Marek Jastrząb – Stołówka

0
40

Razem z gongiem, drżącym truchtem przydziałowych bamboszy, żarłocznym strumieniem napływała do niej głodna dziatwa staruszków. Odstawiała pod ściany swoje laski, szwedki i balkoniki, siadała przy „swoich” stolikach obitych praktyczną ceratą i mościła się na krzesłach.

Czas odmierzany tu był posiłkami. Śniadanie, z dymiącą w poszczerbionych wazach zupą mleczną, z chlebem pociętym na opłatki, z kostkami lepiszcza mającego w nazwie „masło”, z miodem, dżemem czy twarogiem, z kubkiem kakaowej cieczy w niedzielę, a zbożowej kawy z domieszką ciepła w powszedni dzień, śniadanie to pozwalało otrząsnąć się z nocnych zjaw i uwolnić od desantu demonów paradujących granią sekretarzyka. Pozwalało zapomnieć o strzygach i dybukach produkowanych przez halucynacje, ciemność i ból; odnieść zwycięstwo nad wszechogarniającym poczuciem własnej znikomości.

Śniadania, do których dożyli, zmywały z ich twarzy nie tylko osad, szlam i śluz wszelkich udręk, ale dawały im ostrożną nadzieję na dotrwanie do obiadu, a kto wie, czy nie na doczłapanie się do kolacji.

Świetlica

Po wieczerzy, jadalnia zostawała zamieniona w świetlicę z telewizorem i  mieszkańcy przed nocną toaletą udawali się  do niej. Dyżurny nadzorca odpalał pudło i otwierała się kolorowa przestrzeń.

Rozlegał buczący pomruk urozmaicony rozkasłanymi komentarzami z tylnych rzędów, a na ekranie dobre i vice dobre wiadomości grały w salonowca. Do dwudziestej drugiej świetlica zanosiła się od westchnień i pohukiwań ludzi słyszących co trzecie słowo, a rozumiejących tylko te, których nie dosłyszeli. Lecz o dwudziestej drugiej sekund pięć, do świetlicy naelektryzowanej banialukami, wkraczał pielęgniarz z nocnej zmiany i zamaszystym susem dopadał wyłącznika telewizora. Na nic protesty, żachnięcia i odwoławcze spazmy, że „jeszcze parę minut, bo zaraz się skończy”.

Regulamin, rzecz święta, mówił klawisz, i nie było odwrotu: zakręcał kurek z wodolejstwem i ekran gasł. Zaczynały się zmagania z odstawianiem krzeseł i pochmurnym ciurkiem wracanie do sal.

Dyżurka

Było to pomieszczenie rozległe. O szóstej rano oddziałowa dokonywała codziennego układania pigułek i mikstur. Na tacki z nazwiskami domowników, wędrowały zaordynowane leki. Ci, którzy mogli zjawić się w niej o własnych siłach, otrzymywali bandaże, plastry i ligninę. A ci, którzy nie wychodzili z łóżek, czekali na pielęgniarki w salach.

*

Pomiędzy siódmą, a śniadaniem o ósmej,  stawała się pomieszczeniem socjalnym. Przemieniona w izbę do prowadzenia swobodnych rozmów, odizolowana od dźwigania i podmywania, zmieniania podkładów i prowadzenia do ubikacji, od wylewania nocnej zawartości kaczorów i opróżniania podsuwaczy, od sprzątania, odkurzania i wyrzucania rzeczy zbędnych do zbiornika na gałgany, tchnęła odprężeniem.

Zziajane pielęgniarki i salowe uwalniały się tu od wysłuchiwania ciągle tego samego repertuaru skarg, plotek i pomówień, wyzwalały  od wdawania się w nieistotne spory pomiędzy zwaśnionymi mieszkańcami, od bycia ich mediacyjną spluwaczką, od wysłuchiwania ich zwierzeń, orzekania o czyjejś winie i stawania się sprawiedliwą stroną konfliktu.

Równo z zakończeniem porannych toalet, od siódmej do rozbieganych godzin karmienia tych, co nie byli w stanie dojść do jadani, podnieść się z łóżka, ruszać ręką, chwycić za talerz bez rozlewania zupy, czy przełykać bez pośrednictwa wężyka, dyżurka przepoczwarzała się w lokal oderwany od pracy, a zbieżny ze słownym masażem.

Brudownik

Było to zapasowe królestwo oddziałowej, wnęka z pudłami zastrzyków, strzykawek i bielizny na zmianę, z ostemplowaną pościelą dla ostemplowanych ludzi, istot noszących na sobie przyszły numer kwatery. Był to bezpieczny deptak dla karaluchów, istna promenada, miejsce przechowywania basenów, szczotek i odkurzaczy.

Kąpiel

Kiedyś godne zazdrości kobiety, dawno temu ogniste dziewczyny, podlotki z własnymi zębami, rozpaplane w botanicznych ogrodach, przepojone młodością i ochotą na zmierzenie się z życiem, wypełnione planami, zajęte beztroskim chodzeniem na randki z „tysięcznym jedynym”, płaczące, niekiedy bez powodu, a niekiedy z powodem, którego już nie pamiętały, korytarzem, prosto w objęcia łazienki, rykszami na kółkach, mknęły babcie.

Okryte frotowym ręcznikiem, drżące z zimna, siedziały przy wannie, czekając na kąpiel i być może po raz pierwszy w życiu czuły się jak królowe; być może nikt przedtem nie dbał o nie tak.

Ich młodość przeszła za szybko. Zamiast życia miały próby ogniowe i skąpe szczęście na wykoślawionych koturnach. Zanim zdążyły naistnieć się do syta, spadły na nie zadania ponad wszelką wytrzymałość. Skończyła się ich poezja i bujanie w obłokach,  ogrody i marzenia o chłopakach, a zaczęły pieluchy i bóle stawów. Zaczęły wędrówki po utrapieniach i włóczęgi po codzienności.  

Zrozumienie

W dni wolne od znieczulicy przybywali do Domu krewni,  by zaliczyć test z miłości bliźniego. Wzrokiem tłustym od pociechy wychwytywali każdą najmniejszą, niepokojącą zmianę. Jednak te zatroskane tabuny specjalistów od załamywania rąk szukały ich nie w siostrze, mężu, czy staruszku, ale w szafach z bambetlami, na ścianach, gdzie, stwierdzali ze zgrozą, ostatnio było gęściej od malowideł, srebrnych lichtarzy, pozłacanych łyżek, porcelany cenniejszej od posiadaczy. Zanim zdobyli się na męstwo, by wujka, babcię, czy matkę ucałować i zapytać o samopoczucie, upewniali się, co z Malczewskim i gdzie, do diabła, podziewa się obraz Boznańskiej.

Staruszek gmatwał się w zapewnieniach i przeprosinach. Jak uczniak przyłapany na wagarach, był wystraszony, że na dobre rozgniewał zięcia, który  w odwecie da mu popalić, zemści się na nim, ofiarowując wnukowi zero wszelkich wizyt. Obawiał się, że dzieciak będzie miał od tej chwili dodatkowe zajęcia, tenis, angielski, korepetycje z komiksów lub alergię na Dom. 

Pracownia

Chodziliśmy na manualną terapię. Kiedy zjawiałem się w zajęciowej pracowni,  już w niej był. Siedział na wózku, z dłutem w ręku, żłobiąc misterne cudeńka. Zamyślony, ponury, wyrzynał je z ułomków drewienek, gałęzi, czasem pni. Z żarłocznym entuzjazmem, bagatelizując moją obecność, walcząc z opornym tworzywem, komponował te swoje drobiażdżki, poprawiał je, ulepszał, wlewał w nie wszystkie udręczenia, porywczości i podekscytowania, które nie pozwalały mu nakierować myśli na spokojniejsze tory.

Rozczarowany osiągniętym rezultatem, traktował powstające, pokracznie chude i strzeliste świątki, niby afrykańskie totemy czy polinezyjskie maski, jak odległe od ideału, nieudane zapowiedzi oczekiwanego rezultatu.

Kiedy zbliżał się do ich ukończenia, mówił o nich lekceważąco, z przekąsem, w niedbałej manierze, jak gdyby nie chciał przywiązywać się do czegoś, czym nie będzie cieszył się dłużej. Rozkładał zawartość skrzynki z dłutami, wyjmował z szafki klocek drewna, pochylał się nad stołem, przekrzywiał głowę wypatrując najlepszego wyglądu przyszłej rzeźby, długo i nieruchomo siedział obserwując park za oknem, a w przerwach między napadami kaszlu, wbijał we mnie posępne spojrzenie, sprawdzając, czy i ja widzę to samo, przy czym tak pilnie oczekiwał mojej aprobaty, że byłoby nietaktem jej nie okazać. Lecz niestety: mogłem tylko żałować, że nie znam wartości jego rzeźb, że marny i niefachowy ze mnie recenzent, bo tylko po amatorsku potrafię wypowiedzieć się na temat obejrzanych dzieł i oceniam je za wyłącznym pośrednictwem intuicji.

Na wszelki wypadek robiłem niewyraźne, niezobowiązujące gesty, świadczące o tym, że byłbym gotów zgodzić się, że jego dzieło jest dobre, ponieważ pragnę zachęcić go do dalszej pracy. Ponieważ widziałem, ile w nie wkłada nadziei i jak bardzo brakuje mu odwagi.

A gdy już myślałem o rozpoczęciu serdecznej, odprężającej rozmowy, poważniał znienacka i chrząkając, zabierał się za ociosywanie następnej kłody, jak gdyby nie zależało mu na ocenie profana.

*

Wtedy nie wiedziałem, dlaczego symuluje obojętność. Nie wiedziałem, że zbliża się do mety. Że nie ma sił na tworzenie większych rzeźb i niedługo będzie wykonywał tylko ich gipsowe odlewy. Toteż zamiast aprobaty, odgrodziłem się od niego i szybując po przypomnieniach, zamknąłem się na terapeutyczne odgłosy zewnętrznego świata.

Dotknięty nie tyle brakiem rezonansu z jego strony, co zły na przedwczesny i niepotrzebny pośpiech z udzieleniem mu pokrzepienia, chowałem się w zaciszu regałów zawierających książki po to, by raz na zawsze skończyć z udawaniem człowieka bez przerwy i opamiętania zajętego pracą. Po to, by nareszcie zanurzyć się w czymś ciekawszym, pożyteczniejszym, w czymś, co by mi pozwoliło odzyskać nieuszminkowany spokój.

*

Wspominam go., a powinienem zapomnieć o nim. Drażnił mnie, bo między nami były dosyć istotne różnice: przebiegały jak  podskórne linie demarkacyjne. Irytował mnie, gdyż choć znał swój wyrok i godził się z myślą, że czeka go powtarzalność opatrunków, systematyczne zakładanie przylepców, syzyfowe robienie tych samych toalet, ta sama niezmienna i bezowocna staranność o postępujący brak zdrowia, bo choć czekały go rozczarowania związane z nadciągającymi ograniczeniami, jakkolwiek w szybkich abcugach zbliżały się jego utrapienia, na których przebieg nie potrafił wpłynąć i mógł tylko się im  przyglądać, patrzeć, jak się rozwijają, jak, niszcząc go, zmuszają do rezygnowania z marzeń i jakkolwiek razem z przybliżaniem się negatywnych, nasilających się objawów niemocy, pytał mnie, czym jest szczęście, łudząc się, iż to, co mu zagraża, jest odwracalne, przejściowe i wkrótce minie – to jego pytania były zanadto okrutne na to, by udzielić mu jednoznacznej odpowiedzi.                                        

Pokój po B.

Minęło parę lat. Mój przyjaciel umarł i straciłem ochotę na jeżdżenie do pracowni. W miesiąc po jego pogrzebie dostałem po nim osobny pokój; odziedziczyłem miejsce pod oknem.

Kiedy było po północy, wstawałem z łóżka i razem z książkami, papierami, całym naręczem notatek, wychodziłem na korytarz. Panowała tu cisza zmącona chrapaniem dochodzącym z poszczególnych sal. Zabierałem się za pisanie, bo wtedy tylko w nim dostrzegałem sens dalszego życia.

*

Powiedziałem, że był jednoosobowy. To nieprawda, gdyż, jakkolwiek nie było w nim ludzi w sensie fizycznym, a poza mną nikt w nim nie przebywał, to przecież w sensie pozamaterialnym pokój ten wypełniony był dźwiękami, wspomnieniami, skojarzeniową fluorescencją.

Urządziłem go po swojemu. Przeniesiono mnie, razem z całym majdanem, z ubraniami, bielizną, książkami, zeszytami, notatkami bez wartości, z radiem i telewizorem wykłóconym od A. Pokój, który zająłem, był ciasny. Że ciasny, to lepiej, ponieważ nie miałem za wiele miejsca na fikołki i było blisko do opierania się o meble. Co do mebli: stał tam sekretarzyk z deską imitującą blat biurka, łóżko, szafka z radiem i nocna lampka. Ściany kremowe, sufit biały, wykładzina w kolorze sraczki, balkon z widokiem na las, dwie reprodukcje kultowego pacykarza; pierwsza – z kwiatami, druga, to czysta abstrakcja (na abstrakcjach się znam, na malarstwie – ni w ząb).

*

Później nie myślałem inaczej o swoim, tylko ”pokój B”. Mieścił się na pierwszym piętrze, po przeciwnej stronie korytarza, o krok za łącznikiem zespalającym oba skrzydła Domu, koło windy, tuż za rogiem. Skręcało się w stronę dyżurki, przechodziło obok brudownika i trafiało do ustronia wysadzanego fotelami, skąd widać było wejście na taras i domowników, jak, siedzą przy ławach i stołach, rozparci, palący papierosy, rozmawiają i rżną w karty, a personel stoi nad nimi i popatruje ze znudzonym zaciekawieniem, szczególnie wówczas, gdy trwał szachowy turniej, zawody o pietruszkę pomiędzy rywalizującymi oddziałami.

*

Ogólnie było mi do przodu i zasadniczo nie powinienem narzekać: mogłem tu sobie pozwolić na beztroskę. Czułem się jak świeżo upieczony bogacz. Miałem własny spacerniak w kształcie miniaturowego balkonu i korzystałem z niego go, by oddychać normalnym powietrzem. Siedziałem na nim co rano, bo nieograniczona przestrzeń działała cuda, no i lekarz mówił, że zmniejsza parametry melancholii. Posiadałem również przedpokój, kafelkowy trakt prowadzący do wyjścia na korytarz. Ale z tej możliwości korzystałem rzadko, przeważnie nocą, gdy wszyscy spali.

Sprawy należące do tutejszych rytuałów, poranne budzenie, mycie, układanie w barłogu, czekanie na żer i na magistra od krzepy, zajęcia te pozwalały mi nie myśleć o tym, co nastąpi. Wreszcie mogłem zajmować się, czym chciałem. Zamykałem drzwi na zasuwkę i znajdowałem ciszę, jakbym przebywał poza odgłosami zza ścian. Otulony kotarą z milczenia, uchylałem drzwi od balkonu i obserwowałem ludzi znikających za krzakiem akacji.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko