Wiersze tygodnia – Elżbieta Cichla-Czarniawska

0
834
Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska


czekając

gwiazdo
planeto
ziemio

tu życie
tam trwanie
tu czas wezbrany
tam wieczne milczenie

pośrodku – ja
ledwo punkt
draśnięty niewidzialną ręką
na malowidle nocy

w przelocie mgławic
czekam
na nienazwane


obliczanie

bezbłędne stąpanie czasu

dokąd zdąża
jakim prawem unieważnia
miłość
pragnienia
gniew
ból

wydaje się że stoi niemy
naprzeciw pędzących w otchłań
ale za tę pomyłkę w obliczeniach
drogo trzeba zapłacić

bo jednak idzie obok nas
pozornie obojętny
przyzywa
unosi

czas nieodwracalny
a może tylko pogłos
naszych przeczuć ciemniejących
jak pożegnalna plamka tchu
w powietrzu


jesienne rozmowy

nawołują
przez jemiołę nieustępliwie zieloną
w gałęziach drzew
przez szrony dymiące jesienią
przez pokruszony srebrny blask
z wnętrza ziemi

nad nimi rozrósł się
zatruty korzeń ciemności

więc przyzywam ich
oddalona
jeszcze obca choć najczulej bliska

przyzywam przez magię jemioły
przez listki szronu
przez tajemnicze świecenie obłoków
przez nagi chłód powietrza

chcę wierzyć w ciał półprzejrzystość
i w przezroczystość istnienia

zasnuci niepamięcią dają znak
że wszyscy powolnym krokiem
idziemy w głąb
i powracamy jak echo
umarłej błyskawicy


pośpiech

dokąd tak śpieszy się
ten świat
dlaczego wali pięściami
w obiecujący ścieg poranków
w ruiny wieczorów

po licho sieje zamęt
lub wiedzie krętym marszem po palecie ziemi
oszalałe mrówki
nieświadome celu
gdy nadmiar wiedzy staje się niewiedzą
dojrzałe słowo zamienia się w popiół
chóry śpiewają głuchym
i tylko w mrokach
ślepi jasno widzą

kto powstanie z klęczek
kiedy ślad naszych kroków
opasze się ościstym łańcuchem złudzenia

kto
mocą czyjej woli
czyim zawołaniem


meta

rozmowna czeluść czaszki
przypada do piachu
w oczodołach zamknięty
piorun przerażenia

nie osądzeni
czują płatki krwi
ulatujące w ciemność
trafiony ptak krzyczy w chaszczach
i strąca cierń bólu
śmierć dymi z wnętrza ziemi
nie ma zapomnienia

sobowtór tamtej chwili
czołga się
i rośnie

gotowy do biegu!

skowycze wiatr w przestrzeni
bezdroża
zgrzyt dziejów

a meta daleko
ciągle niedosiężna


                                                      Pamięci Wuja Władysława
                                                      (Starobielsk –Charków1940)


Beethoven – co w człowieku

drzewa
drzewa i leśne doliny i ren
za nimi kryją się rzeczy trwożne
jak ból serca
jak pożegnanie kogoś kto był obok
a teraz mija śmiertelne przełęcze

dźwięki pogód nieba
milczenie rozpaczy nieuchwytne w słowach
rozedrgany świat

oddalić się od nich w bezpieczne obszary
wypowiedzieć im posłuszeństwo
niech nie trzymają na smyczy

czym ten entuzjastyczny krzyk oswobodzenia
pochyleniem głowy?

do końca nie wiemy

uciekać od niego w samo wnętrze siebie
w potężne c-moll trwania
w muzykę nadziei
przerwać złudy samotność tęsknoty i lęki

drzewa uczą miłości
choć umilkł na zawsze ich kojący szum

więc powrócić do rzeczy imiona im nadać?
czy wciąż bezimienne
jak niewidzialne ptaki cisnąć w przestrzeń
unicestwić materię?

huczy marcowa burza śnieżna
grzmiąca nawałnica
znak uniesionej ręki zaciśniętej w pięść

może to los triumfalnie puka do bram świata
może wschodzi p r a w d a

lecz tego nie wiemy


w porę

może dość nazywania określania
nadawania pokracznych imion
drążenia pustych miejsc

czyżbyś chciał pożądliwym gestem dłoni
myślą nieopanowaną
powołać do istnienia inną Ziemię
choćby tylko we śnie

zapisać siebie w świętych księgach
po raz drugi
dreptać zwodniczą drogą
która zwie się nicość

gąbką słowa nie zmyjesz niewysłowionego
w poprzek stanie ci własny lęk

szybkim krokiem nadejdzie
przypadkowy dzień
może noc przekorna
i doganiaj wiatr w bezwietrznej pogodzie
kiedy już cię nie będzie

dość daremnych poszukiwań
opukiwania zmiennych prawd
próżności luster

kim chcesz być
tkwiąc w nienaprawialnym błędzie

lepiej zamilcz


krótka historia

wiersze jak zapach igliwia w lesie
zmieniał się tylko ich wątek
osnowa była mocna

najpierw brzęczał potok słów
które działały nasennie
wróżąc na przemian:
ciepło-zimno-ciepło

potem przyplątał się
głos rzeczywistości
krzyczał obco butnie
śmiertelnie

nie chciał zniknąć
w mrokach niepamięci

aż zazgrzytało wieloznaczne
zachrypnięte choć – zdawało się –
trwałe

wiersze jak kwitnący wrzos jesienią
gdy zamiera życie
strofy kalekie
osowiałe

nagle cała konstrukcja runęła

w koleinach mózgu
pojawił się niepewny cień
ledwie ślad czegoś

czy to ja?

nauczona doświadczeniem
słucham po nocach jego szeptu
drażniącego
ale wyraźnego:

co dalej?


odejście

już było po wszystkim
liście już krwawiły
lepką posoką

rozdroża wędrowały
raz w lewo
raz w prawo
to znowu donikąd

niepokój mnie przenikał
od stóp aż po włosy

smakowałem gorycz
przymierzałem śmierć

właśnie wtedy na chwilę
pojawił się błysk
nie wiem:
pierzchającego słońca
czy doznania siebie

o samowiedzo dogłębna

dotknął mnie śmiałą ręką
poczułem że żyłem
i teraz mogę odejść
z uśmiechem zwycięstwa


miejsce

zniknęły oczekiwania
nadzieje
widoki
nawet historia zapadnięta w czas
nawet matka
niosąca uśmiech
jak lustrzane światło

wszystko zniknęło
odeszło życie
odeszło zwątpienie

zostało miejsce gdzie w ostatniej chwili
zapalił się twój wzrok płomieniem
niemal dotykalnym

śmierć jest skuteczną wiedzą
także dla wątpiących


Wiersze tygodnia redaguje Stefan Jurkowski
stefan.jurkowski@pisarze.pl

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko