Antologia Poetów Polskich 2018 – Marta Wójcik, Bohdan Wrocławski, Barbara Wrońska, Szczęsny Wroński

0
315


Marta Wójcik

Marta Wójcik – urodzona w Sandomierzu 21 listopada 1960 r. Pracuje i mieszka we Wrocławiu. Jest absolwentką biologii Uniwersytetu Wrocławskiego. Szuka piękna w otaczającej ją rzeczywistości. Zgłębia naturę ludzką i pisze o emocjach i sprawach ważnych. W swojej twórczości porusza wątki filozoficzne i egzystencjalne. Pisać zaczęła w wieku 14 lat i swej pasji jest wierna do dzisiaj. Namówiona przez brata, od stycznia 2015 r. prowadzi wspomnieniowego bloga z okresu dzieciństwa i młodości „Życiny – moje Bullerbyn”. Jest uczestniczką kilku poetyckich grup na Facebook’u, w których publikuje swoje wiersze. „Pisz i czytaj wiersze”, „Warkocze poezji i prozy”, „Ogród poetów”, w którym pełniła przez pewien czas funkcję administratora. Została zaproszona do kolejnych grup. „Mistrzowie słowa – proza i poezja”, „Biały kapelusz”, „Synapsydy”. Jej wiersze ukazały się w Antologii Letniej Grupy Poetyckiej Ogród poetów w 2016 roku oraz w Antologii poetów współczesnych. Zanim zabierze nas wiatr. Ostatnio pracuje nad nowym cyklem wierszy taka ja. Aktywnie uczestniczy w zdarzeniach organizowanych przez nowo powstałą we Wrocławiu Piwnicę Artystyczną pod Sowami prowadzoną przez redaktora Leszka Kopcia. Zajęła się pisaniem scenariusza do spektaklu teatralno-muzycznego zaplanowanego na grudzień 2019 r. w tejże Piwnicy. W kwietniu 2019 r. wystąpiła w audycji w Radio Wrocław, gdzie prezentowała swoją twórczość. Obecnie pracuje nad materiałem do publikacji do Antologii Poetów Polskich.


Wybrane publikacje
• Antologia Letnia Grupy Poetyckiej Ogród poetów. Brodziszów: Usługi badawcze i wydawnicze dr Rafał Brzeziński, 2016.
• Antologia poetów współczesnych. Zanim zabierze nas wiatr. Wrocław: Astrum.


***

byłoby pięknie gdyby mogło być
zmrok zamykałby przyjaźnie nasze oczy
noc byłaby tylko dla dłoni
i wędrowalibyśmy skupieni
od ekstazy do ekstazy
zachłanni zasłuchani
byłoby spokojnie gdyby mogło być
ramię w ramię przez kolejne dni
pamiętasz pierwsze spojrzenie
mówiłyby twoje oczy
byłoby do końca gdyby mogło być
do drzwi skrzypiących pogodnie
cieniem oplecionych okiennic
do ostatniej godziny oddechu
byłoby


Wrocław, 12.11.2018


***

nie myśl o mnie
bo oblekę cię myślą jak bluszczem
w zieloności utoniesz
nie myśl o mnie
łatwiej dzień przeobrazić w spokojność
blaskiem słońca wypalić
nie myśl o mnie beze mnie
gdy pomyślisz przywołaj
myśli zapleć w konary
tamta twoja ta moja
sękate wczoraj wpleciemy
w warkocze jutra
wyrośniemy ponad starość

Wrocław, 22.10.2018


***

letnia cisza
w ciszy skóra pachnie słońcem
w ciszy słowa piszą wersy
bez udziału palców
błądzę opuszkami
po szorstkiej ciszy pnia
w poszukiwaniu ostatniej
kropki nad i
rozpoznaję alfabet milczenia
ślepa na chaos życia
tylko ja
kolejny element układanki

Wrocław, 27.07.2018


***

cóż ta noc bezsenna
i poduszka pełna obrazów
w szafie  manekiny dni
w ordunku wieszaków
między wczoraj i jutro
tamten płaszczyk otulił sukienkę
byłaś taka przejęta
w rękawiczce drżąca dłoń
ukryła wzruszenie
bucik zawadził o płytę chodnika
wsparłaś się a może on chciał wesprzeć
śmiech zmieszany zatonął w kołnierzu
ciemność skryła owal ust
płonęły oczy i gwiazdy
zaskrzypiały drzwi szafy
koc na ramionach za cienki
gdzieś na półce wciśnięty
czarny sweter i czarny szalik
zlewał się z mrokiem kawiarni
w czerni było ci adekwatnie
kiedy nieostrożnie dotknęłaś
chłodu rękawa marynarki

Wrocław, 8.12.2018


***

wywodzę się z ciszy
z mgły świtania nad łąkami
aż po pierwsze kogutów wołanie
z milczenia domu we śnie
utkanego  melodią kuranta
stąd gdzie śpiew strumienia
omywał zmysły szeptu cieniem
by cisza brzmiała jeszcze mocniej
koła wozów toczyły trud codzienny
w brzęczeniu żaru
a ręce spracowane
jak chleb powszednie trwały
w pokorze modlitwy o łaskę
utkana jestem z wiatru
w skrzypiących wrotach
milknących w godzinę dnia ostatnią
z gasnących płomyków lamp
gdy noc ścieliła poduszkę mroku
i spokojem gwiazd tuliła do snu
jestem z ciszy wyrosłej
na miarę cieni
błądzących w nie-zapomnieniu
i zamieszkała we mnie
więc nie mów do mnie miły
rozmawiam

Wrocław, 21.02.2018



Bohdan Wrocławski

Bohdan Wrocławski debiutował wierszami w 1963 r. W 1967 r. ukazała się jego pierwsza książka poetycka Linia Krat. Opublikował wiele tomów wierszy, zdobywając uznanie krytyki i liczne nagrody literackie. Jest także autorem piosenek literackich. Przez kilkanaście lat występował na scenie, prowadził popularny kabaret literacki Ostatnia Zmiana.
Pisze sztuki sceniczne dla dzieci. W 2006 r. otrzymał nagrodę poetycką UNESCO na Światowych Dniach Poezji za tom wierszy zatytułowany Inny smak księżyca.
Od września 2010 r. redaktor naczelny e-Dwutygodnika Literacko-Artystycznego „Pisarze.pl”.


Wybrane publikacje
• Wrocławski, Bohdan. Linia Krat. Wydawnictwo Morskie, 1967.
• Wrocławski, Bohdan. Wypalanie wnętrza. Wydawnictwo Morskie, 1977.
• Wrocławski, Bohdan. Powiększony o czas powrotu, powiększony o czas czekania. Wydawnictwo Morskie, 1978.
• Wrocławski, Bohdan. Dworzec Podmiejski. Wydawnictwo Pojezierze, 1983.
• Wrocławski, Bohdan. Podróże w obecność. Wydawnictwo Łódzkie, 1984.
• Wrocławski, Bohdan. Poker (zbiór opowiadań). Wydawnictwo Morskie, 1984.
• Wrocławski, Bohdan. Wiersze. Spółdzielnia Wydawnicza Anagram, 2000.
• Wrocławski, Bohdan. Cyrograf milczenie. Spółdzielnia Wydawnicza Anagram, 2003.
• Wrocławski, Bohdan. Inny smak księżyca. Warszawa: IBiS, 2006.
• Wrocławski, Bohdan. Skazany na peryferie. Warszawa: Wydawnictwo Pisarze.pl, 2018.


Nie zostawiajcie

Wacławowi Holewińskiemu

Nie zostawiajcie wybaczania Panu Bogu
Spieszcie się w czarnych obłokach

W dniach nasłonecznionych
Na okolicznych wzgórzach
Na brzegach rzek i oceanów
Pełnych radości i nadziei

Także wtedy
Kiedy z pobliskich łąk dochodzi radosne parskanie koni
Śpiew ptaków z akompaniamentem
Muzyki gór i lasów
Oddychających najświeższym powietrzem codzienności

To twoja modlitwa wypełniona dziękczynieniem lub prośbą

Nie zostawiajcie wybaczania Panu Bogu
Bo on już dawno wam wybaczył
Waszą koronę cierniową łzy na zakrwawionych pobojowiskach

Pierwszą miłość pełną zapachu rumianków i euforii
Pierwszy krzyk narodzonego dziecka
otwierający ból i ogromną przestrzeń życia

Nie zostawiajcie wybaczania Panu Bogu


Kwiaty magnolii
Przez szparę w uchylonych drzwiach wpada smuga światła
i muzyka mówię wyraźnie nie przepadam za rock’n’rollem
w okresie początkowego szaleństwa słuchałem Edith Piaf
Louisa Armstronga szwendałem się po piwnicach z muzyką jazzową
Wzruszali mnie trzej panowie na głoskę sz: Szopen Schumann i Schubert

Zbierałem płyty z nagraniami Orkiestry Drezdeńskiej
Do dziś szeroko otwieram oczy
kiedy na bazarkach z starociami dostrzegam okładki tych płyt

Podobno w Central Parku pod koniec pierwszej dekady lipca
opadły liście z krzaków magnolii
i opadały nadal
gdy na cmentarzu Al Hibbler z wysoko uniesioną twarzą na
której szkliły się w lipcowym słońcu łzy i kropelki potu
zaśpiewał  Nobody Knows the Trouble l’ve Seen

To było w tym momencie kiedy Fred Robbins
zauważył że zmieniając marynarkę
nie przełożył kartki z mową którą miał wygłosić na pogrzebie Louisa

Nie pamiętam gdzie wtedy stali Bing Crosby i Ella Fitzgerald

Jak też nie mogę odgadnąć kto oprócz żony i Johannesa Brahmsa 
odwiedzał Schumanna w zakładzie dla nerwowo chorych w Endenich koło Bonn

To wtedy w parku w Bonn w ostatnich dniach lipca zwiędły krzewy magnolii
Widział je siedzący na ławce Albrecht Dietrich 
chmurzyło się tego sierpniowego dnia więc z niepokojem patrzył w niebo
I słuchał muzykę chmur zawieszonych nad nieodległym przecież cmentarzem

Nie wiem, czy w grudniowy dzień sześćdziesiątego trzeciego roku
Ubiegłego wieku
ktoś położył kwiat magnolii na grobie Edith na cmentarzu Père Lachaise

Być może nikt z czterdziestu tysięcy zgromadzonych
nie widział jej starego zdjęcia
z tym kwiatem we włosach

Kiedy w Ivry grzebano Cypriana Kamila Norwida
na poboczu cmentarza pod jego murem właśnie kwitły magnolie
 
dziś trudno mi powiedzieć
czy choć jeden kwiat znalazł się
na żółtym piasku świeżo wykopanej mogiły


List który nie ma adresata

Na tym zwalonym pniu leżącym na plaży w Kątach Rybackich
stale odnajduję inne pokolenia
być może pewnego marcowego dnia zabłądził tu cień
Immanuela Kanta
widziałem jego twarz
którą osłaniał dłonią przed słoną bryzą i kiedy otworzył
cebulasty zegarek
jakby otwierał drugą zamkniętą dla nas część księżyca

spoglądał w stronę bliskiego przecież Królewca
odnajdując w pejzażu wieżę zamku fromborskiego
być może odgadywał ascetyczną twarz Kopernika
jego zamyślenie unerwiające nieboskłon
krużganki schody prowadzące do miejsc
w których umierała samotność mistrza

milczały krążące dookoła głowy Immanuela mewy
milczałem i ja zagubiony na wysokiej skarpie
z lornetką przytkniętą do łzawiących od wiatru oczu
starający się odnaleźć to co zagubione w zakamarkach
najodleglejszych zdarzeń historycznych

i to co było odległe jak twoje filipiki drogi Demostenesie

Wiesz zawsze musimy znaleźć wyspę na której
nikt nie umiera
białe piaski plaż wypychają słony wiatr poza obręb naszych ciał

w pobliskich lasach sarny swoim cieniem i sprężystym biegiem
zachwycają nas
wiecznie niepokornych
nieprzystosowanych
jakby żyjących wewnątrz własnego cienia

pozbawionego radości i pożądań

Proponuję
pójdziemy wzdłuż plaży pod czujnym wzrokiem Immanuela
niech zapisze w historycznym kalendarium
każdy nasz ruch
wzruszenie drgających ramion
które niczym zawieszone nad nami dwa miecze
znów będą wpychać słowa i myśli do jąkających się ust

Wiem
jesteś zmęczony moją natarczywością
chcesz odpocząć tuż obok siedzącego na pniu Immanuela
razem z nim spróbować odnaleźć spokój wieczności

To wiedz powiem ci to teraz
wykrzyczę na plaży Morza Bałtyckiego
każda litera każde słowo pulsujące w naszym krwiobiegu

zdanie którego cień sięga dalej niż potrafimy sobie wyobrazić
umarło już przed naszymi narodzinami

Widzisz ten cień jeźdźca
kłusującego w bryzgach nadbrzeżnych fal

w ręku trzyma miecz
pewnie przetnie nim równowagę naszego świata
 
rozsupła wszystkie węzły
do których nigdy nie dotarła wyobraźnia
 
Przyznaj
zgubiliśmy ją w filozoficznych rozważaniach
poetyckiej narracji świata
 
Siedzimy na zwalonym pniu na plaży w Kątach Rybackich
rozmawiamy o wszystkich chorobach naszego wieku
 
jemy chleb z wędzoną rybą
której kawałki wyrzucane w górę przez Demostenesa
z krzykiem wyłapują krążące nad nami mewy


Na plaży w Kątach Rybackich

Otwieram powieki
być może otwieram je zbyt często
tak jak zbyt często ogrzewam dłonie
kubkiem gorącej herbaty nalanej z termosu
błądząc po zupełnie wyludnionych plażach
Mierzei Wiślanej

myślę to twoje oczy dłonie czoło
z kropelkami potu
codzienne unerwienie liści dębu
pełne niecierpliwości w otwartym horyzoncie

i wtedy wiem
jeszcze żyję
ja
fragmenty niedokończonej symfonii
szkic obrazu z odpryskami nadziei
i wieczności

ja
krzyk powalonych
jesiennym huraganem buków

na skraju lasu spowiadają się
różnokolorowe kwiaty szpilki ostów
bramy zarozumiałych żółcieni a czasami
coś wewnętrznie drgającego

jakaś zupełnie nieczytelna plama
pejzaż ukrytych westchnień
czyjś śmiech czyjaś powaga w cieniu konfesjonału
rozchodząca się w przestrzeni  ciała

zazwyczaj wtedy
kiedy twardy sen odwiedza schnące na palecie farby
mdły smak terpentyny
całego podniebienia
 
ustawiczna geografia twarzy piersi podróży
zawerniksowane  dłonie
jakieś tło którego nie można natychmiast przeczytać
wyróżniające się dramatem
biegnące w poprzek zdania
przez ścierniska, wypalone łąki

ciężki lot bażantów
wreszcie zapomniane młodzieńcze marzenia

znów ja
latem pod grubym kasztanowcem
którego cień
onieśmiela mnie bardziej niż cała wieczność

bitewne wyprawy rzymskich legionów
ateńskie dysputy
w których z ogromną nieśmiałością
próbowałem uczestniczyć

jąkałem się wtedy z przejęcia
moje ramiona podrywały ostre wiatry
nadciągające od nieodległego przecież morza

wyobraźnia podpowiadała mi że do sławy
wystarczy tylko krzesiwo
i świątynia Artemidy w Efezie

nie trzeba chodzić z kamykami raniącymi
policzki i dziąsła
wzdłuż samotnych plaż Kątów Rybackich

albo fascynować się śmiercią
odlatujących kormoranów
ich ubóstwem
wieczną gonitwą za miłością

i wtedy spostrzegłem
morze zbyt często przykrywa plażę
oczyszczając ją z samotności
i tego wszystkiego
czego zrozumieć nigdy nie potrafiłem



Barbara Wrońska

Barbara Wrońska urodzona 6 kwietnia 1954. Absolwentka Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Krakowie. Polonistka, poetka, animatorka kultury, redaktor książek i almanachów poetyckich. Współtwórczyni Teatru Promocji Poezji, związana od lat ze środowiskiem artystycznym Krakowa i Kielc. Debiutowała w piśmie literackim „Bazar” (1998). Autorka programów poetyckich oraz interpretatorka współczesnej poezji w ramach, m.in. Nocnego Maratonu Poezji (2007), Warszawskiej Jesieni Poezji (2008), Krakowskiego  Festiwalu Muzyki i Poezji (2009), Międzynarodowych Dni Kazimierza M. Sarbiewskiego (2010). W 2010 r. zadebiutowała w roli dziennikarki w spektaklu Teatru Promocji Poezji Nie porzucaj nadzieje na podstawie twórczości Jana Kochanowskiego. Wiersze publikowała w czasopismach i almanachach (m.in. „Bazar”, „Kwartalnik Świętokrzyski”, Teatr Promocji Poezji 2003, Krakowska Noc Poetów (2006-2008), Bronowicki Karnawał Poezji (2008-2012), „LiryDram” 2018. Wydała tomik poetycki Skalary.


Wybrane publikacje
• „Bazar” 1998.
• „Kwartalnik Świętokrzyski” 2005, 2006.
• Almanach Krakowska Noc Poetów 2006, 2007, 2008.
• Bronowicki Karnawał Poezji 2008, 2009, 2010, 2011, 2012.
• Kwartalnik „LiryDram” 2018/19.
• Wrońska, Barbara. Skalary. Kraków 2010.


***

Wymyśliłam sobie świat
odpłacił mi tym samym
Teraz
nie możemy się do siebie
dopasować


Stworzenie

Na początku Bóg stworzył
Niebo i Ziemię
potem
człowiek mozolnie odkrywał
drogę do piekła


***

Nie mów że wyglądam jak młoda dziewczyna
To męczy
mieć ciągle dwadzieścia kilka lat

Zobacz moje siwe włosy
i powiedz – kocham

Podaj mi rękę kiedy się zachwieję
i powiedz – kocham

Zobacz moje zmarszczki

Powiedz – kocham
kiedy już zapomnę kim jestem


Pokochajmy siostry starsze

mojej Mamusi

Wyliniała stara suka wygrzewa się na słońcu
Stara kobieta podkasała spódnicę
grzeje pokracznie wykrzywione nogi

Biedny pies – mówią
mówią też
– obrzydliwe stare babsko, że też wstydu nie ma

Zapiszczało psisko podnosząc się
kobieta zatoczyła się
– pewnie pijana starucha – mówią

Powlokły się
obie obolałe
unosząc ze sobą
jedna litość
druga pogardę


Dwie fotografie


Fotografia 1

Stara kobieta
na tle wodospadu
budzi niesmak
Jakby tak wyciąć twarz
byłby niezły landszaft
do powieszenia nad łóżkiem
do zadumania się
nad tym co przemija


Fotografia 2

Stara kobieta
na tle nagich skał
Wtapia się w szarość
rozpływa w niebycie
A on
wpatrzony w stare zdjęcie
widzi twarz
uśmiechniętej młodej dziewczyny



Szczęsny Wroński

Szczęsny Wroński – poeta, prozaik, redaktor, animator kultury. Na przełomie lat 70. i 80. był związany z Teatrem STU (asystent reżysera, współpracownik literacki, kierownik studia aktorskiego), a w latach 1999-2013 współtworzył Teatr Dialog (kierownik literacki, aktor i reżyser).  Debiutował w „Życiu Literackim” w roku 1977. Jest autorem książek poetyckich, prozatorskich, scenariuszy i utworów dramatycznych.
W środowisku ogólnopolskim zaznaczył się jako animator kultury, redaktor książek oraz almanachów poetyckich. Prowadzi autorskie programy literackie oraz warsztaty dotyczące teatru i literatury.
Współtwórca polskiej kontrkultury lat 70., lider formacji teatralno-rockowej realizującej spektakle poetyckie – nazywany poetą o duszy rockmana. Odwołania do rockowych brzmień i kontekstów odnaleźć można w jego powieści Konsultanci. Na początku lat 90. założył w Krakowie Teatr Promocji Poezji i pod tym szyldem wciąż realizuje spektakle i wydarzenia promujące literaturę. Dotychczas wydał dwanaście  książek, z których najbardziej reprezentatywne to: Potwór nie opisany (proza eseistyczna), Wolna miłość (powieść, I nagroda w Ogólnopolskim Konkursie im. M. Reja z Nagłowic, 1998), Nie pozwól milczeć sercu (wybór wierszy), Konsultanci (powieść), Czas rozpocząć (wiersze), Piszę poemat (wywiad-rzeka, poezja, proza).
Należy do krakowskiego oddziału Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Jest członkiem redakcji Kwartalnika Literacko-Kulturalnego „LiryDram”. Mieszka w Krakowie i w Kielcach. www.szczesnywronski.pl.


Wybrane publikacje
• Wroński, Szczęsny. Praktyki. Wydawnictwo Łódzkie, 1984.
• Wroński, Szczęsny. Potwór nie opisany. Oficyna Wydawnicza Ston 2, 1999.
• Wroński, Szczęsny. Wolna miłość. Oficyna Wydawnicza Ston 2, 2000 (I nagroda  w Ogólnopolskim Konkursie im. M. Reja z Nagłowic 1998 r.).
• Wroński, Szczęsny. Poręcze. Kraków: Miniatura, 2006.
• Wroński, Szczęsny. Konsultanci. Kraków: Wydawnictwo Księgarnia Akademicka, 2014.
• Wroński, Szczęsny. Czas rozpocząć. Kraków: Wydawnictwo i Drukarnia Tercja, 2015.
• Wroński, Szczęsny. Piszę poemat. Kraków: Wydawnictwo i Drukarnia Tercja, 2017.


Korozja

stojąc na brzegu rzeki
myślę o moim życiu
rzeka po prostu płynie
unosząc strzępy marzeń
jakiś kij kawałek zagrody
pudełko z klocków napęczniała książka
rozdęta piłka  czepia się skały
miecz gdzieś rdzewieje na dnie
walczyłem nim o honor podwórka
dziurawe wiadro nabiera wody podrygując
a moja artyleria ciska weń kamieniami
muszę walczyć by godnie odeszło
i z pokorą poddało się molochowi korozji


Polityka

zawiązała się nowa partia
kanibali bezstronnych
szefem jest chudy facet
z ropiejącą raną nad okiem
a program jest atrakcyjny
spodziewają się porwać tłumy
nie chodzi tam bynajmniej
o zjadanie się nawzajem
właściwie o nic tam nie chodzi
bo nikt nie zna programu
podobno w ogóle go nie ma
to nasz największy atut
mówi facet z raną
czarny ptak siadł mu na twarzy
poszerza dziobem otwór
jest już na tyle duży
że mógłby tam zamieszkać
lecz macha tylko skrzydłem
przenosi się gdzie indziej
na jakąś inną wyspę
której nikt jeszcze nie widział

ta twarz jest mózgiem partii
jej cel to ropiejąca pustka


Dowody na istnienie raju

śmietnikowi kolekcjonerzy
zadziwiają mnie swoją odwagą
skazani na ludzką pogardę
w skupieniu nurzają się w odpadkach

Wtajemniczonych
nie mierzi smród
gnijącego mięsa
nieludzko poplamione koszule
buty z połamanymi nosami

tutaj znaleźć można
niezły strzęp wieczności
i sprzedać go za dobrą
cenę

pochyleni nad kosmosem
wyławiają perły
to oni są książętami
poezji
jakże bogaci
jak szczęśliwi
odnajdują w kubłach
błyskotliwe dowody
na istnienie raju


W naszym winogronie

w naszym winogronie szczygły się zalęgły
na wyciągnięcie ręki
domek wymościły
sierścią azji

zerkaliśmy tam ostrożnie
z promykiem miłości w oczach
życząc szczęścia młodej parze
– od kotów zachowaj ich Boże Szczygłów
a nasze psy ich strzegły

wysiadywały na przemian
w gniazdku
cierpliwie do rozwiązania
gdy szczebiot szczygiełków
pomnożył ciszę

wzrastały
nad naszymi głowami
wspinając się po gałęziach, liściach winogronu
aż uczepione niewidzialnych żyłek z rozpostartymi w trzepocie skrzydełkami
uniosły się do nieba


Poręcze

sam już nie wiem czego się trzymać
na wszelki wypadek nie trzymam się niczego
najłatwiej zawierzyć niczemu bo nic z tego nie wynika
z rozpędu obrazić się może Nietzsche który odszedł w nicość

spotkać ich można na spotkaniach literackich sympozjach
w partyjnych klubach radiokomitetach na internetowych schadzkach
usta im się nie zamykają bo wiedzą czego się trzymać
na wszelki wypadek trzymają się wszystkiego

meduza jest dziś absolutem czczą ją zamkniętą w butelce
już nie ma tam nawet diabła tylko małpi ogon
Nietzsche wygląda z dziury jednak chce coś powiedzieć
trzymam się tego wiersza bo to lepsze niż nic

Gdy wiersz mi się rozpada łapię się jednej zwrotki potem wersu
jakiejś zbitki słownej samego słowa „dziura” pojedynczych jego liter
„i” mnie podnieca bo chciałoby się dalej i ten cudzysłów


„    ”

klamra spinająca pustkę przestanki których nie ma bo lecę bez przerwy
we śnie i na jawie połykam coś wydalam krzyczę – poemat za przerwę
słychać drwiące rżenie rr które mnie niesie jak trzeba d mnie dobija bym
mógł odbić się od dna przeżyć zdumienie u i w A dziobać przestrzeń

to wszystko z jednej dziury gdy wyrzucić cudzysłów
a ileż we mnie słów nawet partykuła ż nie rzęzi bez kolaboracji z r
ciągle potykam się o to r lecz bez niego nie byłoby wiersza
a wyszedłby wiesz pzewa óża pawo spawiedliwość bylantowa spinka
do kawata dżenie a na mozach pływałaby koweta

pawdziwy damat w teatze
wyzutym z eżysea
kopka

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko