Janusz Termer – Prozy historyczne Ryszarda Kurylczyka

0
275
Janusz Termer

    Jak wiadomo literatura o tematyce historycznej pełniła w Polsce zawsze rolę dość szczególną. Zastępowała częstokroć, ze względów cenzuralnych, tak w XIX jak i w XX w., literaturę stricte współczesną, bo wielu pisarzy (jak niegdyś Józef Ignacy Kraszewski czy Bolesław Prus, Henryk Sienkiewicz i potem wielu, wielu innych posługiwało się kostiumem historycznym, niejako z konieczności, miast  mówienia wprost o aktualiach teraźniejszości.  Ale słyszy się obecnie i mówi też często, że – niezależnie od tego – pisarz odwołujący się do czasów i realiów nawet odległej przeszłości zawsze ma na myśli także i swoją teraźniejszość. Nota bene, wielki to paradoks, że gdy teraz nie ma u nas jawnych ograniczeń cenzuralnych, gdy nie ma w zasadzie żadnych spraw czy tematów tabu, to nie ma też i nazbyt wielu wybitnych dzieł literackich – nie tylko zresztą z domeny prozy historycznej!

    Ambitna proza, w tym również, a może nawet przede wszystkim proza historyczna, wymagająca poza wszystkim innym wielkiego nakładu pracy studyjnej, nie łatwo znajduje dziś możnych sponsorów i wydawców oraz czytelników. A jeśli nawet, to trafia niemal wyłącznie do dość wąskiego grona zainteresowanych „specjalistów od literatury”. To nie jest dla pisarzy zachęta, raczej sygnał do odwrotu. A mało kto zdobędzie się dziś na to, by pisać do szuflady…  A może to sama proza historyczna wyczerpała już – najzwyczajniej w świecie i po porostu – swoje gatunkowe możliwości? A może to Teodor Parnicki swoimi powieściami, wykraczającymi tak daleko poza wszelkie dotychczasowe normy i narracyjne ramy powieściowo historycznego pisarstwa, podniósł u nas tak wysoko porzeczkę wymagań wobec tego gatunku, że mało który z pisarzy ma ochotę stawać z nim w szranki?

    Oto na kurczącym się obecnie terytorium polskiej prozy historycznej uchowali się tylko nieliczni następcy, tak popularnych do niedawna jeszcze twórców prozy o realiach zdarzeń i wątkach czerpanych z przeszłości, z dziejów narodowych i powszechnych. Należy do nich jeden z ostatnich u nas Mohikanów tego pisarskiego gatunku – Ryszard Kurylczyk, nawiasem mówiąc inżynier z zawodu i były polityk, dla którego literatura nie była i nie jest źródłem utrzymania, autor kilku znakomitych utworów o tematyce historycznej, odwołujących się do realiów odległych i różnych epok.

    W pierwszych utworach Ryszarda Kurylczyka – począwszy od Jeruzalem, Jeruzalem (1984) – mamy do czynienia z wydarzeniami i postaciami z przełomu V i VI w. p. n. e. (czasu wielkich twórców myśli filozoficznej i religijnej – Zoroaster, Budda, Konfucjusz czy Perykles). Pisarz skupiał uwagę na pokazywaniu nieuchronności konfliktów wynikających z idei i działań państw wchodzących w drogę zamysłom potężnych perskich władców, Cyryusa i Kambezisa. Między innymi z dążeniami Żydów do odbudowy świątyni w Jerozolimie. Mniejszy i słabszy kraj – skąd my to znamy? – szuka sposobu obrony przed silniejszym, światowym mocarstwem… Podobnie w utworze Od Maratonu do Arderiki (1986), gdzie zagrożenie narodu małego i na dodatek wewnętrznie skłóconego przeniesione zostaje na dramatyczny konflikt grecko-perski z czasów zwycięskiej na koniec dla Greków konfrontacji zbrojnej. Bitwy pod Maratonem mianowicie, wygranej, dzięki “wallenrodycznej” postawie, czyli wielkiej “zdradzie”, dokonanej w imię patriotyzmu przez będącego na służbie perskiej słynnego wodza greckiego Hippiasza.

   W innej powieści Ryszarda Kurylczyka Niezłomny z Nazaretu (1988), oryginalnym literacko spojrzeniu na epokę i życie Chrystusa, choć on sam jest tu “wielkim nieobecnym” jako powieściowa postać, a jawi się tylko poprzez rozmowy innych postaci utworu czy poprzez pastiszowe dokumenty “z epoki”, mówi o sile, wpływie na rząd dusz, czyli rodzącej się duchowej “władzy” nad wieloma ludźmi tamtej epoki, wielkiej – niedocenianej wówczas przez współczesnych – dopiero co przecież kiełkującej idei: rewolucyjnych społecznie podstaw religii chrześcijańskiej. 

    Pytanie o naturę władzy świeckiej stawia natomiast Kurylczyk w powieści Ostatni apostoł (1995). Zadaje je sam cesarz rzymski Dioklecjan, który doszedł do przekonania, że władza to strach przed jej utratą, toteż by dręczący go lęk zmniejszyć choćby o połowę, postanowił podzielić się władzą dzieląc Imperium Romanum na dwie części, a potem nawet i cztery… Znalazł się jednak mocny człowiek, który  zaprowadził “porządek” w państwie, czyli wziął wszystko i wszystkich w garść! Tak dokonało się sławetne w historii rzymskiej przejście od pryncypatu do dominatu, czyli od monarchii kontrolowanej do monarchii absolutnej. Tym, co nie uląkł się władzy, ani związanych z nią dylematów, był Konstantyn, zwany potem (sam to wymyślił) Wielkim (306-337), znany jako ten, który uczynił chrześcijaństwo religią państwową (na swoich warunkach, naturalnie, co do dzisiaj Kościół mu pamięta), bo sam przyjął chrzest dopiero w ostatnich chwilach swego życia, a i to wyłącznie ze względów polityczno-dynastycznych.

      Podobnie intrygującą „zabawę” historyczno-intelektualną proponuje Ryszard Kurylczyk swym czytelnikom w powieści – Słowiański przedświt, w której prowadzi czytelnika przez – z różnych punktów widzenia pokazywane i wybrane, oczywiście nieprzypadkowo – wydarzenia dziejowe od czasu powstania idei budowy słynnego wielkiego chińskiego muru. Późniejsze „wędrówki ludów” i najazdy barbarzyńskich koczowników stepowych (Hunów, Celtów, Germanów, Sarmatów czy Słowian) na Europę, aż do czasów „słowiańskiego przedświtu”, czyli do panowania pierwszych Piastów oraz Mieszka I przyjmującego chrzest z rąk czeskich biskupów, aby jak wiadomo wytrącić Germanom pretekst do podboju sąsiedniej „pogańskiej” Słowiańszczyzny.

    Stawia tu Ryszard Kurylczyk mianowicie wielce ciekawą tezę, iż owe wędrówki ludów z syberyjskich stepów na Zachód, a nie na bogate i ludne Chiny, to efekt wzniesienia przez mądrych i zapobiegliwych Chińczyków owego potężnego Chińskiego Muru, który skierował odbijających się od tej trudnej do sforsowania przeszkody owych stepowych koczowników mongolskich w stronę Europy, bo gdy co ok. 650 lat przychodziły ogromne susze w stepie, musieli oni szukać sposobu przetrwania gdzieś daleko od rodzimych siedzib. Gdy nie mogli przedrzeć się przez potężne chińskie umocnienia, to łatwiejszy okazywał się kierunek zachodni dla ich ekspansji. Wypierający z kolei z nadwołżańskich stepów zalegające je ludy indoeuropejskie i następnie  kierujący je nad coraz słabsze granice Rzymu i Bizancjum! Słowiański przedświt ukazuje ten długi okres dziejów z punktu widzenia różnych przedstawicieli wschodnich i zachodnich mocarstw (Chińczyków, Rzymian, Bizantyjczyków, poddanych Karola Wielkiego czy cesarza rzymskiego narodu niemieckiego). Wiadomości o świecie stopniowo zdobywanych – z relacji kupców, szpiegów, dyplomatów czy żołnierzy – o tym tajemniczym i groźnym świecie „barbarzyńców”, kolejnych ich fal wyłaniających się, co jakiś czas, jak jakiś wielki żywioł nie do opanowania z azjatyckich stepów. Co światlejsi z przedstawicieli kultury i cywilizacji Zachodu dochodzili wręcz do wniosku, że „wszyscy jesteśmy barbarzyńcami”, potomkami barbarzyńców… Pisarz jakby odsyłał tutaj czytelnika do słynnego wiersza Konstandinosa Kavafisa Czekając na barbarzyńców...

     Jedną z silnych i wybitnych osobowości średniowiecznej Europy był niewątpliwie bohater innej powieści Ryszarda Kurylczyka – papież Innocenty III z przełomu XII i XIII w. (pontyfikat od 1198 do 1216), następca Grzegorza VII, przywódca i reformator religijny (IV Sobór Laterański) oraz wybitny mąż stanu i władca silnego Państwa Kościelnego, który nie posiadał zbyt wiele wojska i “armat” („ile ten wasz papież ma dywizji” – pytał ponoć pewien późniejszy XX-wieczny dyktator i wielki językoznawca). Innocenty III był prawdziwym, choć niekoronowanym władcą ówczesnego “cywilizowanego” świata. Prowadził walkę z Cesarzem Rzymskim Narodu Niemieckiego Ottonem IV (którego sam najpierw “wymyślił” i początkowo popierał) o dominację w Italii i w Europie; dążył do zjednoczenia katolicyzmu rzymskiego z kościołem „greckim”; popierał utworzenie tzw. cesarstwa łacińskiego na gruzach Bizancjum; zwalczał oraz „ogniem i mieczem” niszczył dysydentów (albigensów we Francji czy bogomolców w Bułgarii). Wspierał procesy nawracania na chrześcijaństwo na rozległych terytoriach – pogańskich Maurów na półwyspie Iberyjskim oraz niesłowiańskich ludów nad Bałtykiem (nie tylko przy pomocy Zakonu Kawalerów Mieczowych, ale i biskupów oraz książąt polskich – Leszka Białego i Władysława Odonica); prowadził liczne i skuteczne na ogół starania o kolejne krucjaty do Ziemi Świętej…

     I ta powieść Ryszarda Kurylczyka, ma typową dla tego pisarza paradokumentalną formę, luźną i pozornie kapryśną strukturę afabularnej opowieści o ludziach oraz faktach, wyłaniających się w tym utworze spod owych beznamiętnych i oschłych, by tak rzec, „kancelaryjnym” stylem prowadzonych tutaj zapisków i rozmów Innocentego III z licznym gronem najbliższych współpracowników (wysokich urzędników watykańskiej kurii, papieskich legatów w całej Europie, kardynałów i biskupów czy pretendentów do królewskich tronów). Wyłania się stąd też obraz ówczesnej Europy (łącznie z sytuacją rozbitej i skłóconej dzielnicowo Polski), nie tylko bardziej „mięsisty” od zwyczajnego ujęcia podręcznikowego czy encyklopedycznego, co i o całe niebo bardziej interesujący w znaczących szczegółach prezentacji ogólniejszej natury problemów politycznych i religijnych nękających średniowieczną Europę z okresu jej „jesieni” (by posłużyć się znanym terminem z książki Johana Huizingi), ukazywanych nie tylko z perspektywy owego centrum, jaki stanowił wówczas papieski Rzym.

     Na powieść Ryszarda Kurylczyka można patrzeć jak na średniowieczny fresk pełen znaków i symboli.  Pomagają one odkryć można świat inny niż sam znak: barwniejszy i ciekawszy w oświetlaniu historycznych procesów. Jako obrazy działalności (o nieprzewidywalnych najczęściej do końca skutkach), wielkich wysiłków wybitnych jednostek. Ich wyłaniające się stąd niejako „mimochodem” portrety wewnętrzne, niespodziewanie zwyczajne „prywatne” pragnienia i nadzieje  -„arcyludzkie”, ponadczasowe. Autor ten daleki jest od stosowania tradycyjnych form powieściowego wyrazu i unika jak ognia bezpośredniej prezentacji problematyki obyczajowej czy psychologicznej, konsekwentnie natomiast stosuje technikę tzw. „punktu widzenia” (odszedł od niej tutaj tylko raz, niezbyt chyba potrzebnie, jak mi się zdaje, w samym zakończeniu utworu – w opisie fantasmagoryjnej rozmowy Innocentego III z Bogiem w chwili swej przedwczesnej śmierci). Papież to utwór o człowieku pragnącym doprowadzić do zjednoczenia podzielonej, rozbitej i rozsadzanej rozmaitymi konfliktami feudalnej Europy, na dodatek zagrożonej z południowo-wschodniej flanki przez świat muzułmański. Powieść ta istotnie może mieć, jak bywało to we wcześniejszej prozie Kurylczyka, także swój interpretacyjny kontekst całkiem dla czytelnika współczesny, bardzo przy tym czytelny. Ale zarazem powieść ta, jak i inne dotychczasowe jego utwory historyczne, chociaż sam autor daleki jest moim zdaniem od postawy naiwnego prezentysty, daje się z pewnością odczytywać również i nieco szerzej; jako ciągle aktualna przypowieść o tym, że nauki z tego, czego już kiedyś jako ludzie zanurzeni w czasie minionym doświadczyliśmy, nie płyną jednak do potomnych wprost i nie wszędzie, i zawsze są rozumiane. Historia wcale nie jest dzisiaj “nauczycielką życia”.

     I można by nawet na marginesie powieści Ryszarda Kurylczyka – parafrazując znane powiedzenie, że „wszystkie drogi prowadzą do Rzymu” – zaryzykować twierdzenie, że i w literaturze najważniejsza jest nie sama forma (często tak fetyszyzowana niegdyś przez niektórych krytyków, zwłaszcza  spod znaku strukturalizmu), bo każda forma (droga) jest dobra, jeśli prowadzi do celu głównego (Rzymu) wszelkiego ambitnego pisarstwa, czyli w stronę poszerzenia wiedzy i wyrażania różnych sfer ludzkiego reagowania na świat, jego poznawania, rozumienia i odczuwania. Z prozy tego autora niedwuznacznie wynika, że możliwe to jest do osiągnięcia dzisiaj na bardzo rozmaite i skrajnie odmienne od utartych sposoby…

    Te krótkie i treściwe utwory Ryszarda Kurylczyka, intrygujące i zarazem nowatorskie z czysto literackiego punktu widzenia, są kompletnie pozbawione atrybutów tradycyjnej XIX-wiecznej jeszcze proweniencji prozatorskiej, Walter Scottowskiej tradycji: owej powielanej przez całe XIX stulecie literackiej „sztukaterii” narracyjnej. Miksu wątków romansowych, przygodowej akcji, opisów wyglądów zewnętrznych postaci, czysto psychologicznych rozterek i dylematów bohaterów czy też opisów geograficznych osobliwości (nie mówiąc już o opisach przyrody). Pisarz ten tworzy oryginalne i pobudzające myślowo utwory nie o samych przypadkach losu jednostek, ile – na starannie wybranych przykładach – wynikającym z ich losów i działań odwiecznym kołowrocie dziejów; o powstawaniu i nieuchronnej śmierci kolejnych cywilizacji i kultur, o narodzinach i klęskach nowych imperiów i państw, o wyłanianiu się z historycznego niebytu nowych ludów i o upadku społeczeństw starych. A nadzieje, złudzenia i upadek wielkich postaci przywódców, ideologów, wodzów, realia wydarzeń, do których się odwołuje, stają się najczęściej jedynie pretekstem do poszukiwań ogólnej natury motywów ludzkich działań: od czasów starożytności po czasy coraz nam bliższe. Historia dla tego pisarza to fakty powstałe w wyniku działania złożonych procesów mających zawsze i wszędzie racjonalnie dające się interpretować tło (co wcale nie oznacza wykluczania roli przypadku czy siły oddziaływania wielkich osobowości w dziejach). A także konkretne podłoże materialne, splecione z efektami dalekosiężnych zamysłów i czynów silnych osobowości, choć skutki ich działań jakże często wymykają się z rąk nawet największego formatu wizjonerów czy „wielkich manipulatorów”…

      I dlatego bardzo cieszy, że po dość długim okresie milczenia odezwał się Ryszard Kurylczyk nowym utworem historycznym, utrzymanym z grubsza biorąc w dawnym „stylu” i duchu wcześniejszej jego prozy. Nosi ona jakby „barokowy”, długi dość tytuł Kronika lat: 1374-1399 podkanclerza koronnego Klemensa z Moskarzewa herbu „Pilawa”* –  precyzyjnie określający ramy czasowe narracji. I tutaj mamy do czynienia wprost z owym „kancelaryjnym” stylem powieściowej narracji. Zgodnym zresztą z owym tytułowym odwołaniem się pisarza do znanych polskich średniowiecznych historycznych kronik – Galla Anonima, Wincentego Kadłubka czy Jana Długosza…  Sam bowiem „chytrze” tworzy postać takiego historycznego narratora-komentatora zdarzeń, owego tytułowego (i tytularnego) „podkanclerzego koronnego Klemensa” z kancelarii koronnej Władysława Jagiełły, któremu król podarował miasto i zamek Dobczyce oraz poruczył mu zadanie opisania i przedstawienia mu „wszystkiego” – jak nieco z chełpliwą dumą nie omieszka powiedzieć na wstępie swej Kroniki – „co w Koronie wiadomym było o wydarzeniach dziejących się u nas i w państwach ościennych – w czas: od narodzin królowej Jadwigi do chwili obecnej… Bez przeszkód mogę sięgać do archiwum kancelarii koronnej, jak i kancelarii  biskupich i książęcych – mając na to specjalny glejt królewski. Mogę również czerpać z tego, co przysyłają oczy i uszy w służbie Korony – umieszczone we dworach i zamkach… Król obiecał też co czas jakiś do Dobczyc przyjeżdżać, lubo mnie do miejsc swego postoju przywołać, aby po części zapoznawać się z tym, cożem przygotował. Zadania te z wdzięcznością przyjąłem…”. 

    Ciekawy to zatem punkt widzenia tak jak owe czasy, tak  ważne dla dalszych dziejów państwa. W tym wielkim iskrzącym styku wielu etnicznych nacji, państewek, księstw, a i licznych wyznań i obrządków religijnych oraz władczych rzutkich jednostek ambitnie dążących do nieustannego poszerzania obszarów swego władztwa… Państwu Jadwigi i Jagiełły, po śmierci Ludwika Węgierskiego zagrażały  jednak ciągle zewnętrznie (przez zakon Krzyżacki chociażby) i przez wewnętrzne siły (resztki tendencji do dzielnicowego rozdrobnienia). Rodzi się też z konieczności silna potrzeba – wielka idea tolerancji rasowej i wyznaniowej, jako siły spajającej wieloimienne narodowo oraz religijnie państwo i jego współtwórców, a osłabiającej tendencje rozkładowe. Nasz podkanclerzy koronny Klemens próbuje się w tym wszystkim odnaleźć jako bystry obserwator rzeczywistości i ludzkich zachowań. Czasami potrafi dość daleko odejść od samych opisów i wydarzeń bieżących, planów i zamysłów królewskich (Jadwigę widzi tu jako pełnoprawną i silną władczynię) czy dyplomatycznych zabiegów. Nawet małych intryg i knowań z otoczenia królewskiej pary. Jak i tych licznych ans personalnych i pretensji terytorialnych tlących się nieustannie pośród najbliższych sąsiadów: Piastowskich książąt ze Śląska, jak i Krzyżaków czy ruskich i litewskich władyków (ciekawie rysuje się tu postać i dramatyczne losy księcia Witolda). Chętnie przy tym czasami wykorzystuje swoją wiedzę próbując odwołać się do szerszej jakiejś refleksji, posłużyć się nawet „złotą” myślą „ponadczasowej” natury. Jak np. w takich niby marginalnych dla jego opowieści zdaniach: „Tak to już od wieków bywa, iż nowi dostawszy władzę, z najbliższymi starają się nią podzielić, aby każdego powinowatego obdzielić miodem z tego ula. Jak zaś są przez bartnika od ula onego odgonieni – inni ku niemu ciągną, zapach miodu czując”. Wywodzi z tego nawet  i taką myśl „historiozoficzną” – przestrogę dla rodaków i potomnych – o potrzebie silnej i stałej władzy, bo „gdy władza nazbyt często z rąk do rąk przechodzi – gospodarstwo rozchwiewa się łacno, a często do jego dochodzi ruinacji”.

     Swoją „kronikarską”  opowieść zawiesza pan podkanclerzy koronny w roku 1399 – dacie wielkiej klęski poniesionej przez Witolda w wojnie z tatarskimi wojskami  zagonami Edygeja nad rzeką Worsklą („teraz przemykał jak ranne zwierzę przez puszcze litewskie”) prącymi dalej na zachód („wszystko było możliwe! Nikt nie wiedział, co tak naprawdę postanowi król Władysław Jagiełło?!”). Była to zarazem data śmierci królowej Jadwigi, czyli w przełomowy moment Jagiełłowego panowania („postanowił opuścić Polskę, gdyż nie chce przebywać w królestwie, w którym zmarła prawowita dziedziczka Korony”. A wróci gdy „usłyszy przysięgę wierności od krakowskiego dworu, kasztelanów, wojewodów i starostów, tak jak od krakowskich i poznańskich rajców…”. Pan Klemens, a wraz z nim my, czytelnicy, możemy odetchnąć z ulgą – ostanie słowa jego kroniki brzmią bowiem prawdziwie „happy’endowym pogłosem”: „Jagiełło wrócił do Nowego Korczyna dzień po świętym Marcinie… KRÓL WRÓCIŁ!”  

    Pobrzmiewa też w tym zapowiedź „dalszego ciągu”  tej ostatniej książki Ryszarda Kurylczyka. Klemens z Moskarzewa nie będzie zatem bezrobotny, wszak przed nim (i przed autorem huk naprawdę wielkiej i ciekawej roboty). Ten nasz kronikarz to w ogóle postać skądinąd bardzo interesująca i charakterystyczna sama dla sobie, jak i dla opisywanej przez niego przełomowej w naszych post-Łokietkowych dziejach epoki polskiej historii rodzącej się właśnie wraz z nim, wcześniej zaś z jego synem Kazimierzem Wielkim, jego wnuczką Jadwigą i owym przybyszem z Litewskich stron… Postać naszego skromnego, choć wykształconego szlachcica, rycerza herbu „Pilawa” (mógłby być praprzodkiem rodu Potockich tegoż herbu), który rośnie w siłę (i dobra materialne) wraz ze wzrostem znaczenia całej tej jego formacji społecznej – w ówcześnie, czyli w końcówce XIV wieku szybko rozwijającej się nie tylko terytorialnie Rzeczpospolitej pod rządami królowej Jadwigi i Władysława Jagiełły. W Królestwie Polskim zaczyna długi i brzemienny w rozmaitej natury skutki na wiele stuleci rozłożony proces rodzenia się tzw. polityki wschodniej na rozległych terytoriach Wielkiego Księstwa Litewskiego, przy jednoczesnych  zaniedbaniach polityki zachodniej. Nadchodzą czasy osłabiania władzy królewskiej (centralnej) kosztem owych kolejnych przywilejów stanowych, wymuszanych przez „szlachecką demokrację” (właśnie niedawno minęło 500 lat od wprowadzenia pańszczyzny!), bo magnateria i szlachta zdobywała coraz większą przewagę nad królem, gdyż  miała „straszaka” w postaci owej „przetargowej” wolnej elekcji, a potem liberum veto…  

    W utworach Ryszarda Kurylczyka, „ostatniego Mohikanina polskiej prozy historycznej”, tkwi też jakaś tam na razie skromna, bo skromna, ale i wyraźna dzięki walorom tego wielce oryginalnego pisarstwa nadzieja na powrót na nasz czytelniczy rynek i rozkwit prozy o tematyce czerpanej „z lat dawnych”, od której po pewnym okresie posuchy, nie całkiem odwrócił się polski czytelnik i polscy autorzy (patrz np. ostatni sukces czytelniczy piastowskiego cyklu Elżbiety Cherezińskiej). Prozy, która w innych krajach świata ma się przecież jeszcze nadal całkiem, całkiem dobrze…

                                                                                                                      J.T.

 *Ryszard Kurylczyk Kronika lat: 1374-1399 podkanclerza koronnego Klemensa z Moskarzewa herbu „Pilawa”, wyd. Marszałek Development  & Press, Toruń2020.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko