pietraszki, krakowskiego duszpasterza akademickiego, a dość szybko miejscowego biskupa sufragana. Młody prezbiter usłyszał kazanie duszpasterza Jana do studentów: „… Do  Jezusa faryzeusze mieli pretensje, że zanadto idzie ku grzesznikom, że zadaje się z ladacznicami  (Maria – Magdalena. WŁ). Także wytykano Jezusowi, że samotnie idzie w góry i tam się tajemniczo modli. Zarzucano Mu, że idzie za daleko. Kto z was zostanie księdzem, tez nie raz usłyszy  podobny zarzut – że idzie za daleko. Nie bójcie się takich pretensji. Od tego jesteście, żeby  iść za daleko…”. 

       Biskup Pietraszko zachwycał  neoprezbitra Tischnera przez  lata,  kiedy – tu opis  młodego kapłana  –  „nagle po październiku 1956 roku ukazała się  nam zupełnie inna gęba naszego narodu, a ludzie wyszli ze stalinizmu  mocno poturbowani”.  Gomułkowska odwilż.  Wyznanie młodego księdza zanotowane dużo później  w książce Polski kształt dialogu: „…Wtedy wierzyłem, że Kościół  jest Boski, ale też mądry, po ludzku mądry… Głęboko akceptowałem punkt widzenia reprezentowany przez kardynała  Stefana Wyszyńskiego… On po opuszczeniu stalinowskiego aresztu domowego w  Bieszczadach  potrafił  ułożyć  stosunki z władzą komunistyczną dla dobra rodaków i Kościoła…”

*

 Odwilż „zelżała” – szybko, po kilku latach ‘. Zawsze jednak byłyśmy najweselszym namiotem obozu „demokracji ludowej”.   Weszliśmy w okres tak zwanej małej stabilizacji.  Podczas studiów filozoficznych Tischner  fascynował się epoką Oświecenia. Poświęcał też eseje na temat materializmu historycznego Hegla. Potem zbliżył się do fenomenologii  Edmunda Husserla; twórczo ją pogłębiał, rozprawiał o relacjach między pojęciami  świadomości oraz intencjonalności.  Nasza świadomość, w ogóle świadomość „istoty ludzkiej” , zawsze zwraca się ku czemuś, co jest życiowo praktyczne; z tym czymś jest nierozerwalnie związana. Świadomości nie można  rozpatrywać jako kategorii „samej w sobie…”, jako „pojęcia zawieszonego w próżni”.

     Już ksiądz prałat, już profesor filozofii w Karkowskiej Akademii Sztuki tak zajmująco  podejmował  i objaśniał trudne,  filozoficzne pojęcia, tematy i problemy, tak je łączył i prawie równocześnie rozdzielał,  że studenci  nagradzali to oklaskami. Potwierdziła mi to teraz  studentka tamtych lat , emerytowana krakowska aktorka, która porosiła o anonimowość.  Przypomnijmy  –  studentom powtarzał, że w cyklu wykładów „Filozofia Dramatu”  będą mieli okazję rozważać raczej „dramat ludzkiego istnienia, nie zaś dramat w rozumieniu literackim”.  Zapisał to później w książce : Nieszczęsny  dar wolności. Na stronach tej książki można przeczytać  jego zalecenia skierowane ku  przyszłym  aktorom i reżyserom teatru  oraz filmu. Zalecał,  by  „ich własny indywidualizm  nie zagmatwał granic człowieczeństwa, by oni na scenie, czy na ekranie  potrafili nawiązać kontakt z widzem, który biletem płaci za uszanowanie także swego własnego indywidualizmu. Podczas przedstawienia obydwa  indywidualizmy  powinny się spotkać  w pokojowym, przyjaznym współistnieniu…”  Wyłaniał się w rozważaniach filozofa w sutannie  problem  wolności aktora i widza – w ogóle problem wolności człowieka. Jak się ona ma w relacji z  pojęciem  konieczności, która też współtworzy naszą egzystencję. Zauważał : „… Zrozumienie  życiowej konieczności,  wielokrotnie odczuwanej  każdego dnia,  nie powinno był traktowane  jako dopust Boży , jako człowiecze przekleństwo,  ale jako przejaw właśnie naszego człowieczeństwa, bo to chroni nas, a przynajmniej łagodzi poczcie człowieczego  zagubienia w rzeczywistości… Musimy zrozumieć i pogodzić się z współwystępowaniem tych wartości. Jeżeli jednak nie wypracujemy tego porozumienia,  to możemy iść na piwo lub się powiesić”. Myśliciel w sutannie łagodzi tym rozumowaniem „dolegliwości egzystencji”. Radzi patrzeć na siebie „ z przymrużeniem oka”. Na szczęście – przyznaje – „jesteśmy rzeczywistością niezwykle bogatą, dysponujemy  paletą wielu doznań i uczuć”.  Obserwujemy też w życiu „wiele bezmyślności”, a nawet   nierzadko sami „działamy  bezmyślnie”. Jednak na szczęście przeważają nasze „życiowe, codzienne  ruchy, które są  poprzedzone myśleniem”. Konieczność jakiegoś działania potrafi doskwierać, bezmyślność potrafi zdołować – jedno i drugie jest jednak złem. Jak je łagodzić, bo wyeliminować, a nawet obejść się nie da?. Myśliciel puentuje to między innymi w książce: Miłość nas rozumie: „… Miłość  sama w sobie nie  jest do pojęcia, ale dzięki miłości  możemy pojąć wszystko… Wiele w życiu musimy, ale dzięki miłości nie musimy czynić zła… ”

*

     Rozważamy: wolność – konieczność; myślenie – bezmyślność!.  Prócz tych wartości mamy jeszcze do dyspozycji: miłość – nienawiść ; dobro – zło. Wybieramy.  Przywołam  banał : żadnym z tych pojęć,  z tych wartości  niełatwo   gospodarować. Myśliciel pisze w jednym z wywiadów, co się czata jak euforyzm: „… Wolność nie włazi w człowieka po przeczytaniu książki. Życie by było wtedy za łatwe. Wolność przychodzi  po spotkaniu drugiego człowieka  – dobrze, jeśli to człowiek wolny, szybko i łatwo z nim  się dogadać. Czasami jednak się zdarzy, że niewolnik spotka człowieka wolnego – wtedy albo go znienawidzi, albo sam staje się wolny….”  Tyle myśliciela w sutannie.

*

      Czas na wyznania prałata przed ołtarzem, na ambonie, lub rozproszone w mediach.  (Moja mała, osobista dygresja: W jednym z kazań  rekolekcyjnych, wielkopostnych, dla ludzi sztuki, w latach osiemdziesiątych, w kościele św. Krzyża zaskakująco  odpowiedział na jakieś  pytanie zadane przez wybitną aktorkę, Maję Komorowską. Na jej pytanie  odpowiedział: „… Czasami się śmieję, że najpierw jestem człowiekiem, potem filozofem, potem długo, długo nic, a dopiero potem księdzem…”  Nie pamiętam pytania  aktorki, a zapamiętałem odpowiedź rekolekcjonisty…”  Koniec dygresji. WŁ). Pisał i mówił tak, że nawet papież Jan Paweł II go cytował przed tysiącami wiernych rodaków, zebranych na błoniach podczas pielgrzymki duszpasterskiej  w Trójmieście, gdy kierował przypominał wzniosłe nakazy filozofa ku polskiej Solidarności przez duże i małe „S” : „… Najgłębsza solidarność, jest solidarnością sumień… Jeden drugiemu ciężary noście, a tak wypełnia się prawo Boże…”. Na którymś ze zjazdów  Solidarności  prałat został okrzyknięty kapelanem ruchu i nie protestował. Co setki razy pisał i mówił aforystycznie do współziomków,  nikt nie zdoła ogarnąć: „… Polska jest jak książka pisana szyfrem: kto potrafi jej postawić rozumne pytanie, teamu także rozumnie odpowie…”  A w którymś z esejów  do Tygodnika Powszechnego można przeczytać przestrogę ku pamięci: „… Sarmata lubi błyszczeć wobec otoczenia i nawet przez błędy życiowe. Ja rozumiem, że każdy popełnia jakieś błędy, ale my potrafimy własne błędy  przedstawić jako powód do chwały… Nie jest wolny człowiek, który nie potrafi przyznać się do winy…”  Filozof, prałat mógł się narazić i rzeczywiście  się narażał współbraciom w sutannach, kierującym parafiami i diecezjami. Zachęcał rodaków do gruntownych zmian w życiu duchowym: „… Polsce potrzebna jest religia odnowiona. A co robi  dziś Polska z religią? Robi narzędzie nienawiści bliźniego swego…”, Także   dziś słyszymy i widzimy przykłady które cisną się jeden po drugi w naszej codzienności. Jeden z nich: niby niektórzy są wielcy, a nazywają maluczkich  „tęczową zarazą”. A co Syn Boży mówił o maluczkich?  Ci niby wielcy, to są  wielcy wyłącznie we własnym mniemaniu. Zaś są mali  w mniemaniu milionów rodaków i w nauczaniu Dekalogiem płynącym  z  Góry.  

*

Na szczęście – nie wszyscy, prawdziwie  wielcy nienawidzą  maluczkich. (Tu druga, tym razem  większa dygresja: Znana w moich rodzinnych  Siedlcach polonistka, Janina Jankowska, z domu Osiak, dziś już w „ w stanie spoczynku”, wraz z inną emerytowaną nauczycielką, Marią Krasowską,  od progu transformacji uruchomiły prywatne liceum, które natychmiast zyskało pozycję i uznanie uczniów oraz ich rodziców. Opowiada była dyrektorka, Jankowska:  Młodym było dane  wyszukać patrona szkoły. Wyszukali  i zaproponowali  Tischnera, który wygrał konkurs z Janem III Sobieskim.  Dziś czytam o patronie w archiwalnym uzasadnieniu prawie setki pierwszych licealistów szkoły: „…Uczniowie, którzy prezentowali  ks.Tischnera podziwiali Jego wszechstronność, osobowość na miarę renesansu, wielość ról, jakie pełnił w teatrze świata. Tischner to Europejczyk – obywatel świata; Polak – patriota; kapłan, kaznodzieja, duszpasterz; filozof, teolog, etyk; pisarz, redaktor; wychowawca młodzieży i dzieci; góral, lecz nade wszystko CZŁOWIEK. Mówił: „Jak se staniesz przed Wielkim Sądem i cie spytajom: Kto?…Nie będziesz mówił: filozof  ani redaktor, ale powiesz: JO – TISCHNER” …”

      Do dziś od lat odbywają się doroczne, tak zwane Rekolekcje  Tischnerowskie – w pierwszych latach w Ludźmierzu, teraz w Łopusznej. Uczestniczy w nich każdego roku i skrzętnie pisze sprawozdania siedlecka polonistka „w stanie spoczynku”,  Osiak – Jankowska. Czytam w archiwaliach polonistki: Ksiądz Józef przekonywał: „… Rekolekcje są przede wszystkim po to, ażeby dopomóc ludziom w ich stawaniu się ludźmi…”  Biskup Tadeusz Pieronek  zauważał: „… Te nasze rekolekcje, to nie tylko  modlitwa, liturgia nauki i dyskusje, ale dobra muzyka a nawet coś dla humoru, jakby na odprężenie…” Biskup Grzegorz Ryś wyznał: „… Rekolekcje, to czas otwarcia  się na obecność Boga w moim życiu…”  Kazimierz Tischner, brat Józefa  dostrzegł: , … Rekolekcje w takim wydaniu, to prawdziwa wiosna Kościoła i przyszłości…”

Czytam  miejscowego poetę, Romana Dziobonia: Tischnerowskie Rekolekcje: „… Mieliśmy szczęście/ żyć w czasach Proroka/ co filozofem się mienił…/ Ej, Boże!/ Skoda, co się  pominon/ tyle jesce mógł zrobić?/ lo nas i Rodnyj Ziemi!/ Pokiela  mógł/ zgarnioł swój kierdel/ na rekolekcjach / w Ludźnierzu/ potem – choroba  Go powaliła -/ jak Hiob- / z cierpieniem musiał się/zmierzyć/ Niósł uśmiech dobrych oczu/ i – rozrzucał między ludzi …zachęcał do myślenia – / poszerzał serca – / uśpione sumienia budził…/  O Bogu mówił raczej niewiele/ Bóg, człeku się nie narzuca: / On  J E S T!/ na górskiej perci,/ w brzęczeniu gęśli, / w cichym i pustym kościele …/ Myślę, że ten zwrot :/ „Bójcie się Boga”!/ mówi właściwie, żeby się nie bać!/ bo przecie słowa Dobrej Nowiny/ niosą  Na d z i e j ę -/ prostują drogę… /

Niewielu potrafiło zapamiętać te słowa i strofy – i coraz ich mniej. Inni zapomnieli  już wtedy i do dziś nie pamiętają.

Jan Paweł II pisał w ostatnich miesiącach życia księdza  Profesora: „…Przyjmij to od nas, Drogi Księże Józefie. Przyjmij też ode mnie. Dziękuję Chrystusowi za wszystko dobro, jakie stało się naszym udziałem przez Ciebie….”

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko