Wiersze tygodnia – Lesław Wolak

0
619
Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska


Księga wiatru


“Widziałem największe umysły mego pokolenia
zniszczone szaleństwem,”
Skowyt– Allan Ginsberg

 
Księga 1

Wiatr, wiatr, budzi się wiatr,
przenika wiatr, pożąda wiatr.
Wiatr, wiatr, staje się wiatr,
moim sercem obraca odwieczny wiatr.
Wszystko wirowało, wszystko krążyło,
śpiewający cyklon wywracał drzewa,
porywał domy, pustoszył równinę.
Wielki Budda obserwował ruchy wiatrów,
patrząc z dachu wieczności, dachu hotelu Savoy.
To on decydował o ruchu gwiazd, planet,
o ruchu samolotów i pociągów,
o światłach ognisk, domów, miast,
o ich płomieniach.
Czekałem na samochód, który weźmie mnie
i przewiezie na drugą stronę ulicy, tam właśnie
jak na półce w piekarni, na mlecznozielonej łące,
są oni, którzy :
słyszeli,
śnili,
przeczuwali,
kochali,
drżeli,
czekali,
aż 
Anioł Cierpliwości, Anioł Opinii,
Anioł Układów, Anioł Reklamy,
wyniosą na górę, ponad szklane morze.
Stworzą kamienny posąg,
na który kładą gałązki oliwne
a gołębie zrzucają gówna.
Fryderyki, superjedynki,
wiktory, superwiktory.
Płynęli pod rdzawą mgłą jesiennego świtu,
nie myślałem, że złamie tak wielu.
Zdawało mi się że idę drogą prosto przez bramę,
żeby tylko ujrzeć
zewnętrzną pozorność źródła pragnień.
Dźwięki i tony nie walczyły ze sobą
jak skrajne żywioły
a przestrzeń wypełniała harmonia.
Zysk czy strata – sława czy porażka – dzień czy noc,
co zgubę przyniesie pierwsze?
Kto karmi żądzę jest jak tygrys.
Kto zamknie mu oczy? Kto pogrzebie kości?
Kto stosuje umiar, nie wpadnie w sidła.
Kiedy rozum osiąga jedność z duchem,
przenika dolinę ciała i jezioro wypełnia po brzegi.
Ci co poznali prawdę
są w stanie niezmiennej, nieskończonej równowagi.


Księga 2

Zdawało mi się że słyszę głos z doliny
a to był wiatr, źródło wszystkich dźwięków.
Wiatr dźwięk niesie w przestrzeni .
Kiedy miele zboże, kiedy łamie zboże, gubi tony.
Wiatr zapala i gasi światła.
Wiatr przyniósł mnie do ciebie niby jesienny liść.
Jesteś gwiazdą tego wiatru,
jesteś gwiazdą tego miasta, jesteś gwiazdą jego nocy.

Bar – tu toczy się akcja, jest fantastycznym barem. Bar to żar,
bar to piwo, bar to gorzka trawa, bar to biała gorączka,
taniec, taniec i tania miłość.
W barze spełni się obietnica,
w bladym świetle lamp ogromny spiker rozjedzie cię jak czołg.
Jesteś gwiazdą tego miasta,
widziałem twoje delikatne oczy na okładce playboya,
teraz oświecają mi drogę.
Auto porusza się szeptem,
słyszę bicie twego, jego serca i zamykam oczy.
Widzę, zza zakrętu wyłania się wielka śmieciarka,
odkurza ulice, łapczywie wciąga brudy.

Leciałem,
płynąłem jak we śnie w Przestworzach Wysokich Niebios,
lekki, niematerialny, niczym strumień fotonów
a stwórcze duchy wypełniały Bezkresną Substancję Świata,
Duch Nieskończonego Światła,
Duch Zachodzący w Ciemności,
Duch Zachowania Energii,
Duch Syntezy Zaniku,
duchy ze wzburzonej piany utworzyły,
Wyspę Niebiańskiego Spokoju,
góry i równiny mieszały się wraz z jeziorami
powstały nowe duchy,
Nieustający Duch Flory i Fauny,
i wyłoniłaś się z wanny niby z Mgły Porannej, 
równina zatętniła tańcem i muzyką.
Obudziłem się na granicy krain Izumo  i Hakaki,
na twoim ciepłym brzuchu.
Jesteś gwiazdą tego wiatru.
Jesteś gwiazdą tego miasta.
Jesteś gwiazdą jego nocy.
Po cóż byłbym tu bez ciebie?


Księga 3

Powiększył się cień pomiędzy nimi,
i była w nich noc, była jak igła w gardle.
Porzucili stare miejsca, wiatr rozsiał żądzę.
Przestrzeń zmalała i wyszli nowi nomadowie:
którzy są jak wąż, którzy są jak mysz,
którzy są jak lis, którzy są jak zając,
którzy są jak sowa, którzy są jak gołąb.
kiedy orzeł zatacza koło, milkną wszyscy.
Pieśń niewidzialnym łączy morze z nocą.
Czy umiera legenda?

Którzy modlą się na koncertach Deep Purple są święci.
Którzy śpiewają na koncertach Deep Purple są święci.
Którzy płaczą na koncertach Deep Purple są święci.
Którzy piszą poezję na koncertach Deep Purple są święci.
Którzy rodzą się na koncertach Deep Purple są święci.
Którzy umierają na koncertach Deep Purple są święci.

Są jak opustoszałe ruiny, są jak połamane drzewa,
są jak milczące meczety, są jak ślepi.
Samotni szukali ulicy, szukali domu,
szukali cichego pokoju, szukali gorącego posiłku.
Szukali pomocnika, szukali opiekuna,
szukali przewodnika, szukali proroka.
Którzy znaleźli? Którzy otrzymali?
Kiedy będzie zaciemnienie?
Kiedy będzie rozproszenie?
Kto wówczas otworzy bramę?
Kto szukał miasta, wejdzie do miasta.
Co pożera ciało? Co pożera rozum? Co pożera duszę?
Kto niesie ciemność, ten zgubi spokój.
Kto niesie miecz, tego dosięgnie grom.
Wiatr głuchym niesie wodę,
wiatr ślepym niesie ogień,
wiatr niewiernym niesie pustkę.
Byli pełni nadziei, byli pełni wiary,
byli pełni marzeń,
których porwał Wielki Brat, Wielki Brat.
Przez całą dobę, siedem dni w tygodniu
wszystko widzące oko kamery śledziło,
ich ruchy, ich głos, ich sex appeal,
ich siłę, ich słabość, ich radość, ich łzy.
Kiedy zgasło ostatnie światło,
byli jak rozproszone owce,
byli jak zajeżdżone konie,
byli jak zatopiony statek.
Jestem z tobą Karolino, jestem z tobą Karolu,
jestem z tobą Janino, jestem z tobą Janie.
Jestem z wami, żeby za was myśleć.
Jestem z wami, żeby za was widzieć.
Ja Wielki Brat, jestem
wiatrem waszych żądz,
jestem jego sercem, jestem jego duszą.


Księga 4

Wiatr nie jest jasnym promieniem słońca,
wiatr nie jest koniem wygiętym w galopie,
wiatr sieje nienawiść na ulicy, grzmi na przechodniów.
Wiatr wzmaga ogień w płonącym lesie,
wiatr budzi burzę w górach pragnień.
Był koniec maja. Dym dusił miasto,
zostawiliśmy płasko za widnokręgiem
nagie serce cywilizacji.
Pojechaliśmy na północ.
U wrót morza przywitał nas wiatr.
Spodziewałem się go tu jak zarazy,
uciekliśmy do wioski, do domu arcyksiężnej.
Właśnie siedzieliśmy nad stawem,
kiedy lęgły się dzikie kaczki.
( zabłąkane małe chodziło za nami jak szczeniak )

Kaczęta niesione wiatrem polowały na komary.
W górze sójki i sroki krzyżowały linie lotów.
Pobiegłem po strzelbę. Stojąc nad brzegiem,
na granicy światła, oddałem strzał; i jakby pękła
przestrzeń. Chybiłem. Huk przyniósł ocalenie,
młode odpłynęły za matką niby mała flota.
I wtedy usłyszałem jego głos,
głos miedziany wpadający w studnię:

Kto pozna transcendentalną Jego naturę
ten opuściwszy ciało, nigdy nie rodzi się ponownie,
osiąga wieczną siedzibę, o Arjuno.

I światło zadrgało na brzytwie jego mowy.
Którzy za nim przyszli,
niczym jak kot, niczym jak pies,
to oni rozśpiewali, to oni rozmodlili równinę:

Hare Krsna, Hare Krsna, Hare Krsna,
Hare Hare,
Hare Rama, Hare Rama, Hare Rama,

Hare Hare.

Wysoki, chudy, o herbacianej twarzy Guru rzekł:

Te ptaki na wodzie i w powietrzu mają duszę,
i dzik ma duszę, i koń ma duszę, i jeleń ma duszę.

Ci, którzy z nim przyszli zaintonowali:

Hare Krsna, Hare Rama, Hare Hare.

Ich śpiew nie należy już do nich.
Wiatr niesie dźwięk nisko nad wodą,
wiatr szlifuje kamienie na drodze,
wiatr miesza pojęcia pod pancerzem nocy,
wiatr oddziela ziarna od plew.
Po przebudzeniu światła, pusta przestrzeń.
Czym serca zapełnią?
Kto przyniesie nadzieję?
Co zapali wiarę? Kto ocali wiarę?
Wiatr się zrywa, sztorm wywraca barki na morzu.
Może to odpowiedź, a może pytanie?
Pod dachem nieba wieje odwieczny wiatr.


Księga 5

Wiatr chodzi za mną jak cień.
Wiatr na grzbiecie fali popycha żagle w morze.
Wiatr niesie samoloty ponad chmurami nieba.
Wiatr poprowadził pszczoły nad wrzosowe wioski.
Znowu jestem nad stawem, słucham jak kwilą młode kaczki,
nie myśląc o politykach burzących wodę jak deszcz,
który właśnie pada i przynosi zniszczenie.
Wiatr porusza białą mgłę na omszałych wzgórzach,
wiatr kołysze mnie jak matka do snu i unosi ku bezgranicznej ciszy.
Dalej, dalej, nad wodą babie lato plecie niesymetryczną sieć,
oddech drży w rozłożystej zielonej paproci na skraju doliny.
Tylko miłość się gdzieś zagubiła, albo porwał ją wiatr niby kroplę wody.
Wiatr niczym kapitan statku wskazuje azymut rejsu do miasta.

W śródmieściu kryształowe promienie słońca przenikają okulary.
Nastolatki spacerują po rynku niczym Charyty,
patrząc ukośnie w niebo przez uszkodzone neony.
Małe kolczyki świecą w ich pępkach jak latarnie morskie.
Stara kobieta z upału przysnęła na ławce i gada przez sen,
jakby pociąg przejeżdżał przez tysiąc torów.
Muchy z pracowitością mrówek roznoszą bakterie,
za nimi wypatrują wróble, na wróble zza ławki czai się kot.
W południe mężowie stanu podpisują pokojowe traktaty,
wydają odezwy i deklaracje związane uśmiechami i uściskami dłoni,
uroczyście składają podpisy na papierze, który wszystko przyjmie,
błyskające flesze aparatów niby ostrze klingi ranią oczy,
później na głośnych bankietach wypijają drinki.
W cieniu gabinetów układają nowe plany inwazji, armie budują
balistyczne rakiety, wodują atomowe podwodne okręty.
Wszystko, co tylko możesz zrobić, to tylko czekać, co przyniesie wiatr.

Lecz teraz wiatr przedziera się przez wąwozy języka i przenika mnie,
bada moje słabe strony, pilnuje żeby przestrzeń była otwarta.
Sprawdza wszystkie stopnie, po których tutaj doszedłem:
Różewicz, Frost, Śliwonik, Eliot, Ginsberg, Jakob.
Kiedy wrogowie nadchodzą, wszystko co zachowałeś w pamięci może być ważne.
Wiatr dostrzega każdy zaułek równiny, dotyka każdej skały, każdego kamienia.
A brama jest tylko bramą, przez którą przejdzie jeden, a za nim armie,
to wszystko i nic, choć mogła być jasnym spojrzeniem.
W przestrzeni pozostaje tylko krzyk walącego muru, który unosi wiatr.
Kto dzisiaj uciszy morze? Kto przyniesie pokój?
Jaki wiatr obróci na drugą stronę moją czarną gwiazdę?
Czy za dwadzieścia lat znowu wzejdzie słońce?
Czy ujrzę jak zachodzi za górami?
Im dłużej patrzę, tym widzę mniej, jakby źródło światła słabło.
To nieskończone potęgowanie nocy.

Nad domem Ziemi łagodnym ruchem wschodzi słońce,
wykuwa w horyzoncie nowe pokolenia,
które wiatr poniesie ku srebrnym galaktykom.


Wiersze tygodnia redaguje Stefan Jurkowski
stefan.jurkowski@pisarze.pl

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko