Wiersze tygodnia – Andrzej Kosmowski

0
290
Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska

Cmentarz choleryczny w Żychlinie

od paru dni pojawia się
nad ranem
na wypłaszczeniu sennych rojeń
niewielki lasek na wzgórku
zagubiony wśród
szachownicy pól
gdzie niegdyś
twórczo rozwijając
którąś z powieści nienackiego
bawiliśmy się
z tomkiem malawskim
w podchody i poszukiwanie skarbów
kryjąc się za
chybotliwymi nagrobkami
tonącymi w wybujałej trawie

przekrzywione krzyże
sterczące nad oceanem chwastów
czasami przypominały nam
przerdzewiałe anteny
zaginionej cywilizacji
czasami były daremnym wołaniem
o pamięć
a znajome nazwiska na wytartych płytach
do których przywiązano
jakieś dziwnie brzmiące imiona
wydawały się szyfrem
nie do złamania
a więc niegodnym uwagi

dziś lasek przytroczony do miasteczka
wieńcem dziarskich nowiutkich
mieszkalnych domków
obojętnych na majestat
niegdysiejszych śmierci
próbuje stać się miejscową
turystyczną atrakcją
i jakoś nie jest
już moim miejscem
od paru dni śni mi się
niewielki lasek na wzgórku
i niespodziewanie
po raz pierwszy
czuję dotyk
i spazmatyczny oddech
moich pradziadków
widać trzeba
doświadczyć by zrozumieć


Ozdrowieniec

tak
powoli dochodzę do siebie
acz zaczynam podejrzewać
że tam dokąd zdążam
nie będzie już
niczego godnego
przyśpieszonego bicia serca
czy zdyszanej galopady
rozedrganych myśli

świat poszedł zdychać
gdzie indziej


przedświt

nad ranem grudą kolczastą w gardle
rodzą się myśli
tak ciasne że nie zmieścisz w nich
nie tylko świata ale chociażby
i w świetlistych rozbłyskach
 rodzącego się kolejnego dnia
 
przypominają trochę zbyt małe buty
lepiej porzucić je zawczasu
nim krwawą smugą wpełzną w synapsy mózgu

wszystko fajnie tylko
w przedpokoju ciągle obijasz się
o szafkę na nikomu niepotrzebne obuwie
a w komputerze o wiersze
które

zamilknij wreszcie
śpij


***

już chwilę po przebudzeniu
sny przerażające lepkie i wilgotne
przypominają
zbiorową mogiłę
tydzień po ekshumacji

tylko szlam
smród
i zbite grudy niepamięci


***

burzliwy jesienny deszcz
pospiesznie zaciera
ostatnie moje ślady
gdy nadejdzie wiosna
nic nie będzie przeszkadzało
tym którzy przyjdą


***

kwarantanna –
na naszej ławce
tylko para wróbli


***

szpital
maseczka w wesołe misie
i skrwawiony skalpel zmęczonych oczu


***

to

taka chwila

gdy nawet płomień
świecy
zamiera
w bezruchu

czekam


***

gęsta mgła za oknem
jeszcze gęstsza w głowie –

nicość pożarła
wszelkie drogowskazy

nareszcie czuję się
bezpieczny


konsultacja kliniczna

dama z tępą kosą
w ramach teleporady
uprzejmie pyta skazańca
o osełkę

a komórka 
beznamiętnie
wypikuje
w podejrzanie
znanym rytmie
e-skierowanie
do szpitala

wszystkie formuły istnienia 
pośpiesznie zamierają i nikną

tylko twój
rozpaczliwy protest 
ratuje świat


***

rozbite lustro –
z okruchów próbuję
złożyć się na nowo


***

koniec ostrego dyżuru
ofiarne stosy
dymią w najlepsze


Karbońska puszcza

Eugeniuszowi Zacharskiemu

w kornej
coraz bardziej podziemnej
pielgrzymce
przez czas
karbońska puszcza
dotarła ku kresowi
spektrum kolorów

pytanie
czy rzeczywiście
oczekuje od nas
przeistoczenia
w ogień dym i pył

śmierć
to będzie
czy
wyzwolenie

jej
czy
nasze


Klangor

niepostrzeżenie
wyzbywamy się
sentymentalnych odruchów
i modyfikujemy słowniki

nawet klucz żurawi
drzazga piękna
na sierpniowym niebie
otwiera już jedynie
zbyt wcześnie
sezon
drugiej fali zarazy

jeszcze niedawno
zwany
zwyczajnie
jesienią


krajobraz eschatologiczny

garść oboli wtopionych w asfaltowy szlak
i pijany charon śpiący pod wierzbą

koniec świata podobno już był
ale się nie do końca udał
jak zresztą wszystko
w tym niezwykłym kraju

Wiersze tygodnia redaguje Stefan Jurkowski
stefan.jurkowski@pisarze.pl

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko