Wiersze tygodnia – Stefan Żagiel

0
450
Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska

Nokturn

Krwawi przecięta słońca głowa
Na zboczu horyzontu
Jakby ją zżerał mroczny owad
Ukryty w nocy wątku.

Jeszcze się dnia kurczowo czepia
Gasnąca część nadziemna
Lecz coraz mocniej ją zaślepia
Granica czasu ciemna.

I już na Mlecznej Drodze dyszy
Łaciaty, stary Księżyc
Wielkiego Wozu ciągnął dyszel
Lecz zerwał się z uprzęży.

Noc z poetami wciąż w przyjaźni
Nad bielą kartki ziewa
I z alkoholem wyobraźni
Atrament snów rozlewa.

Na niebie – dokąd okiem sięgniesz
Sznur rozsypanych pereł
I tylko gdzieś za widnokręgiem
Przecięty słońca czerep….


Życie przedziwnym jest teatrem…

Jesteśmy ludźmi – cel swój znamy
I nic, co ludzkie, nam nieobce
I niby samych siebie gramy
Raz jako wilki, raz jak owce.

Życie przedziwnym jest teatrem
Aktor się dobrze czuje w roli
Lecz za kostiumem nosi zadrę
Która uwiera, która boli.

Żołnierze dziarsko maszerują
Ich krok zdobywczy, krok armatni
Lecz na bagnetach im kiełkują
Fiołki pachnące delikatnie.

Dyktator dumnym wzrokiem patrzy
Bezwzględność mając za uczucie
Potęgą własną się osaczył
I teraz nie ma dokąd uciec.

Uczony tkwi przy mikroskopie
Wiedza go czyni niemal  bogiem
W końcu teorie i utopie
Kulami stają się u nogi.

Bo każdy kostium, każda rola
Zaczyna kiedyś gnieść, dokuczać
Uwiera skronie aureola
Gdy braknie ciepła ciepłych uczuć.

Miłości, której siostrą troska
Tęsknoty słonej pod powieką
Przyjaźni, której nie da rozkaz
A która cechą jest człowieka.

Lecz chociaż one są tak blisko
Że dłoń wyciągnąć – już są w dłoni
Wolimy teatr, mimo wszystko
I grę o wszystko, czyli o nic

Czasami w grze się zapędzimy
Nie wiemy już czy twarz, czy maska
Ze sceny zejść nie potrafimy
Chociaż widownia nie chce klaskać…


Sanna

Śnieg sypnął – jak okiem sięgam
Pola i drogi zawiane
Wieczorem ojciec zaprzęgał
Gniade koniki do sanek.

Krzczonów stał senny i cichy
Domy wtulone w puch biały
Konie pędziły jak wicher
Z kopyt im gwiazdy tryskały.

Noc wędrowała wysoko
Na dole pęd dech zatykał
Tam srebrne księżyca oko
Tu – srebrna dzwonków muzyka.

I słychać było parskanie
Ojcowych koników gniadych
Pędziły przez zimę sanie
W śniegu gubiły się ślady.

Zginęły za horyzontem
Tamte zimy, sanie i konie
Dobrze, że czasem w noc mroźną
Latarnia księżyca płonie…


Zaduszki
      pamięci mego ojca Jana

Przyodświętnił się cmentarz, rozświecił
Zatopiony w zadumę zmierzchu
Świece płoną jak łzy pamięci
Otulone gałązką świerku.

Tu nasz ból i milczenia niełatwe
Gdy tematem losu konieczność
Świece płoną poświaty światłem
Są jak dłonie podane przez wieczność.


Matce

Chciałbym być ostrzem twego sierpa
dwojakiem pod żniwnym stogiem
dzbanem
którym mogłabyś czerpać
mleko z mlecznej drogi

Rumianku uzdrawiającym zielem
pijącym gorycz zmęczenia
dzwonem bijącym w niedzielę
i w skwarne południe
cieniem

Najpiękniejszą grządką w ogródku
gdzie posadziłaś rząd bratków
wiatrem na chmurę twego smutku
Matko.


Żal

Jeszcze mnie gryzie w gardle
niby kurz pamięci
cierpki smak
zielonych gruszek – ulęgałek
którym nie dała dojrzeć
niecierpliwość dziecka.
Kusiły z gałęzi dzikiej gruszy
co rosła na miedzy wśród pól
zielonym drogowskazem dzieciństwa.
Dobrotliwą dłonią osłaniała słońce
podawała cień.
Po polu ojciec uzbrojony w kosę
wiosłował w powodzi zbóż.
Ojciec – największy przyjaciel
o dużych dłoniach
i ramionach pełnych bezpieczeństwa.
Biegnę za nim i biegnę,
wołam: Tato! A on coraz dalej
i dalej, już gdzieś
za niebieskim horyzontem –
a ja coraz bardziej,
coraz bardziej sam.
Tylko stara grusza na miedzy
jeszcze mnie poznaje
gdy powracam na ścieżki dzieciństwa
i podaje mi cień.
I ciągle ściska w gardle
cierpki smak zielonych
niedojrzałych gruszek.
A może to po prostu żal…


Srebrna Madonna z Krzczonowa

Matka Boska z Krzczonowa
chociaż nieba królowa
była skromna i licho odziana
Choć cudami słynąca
i niezmiennie stojąca
Przy swych dzieciach – krzczonowskich włościanach.

Gdy dzwon dzwonił na trwogę
znała wieś do niej drogę
przed ołtarzem klękała jak tronem.
Ogień, mór lub Tatarzyn
Matko, stój nam na straży!
Matko weź nas pod swoją obronę!

Kiedy kraj potop zalał
zła rozlała się fala,
do Krzczonowa zbliżali się Szwedzi.
Szli by grabić, mordować
wszelkie mienie rabować
Matko Boska, poratuj nas w biedzie!

Matka dzieci swych strzegła
wojska rota nadbiegła
i przesłonił bitewny kurz słońce.
Co zdarzyło się potem?
Szwedzi legli pokotem
nad strumykiem, co zwą go Śmierdzące.

Polski król Jan Kazimierz
co powrócił był w zimie:
Dam ci, Matko, sukienkę ze srebra.
Za obronę dam chłopów
za ratunek z potopu.
Chociaż sam jestem tułacz i żebrak.

Jam królową jest nieba
ziemskich dóbr mi nie trzeba
lecz niech suknia mi służy za pancerz.
Niech się srebrzy w Krzczonowie
a gdy przyjdą wrogowie
złamią na nim swe miecze i lance.

Płyną lata i wieki
Krzczonów wciąż zdrów i krzepki
na ołtarzu wciąż lśni Srebrna Pani
Dzięki Ci, Matko Boska
Dobra Pani Krzczonowska
Że od złego krzczonowian ochraniasz.


Chemia

Uwiodła mnie
niedoświadczonego młodzieńca

Całowała amoniakiem
Krzyczała swe uczucie setkami decybeli
bijącymi z gazowych wydmuchów
w bębenki uszu

Zdołałem się wyrwać
z jej zaborczych objęć
Pozostawiła ślady alkalicznych zębów
na mej skórze
i skołatanym sercu

Nie dawała o sobie zapomnieć
Ale gdy ścisnęły mnie
Szczypce raka
Odwróciła ode mnie twarz.


Przywiodła was dobra baśń
               wnukom Jasiowi i Małgosi

Przywiodła was
jakaś dobra baśń

Czekałem na was
z obawą
że się zbytnio zestarzeję

I nagle
okruszki gwiazd
oświetliły drogowskazy
na mej Mlecznej Drodze

Dopiero teraz wiem
jak pięknie brzmi
słowo dziadek
Wymawiane przez was
moje wnuki.


Surowy nauczyciel

? ? ? ? ? ?
! ! ! ! ! ! !
1 1 1 1 1 1


Ostatni szron

Cieszę się każdym dniem
choć nie każdy z nich
ubarwia radość
zaś nadzieja jest falującym
morzem

Dziś rano
zobaczyłem
pierwszy tegoroczny
grudniowy szron
dzięki niemu
codzienny spacer po bułki
stał się niemal baśniowy

szron
jak delikatny upływ czasu
Czy to już ostatnie
moje baśniowe wędrówki
pytałem pobielonej trawy

jej listki
przytulone do skóry
szybko odzyskiwały barwę nadziei

nie mogłem tylko zrozumieć
dlaczego
choć kryształki szronu
topnieją w palcach
to jednak wilgotnieją
oczy

 
Kiedy boli

Kiedy boli
słychać  w sercu
gorzkie nuty
drżące echo

ból wypłynąć musi
słoną strugą
bólu nie da się
skwitować śmiechem

chociaż śmiech
jest jak wiosną
wybuch kwiatów
srebrnych łąk

lecz nie kwitną
nie wyrosną
kiedy je podlewasz
łzą…


Wiatraki

Jakby nagle wiatr stracił oddech
opuściły skrzydła wiatraki
archanioły ciechanowskich równin
przygarbione odchodzą do nieba.

Jakby nagle zakwitła cisza
od której zwariowali młynarze
czas tylko sączy bez przerwy
smutek
w wiekowe żarna

Przez dziurawy dach wpada
słońca złoty dukat
ostatnia zapłata.


Reguły i wyjątki

Od powtarzania słowa wolność
nie przybywa wolności
Od powtarzania słowa miłość
nie przybywa miłości

Od powtarzania słowa chleb
na jotę nie przybywa chleba
Czy jednak rzadziej walą w łeb
od powtarzania słowa przebacz?

Od powtarzania sława rozpacz
nie ubywa rozpaczy
Od powtarzania słowa radość
nie jest nam mniej do płaczu

Od powtarzania słowa Bóg
do nieba nie jest prościej
Od powtarzania słowa wróg
… nie przybywa miłości.


Wiersze tygodnia redaguje Stefan Jurkowski
stefan.jurkowski@pisarze.pl

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko