Piotr Wojciechowski – Po biesiadzie niezmyte – Trzy kataklizmy – i lodołamacze

0
83

 Bywały kiedyś Biesiady Literackie, przez ostatnie dziesięciolecie odbywały się w warszawskim Domu Literatury – były prowadzone przez pracowitą ekipę pisarzy ze Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Pisane przeze mnie i osobiście prezentowane felietony od początku grały rolę deseru w tych biesiadach. To było dla mnie ważne, bo żyjąc w pewnym dystansie do środowiska pisarskiego – raz w miesiącu miałem okazję do spotkania.

   O spotkaniu pięknie powiedział profesor Henryk Swieżawski, wielki filozof, historyk filozofii średniowiecznej,  świecki audytor Soboru. Uważał on, że spotkanie jest najważniejsze, że gdyby człowiek potrafił w pełni wykorzystać każde spotkanie, jego życie stałoby się arcydziełem.

   Dziś nasze szanse na zrobienie z życia arcydzieła wyraźnie są zagrożone. Covidowa pandemia ogranicza na wiele sposobów możliwości spotkania. Zakazy zgromadzeń, ograniczenie większości dziedzin kultury, przeniesienie nauczania do internetu, konieczność zachowania dystansu, ukrycie wyrazu twarzy pod maską – nie dosyć wyliczania? Klęska, ale i norma.

 W każdej epoce ludzkość szamocze się pod uderzeniami klęsk, ginie, przegrywa, szuka klucza do zwycięstwa, a przynajmniej do ratunku i przetrwania. Dla pisarza klęski takie są osobistym zmartwieniem, ale także elementami czegoś, co można określić jako „dramaturgiczny potencjał epoki”. Czyli coś, co ludzi rusza. Napiszę trochę o trzech klęskach. Już wymieniłem mór powszechny jako najbardziej  uświadamianą sobie klęskę współczesności, kataklizm odczuwany powszechnie i codziennie.

Teraz trochę szerzej o tym z punktu widzenia belfra. Mówiąc o Biesiadach jako moich świętach spotkania nie mogę pominąć daru od losu, jakim były moje spotkania  nauczycielskie. Kończę już moją pracę nauczycielską, rozstaję się właśnie – bo koniec semestru zimowego – z grupką studentów łódzkiej szkoły filmowej. Przez trzydzieści lat dojeżdżałem do Łodzi, zimą bywało to uciążliwe, ale spotkania warte było tego. Uczyłem też prawie dziesięć lat pisania prozy w Laboratorium Reportażu na Uniwersytecie Warszawskim, a także dorywczo na kursach pisarskich organizowanych w Instytucie Badań Literackich PAN. Nie ma w tym wszystkim nic nadzwyczajnego. Jedni drugich bez przerwy czegoś uczymy.

        Kto jest, kto bywał nauczycielem, ten wie, kto najbardziej traci na tych wszystkich zakazach, kogo klęska Covid-19 do krwi kąsa. Szkoła uczyła i wychowywała – lepiej lub gorzej. Szkoła miała zawsze parę poziomów – strukturę hierarchiczną instytucji – nauczyciel miał zwierzchników, uczniowie mieli nauczyciela. A oprócz tego uczniowie mieli swoją przestrzeń własnych psot, przyjaźni, drobnych handelków, obiegu książek, penetracji małej ojczyzny w sporcie, łazikowaniu, wzajemnych odwiedzinach. Głębiej była ukryta sfera rodzącej się świadomości płciowej, szkolne zapatrzenia i zakochania, sfera szukania wzajemności, walk o dziewczynę, intryg w świecie romansów, flirtu, tajemnej korespondencji. Prywatki, imprezy, potańcówki. Dziś pandemia bezlitośnie odebrała młodym wielkie obszary tego życia – stracili tysiące spotkań, może miliony.

   Szkoła uczyła i wychowywała – zdalne nauczanie działa, chociaż okazuje się nieskuteczne, gubi dziesiątki tysięcy uczniów – gubi z dziesiątków powodów – jak choćby złe warunki domowe, czy brak komputera. Zdalne wychowanie nie działa. To nie tylko dzieciom krzywda. Całe społeczeństwo ma straty, wchodzi w obszar nowych zagrożeń. Brak wychowania nie pozostawia pustki. Tam, gdzie brak wychowania, urywa się życiodajna więź z kulturą, tam wchodzi zdziczenie,  wchodzi chamstwo, wchodzi demoralizacja, otwiera się przestrzeń przenikania świata przestępczego. Te zagrożenia rosną z każdym miesiącem ograniczeń działalności szkolnictwa, miejscami jeszcze nie dają się odczuć, gdzie indziej już są źródłem szkód społecznych.

   To jest problem, który Polska ma przed sobą. I nie może nas zadowolić rozwiązanie typu „przecież niedługo znowu będzie normalnie, niech tylko…” Bo nie było normalnie – zaniedbania w wychowawczej aktywności szkół narastały latami. Piszę że Polska ma problem. Ale ważne jest, że ja mam ten problem. Już nie mogę myśleć o rozwiązywaniu tego problemu w przestrzeni nauczycielskiej profesji. Już nie. Mogę i muszę o tym myśleć jako pisarz. Ludzie pióra, którzy o swoim zawodzie myślą tak jak ja – mają ten problem razem ze mną. Dlatego piszę to tutaj.

  Mam nadzieję, że zgodzicie się: Razem musimy odpędzić od siebie złudną nadzieję powrotu do normalności. Koniec, nie. Nie może być jak było, choćby dlatego, że nauczanie zdalne zostawi nam setki tysięcy młodych uzależnionych od internetu. Z nimi nie będzie normalnie. A najważniejsze – nie chcemy, aby było jak przedtem, bo kraj ma nowe zadania, pandemia zostawi nam dziury do załatania nie tylko w finansach i strukturach demokracji, także w wielu innych dziedzinach. Może najdotkliwsze dziury i zaniedbania w kulturze. W książkach, poezji. Aby łatać te dziury, musimy chcieć przez nasze pisanie wychować ludzi z poczuciem służby, obowiązku obywatelskiego i solidarności.

   Prześmiewcy mogą zrywać boki. Takich staroświeckich morałów dawno nie czytali. Fakt, boki zrywać, papą kryć. Co proponujecie, gołąbeczki?

    Na tym kończyłbym swoje uwagi jako nauczyciel żegnający się właśnie z zawodem. Jestem również pisarzem, muszę więc dorzucić cokolwiek. Pisałem na wstępie:” w każdej epoce ludzkość szamocze się pod uderzeniami klęsk”. Jako nauczyciel poświęciłem tu sporo miejsca najbardziej wyraźnej z paru klęsk – covidowej pandemii. A kolejne klęski?

   Jako pisarz napisałem pięć lat temu powieść o złym wietrze, wydano mi ją dopiero niedawno, w Lublinie. Poświęciłem tę książkę Zarazie Cyfrowej Technologii. Drugiej, groźniejszej klęsce. Jest ona wszechobecna, sklejona z naszym bytowaniem, skoro gwarantuje sprawność wszelkim mechanizmom technicznym, społecznym i finansowym. A jednocześnie uwiodła, uzależniła, zniewoliła miliardy mózgów, zniszczyła poezję tego wszystkiego, co bezpośrednie, jedyne, intymne, plemiennie własne. Tam, gdzie było mięso i westchnienie, ta klęska wpycha zimne protezy i ćwierka melodyjnymi kliknięciami.  Smartfon przyrósł, laptop podejmuje decyzje. Zamiast rzeczy, melodii, czułości dostajemy kopię, nagranie, obrazek. Wysychamy na wiór, na pieprz, nie wiedząc o tym.

    Cieszy mnie, że książka sprzedaje się dobrze, chociaż nikt recenzji nie pisze, dzieła nie promuje. Opisałem świat, w którym to, co cyfrowe – przepadło. A świat istnieje, patrzcie państwo! Nawet grają kwartety smyczkowe. Ta książka to zaproszenie do rozmowy, nawet – początek rozmowy.

  I na koniec o trzeciej klęsce. Ekologia. Klimat. Wielkie pole bitwy, na którym wiedza, rozsądek, entuzjazm młodych odnoszą kolejne sromotne porażki w starciu z chciwością trzymających kasę i władzę. Z wykształcenia jestem przyrodnikiem. O ekologii czytam i piszę od zawsze. Jestem wściekły, nie mam złudzeń. Dalej o tym będę pisał.

Oto trzy klęski. Martwię się nimi i dlatego nie martwię się tymi dramatami, jakie są grane w naszym pisarskim świecie. Tu instytut książki – państwowy, tam instytut literatury, z tego samego budżetu. Smutno do łez – Iwona Smolka i Piotr Matywiecki  wystąpili z SPP. Tyle im zawdzięczam, to przyjaciele. I mądrzy ludzie do tego. Już są trzy organizacje, bo i ZLP i Unia Literacka, gdzie – powiadają mi – świetne nazwiska. Dałbym im trzy Polski, każda pełna czytelników, dałbym trzy polskie kultury do uprawiana symbolicznego imaginarium. Ale Polskę mamy jedną, kulturę – ile jej jeszcze zostało – też jedną.

I mamy armię ludzi, młodych ludzi – będą wychodzili ze szkół z maturami, ale zdziczali, niewychowani, bez przyjaciół, z zamętem w życiu uczuciowym. Ludzie z deficytem myślenia o wartościach, z brakiem pozytywnych wzorów komunikacji, leniwi, ale liczący na karierę i egoistyczną konsumpcję. 

   Kto ich wprowadzi do ziemi obiecanej, kto ich nauczy przykładać rękę do pługa na tym zagonie między lipą Kochanowskiego a łąką Leśmiana? Kto z nich zrobi czytelników  tych poetów, których tylu w SPP, ZLP i poza organizacjami. (Ktoś mówił, że do UL poetów nie biorą, prawda to?)   A przecież potrzeba nam poezji. Polskiemu myśleniu, polskiej samowiedzy obywatelskiej, polskiej tożsamości narodowej, a może przede wszystkim polskiemu  społecznemu dyskursowi, potrzebne jest poetyckie słowo. Poezja to laboratorium, w którym czytelnik uczy się nazywać idee i wzruszenia, międzyludzkie relacje i wartości. Polską tradycją była obecność aktywnej i dojrzałej poezji w krajobrazie kultury. Była, jest jeszcze.

    Ma się to urwać na pokoleniu, które uznało smartfony za swoje organy, część zewnętrzną bebechów?

 Siedzimy za szańcami książek jak borsuki w norach, cowid wali fala za falą. Kto żyw, ma czas. Pandemia daje nam –  z pozoru – czas na myślenie i planowanie. Mamy przygotować epokę – jaką, nie wiem. Nową, inną.

    Uratujemy się, jeśli potrafimy zapalić światła myśli, a zrobimy kulturę przestrzenią spotkania ludzi, pokoleń, opcji, szkół, regionów. Mroźny, słoneczny dzień moich urodzin. Na Odrze i Wiśle lodołamacze przebijają się przez spiętrzone kry. Wspaniale to wygląda i ta robota jest wspaniała. Gdyby tak to, co pisarze napiszą, szło i łamało lody między ludźmi, między opcjami, pokoleniami. I gdyby tak wiersze… To ma być zapalanie świateł.

   A co, jeśli te światła się nie zapalą, i zadusimy możliwości przez pychę, ciemnotę i arogancję? No to nie będziemy uratowani.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko