Jerzy Stasiewicz – Jerzy Kozarzewski – poeta skazany dwukrotnie na śmierć

0
177
Jerzy Kozarzewski

Jerzego Kozarzewskiego poznałem późną jesienią 1992r. w bibliotece miejskiej w Nysie, zwanej „Starą wagą”, na jednym z moich pierwszych spotkań grupy RSTK woj. Opolskiego. Było to jeszcze czasach, kiedy stoliki w czytelni na parterze ustawiano w podkowę, a młodzież szkolna wypełniała pomieszczenie po brzegi.

Pojawił się niewysoki, zaawansowany wiekiem, bardzo czerstwy mężczyzna w garniturze o odcieniu zgniłej zieleni, białej jak śnieg  koszuli, pasiastym krawacie. Było w nim coś z przedwojennego dżentelmena, jakich  widuje się na starych filmach. Dla których garnitur był częścią człowieka i współgrał z nim, od mankietów spodni, po poły marynarki. Takich mężczyzn w latach osiemdziesiątych, w okresie przełomu i braku stabilizacji nie było. Przynajmniej ja nie spotkałem. Mierzili mnie urzędnicy, sekretarze partyjnymi, odziani w nowiutkie garnitury kiepskiej jakości, jak w łachmany. A węzeł krawata przypominał supeł sznura wisielca. Przygniatani marynarką jak straszliwym ciężarem, pragnęli się wyzwolić jak pies z łańcucha. A pot nieustannie kapał im z czoła. I nie wiedzieli czym go wytrzeć. Chusteczką czy rękawem? Rękaw zawsze był pod ręką.

 Usiadł przy pani Izie Skałce-Langier, przez którą został przedstawiony nam próbującym coś tam pisać i młodzieży. Wybuchły gromkie brawa.
Kolejno prezentowaliśmy własne teksty, które młodzież również nagradzała rzęsistymi brawami, nie bardzo zastanawiając się nad wartością utworu. Zauważyłem tylko, że wsłuchiwał się w czytany przeze mnie wiersz. Gdy zakończyłem uśmiechnął się przyjaźnie. Z prezentowanego przez Jerzego Kozarzewskiego obszernego tekstu, pamiętam tylko motyw wywózki i wagony. Wagony powtarzające się przy każdej zwrotce jak widmo, powracające w snach. Po przeczytaniu rzekł, że jest to utwór podsumowujący,  bo w jego wieku ma pełne prawo do podsumowań. Na co sala odpowiedziała śmiechem.

Wówczas nie wiedziałem o tym człowieku nic. Ktoś tylko rzekł mi na ucho, że przez miniony system straszliwie był prześladowany.
Następne spotkanie to maj 1994r, „Dni Nysy”. Piękna słoneczna pogoda. Przy stoliku pod parasolem podpisywał swój pierwszy tomik poezji „Ślady z Kamieni”, poświęcony miastu, do którego przybył za ukochaną żoną, skierowaną do Nysy nakazem pracy. Z noty o autorze dowiedziałem się, że pan Jerzy urodził się 21 października 1913 r. w Trawnikach, lubelskie. Prawnuk Ksawerego Norwida (rodzonego brata Cypriana Kamila) i Sobieskich (po kądzieli – babka z Sobieskich). Przed wybuchem wojny kończy wyższe studia. „W 1939r. jako żołnierz dostaje się do sowieckiej niewoli, z której udaje mu się uciec. Wstępuje do Związku Jaszczurczego. Do ostatnich dni powstania przebywa w stolicy. Obóz w Pruszkowie oznacza rozstanie z żoną Magdaleną i dalszą tułaczkę. Potem Oświęcim, Mauthausen. Po oswobodzeniu pobyt w obozie przejściowym w Murnau. A po powrocie do kraju, szczęśliwie odnalezienie rodziny (czerwiec 1945r.). Jeszcze tylko jedna misja na Zachód związana z zadaniem rozpoznania losów żołnierzy polskich i nastrojów ludności w kraju, po czym podjęcie pracy w Ministerstwie Przemysłu. Aresztowanie w tak zwanej „szufladzie”. Śledztwo, kilkudniowy proces pokazowy i najwyższy wyrok – podwójny wyrok śmierci. I tu zaczyna się heroiczny bój żony Magdaleny o uratowanie życia męża”1. Dziesiątki drzwi próśb i rozmów. W tym samym czasie Julian Tuwim – wielki poeta, powraca do kraju z obczyzny. Jest niemalże noszony na rękach. I do niego zachodzi Magdalena Kozarzewska, jak się dowiaduję ze znakomitego monodramu, przygotowanego na pośmiertną promocję „Późnego żniwa” przez Martę Klubowicz, aktorkę z Nysy. Ale Tuwim to człowiek bojaźliwy, zapatrzony jedynie w siebie. On Żyd miałby ratować kogoś z Narodowych Sił Zbrojnych? Gdy wynika z rozmowy, że pan Jerzy jest także poetą i potomkiem Norwidów, prosi o kilka utworów. Mijają dni długie jak lata. Książe poetów zabiega o audiencję u prezydenta Bolesława Bieruta. Gdy się ona odwleka, pisze list do głowy państwa, zaopatrując go w wiersz skazanego niemalże proroczy.


Egzekucja

Tyżeś to wybrał drogę, która mnie przywiodła
pod bezimienną ścianę, skąd mnie śmieciem zbiorą.
Tyżeś to wybrał chwilę, bym nie widząc godła
umiał krzyż Twój powtórzyć bez cienia oporu.
Tyżeś to wybrał ciszę – tę przed salwą ciszę –
bym mógł, jeśli bym zechciał, wielki głos Twój usłyszeć.

I oto stoję Pani z człowieczą niezgodą
dla Twojego wyboru mojej boskiej drogi.
I nie umiem w Twej woli znaleźć się swobodą
tak, by mnie bez przymusu, lotne, niosły nogi.
I zwieszam się z nadzieją w próżni pocieszenia,
że przejdą po mnie lepsze, zdrowsze pokolenia.

Broń chrzęści za plecami. Czyż aż tego trzeba,
żeby spojrzeć prawdziwie w głąb Twojego nieba…

O daj mi Panie siłę w tej ostatniej chwili
bym umiał Ci zawierzyć, że mym wypełnieniem
wszyscyśmy się do Ciebie o krok przybliżyli
i nie odchodząc z ziemi opuścili ziemię.
I odpłać mi pewnością wielkość zawierzenia,
a pytające słowa – czystością milczenia.
I dozwól, bym krwią obmył ciemną buntu plamę

Amen.2

Co było dokładnie dalej, wie może kilka osób. Dzięki interwencji Skamandryty u Bolesława Bieruta, śmierć zostaje zamieniona na 10 lat więzienia. Mokotów, Rawicz, Wronki.

Pracując w papierni udaje się zdobyć arkusz papieru, na którym pan Jerzy zapisuje maczkiem skrupulatnie przechowywane w pamięci utwory. Widziałem ten arkusz zapisany do granic możliwości. Świadectwo poetyckie, dla którego nie są przeszkodą rygory więzienie – karcer. Promując w 2002r. swój debiutancki tom: „Zapach mojej ziemi”, przesłałem książkę i zaproszenie pani Magdalenie do Michałowic – mieszkała wtedy już u córki. Słabe zdrowie nie pozwoliło na przyjazd do ukochanego miasta, ale odpowiedziała obszernym listem i podarowała ksero więziennego arkusza poezji męża.

Po 10 latach straszliwych doświadczeń więziennych (1 listopad 1955r.) Jerzy Kozarzewski przyjeżdża do Nysy. I tu w „Śląskim Rzymie” spędzi resztę jakże pracowitego życia. Działa w PKPS,  jest inicjatorem powstania Szkoły Muzycznej.

Nyska Grupa Literacka miała kiedyś wieczór poetycki w kawiarence Stowarzyszenia Elektryków Polskich, opodal Fontanny Trytona przy kościele Piotra i Pawła. Po prezentacji naszych tekstów doszło do luźnej dyskusji. I wtedy temat przerzucił się na pana Jerzego, który już od dwóch lat nie żył. I ci panowie, którzy przepracowali dziesiątki lat w „Zakładzie elektrycznym” w jednym pokoju, biurko przy biurku z autorem: „Daru codzienności”, nie widzieli, że pan Jerzy pisze. Jakież było ich zdziwienie, kiedy książka (1992) ujrzała światło dzienne.
– Jaki był w pracy? – zapytałem.
– Skryty. Bardzo skryty. Sumiennie wykonywał obowiązki. Ślęczał nad papierami. Nie udzielał się towarzysko. Tak jakby w ogóle go nie było.
– Przypuszczam, że w naszym środowisku czuł się źle. Nie odpowiadała mu ta praca. Ale energetyk go przyjął. Pracował jak należy. Żyć musiał, miał dzieci.
– A jak traktowali go kolejny sekretarze partyjni?
– Bardzo dobrze. To byli przeważnie porządni ludzie. – Z akcentem rzekł starszy siwy pan.
Zamilkłem. Poczułem, że pytanie trafiło na nieodpowiedni grunt.
– Kozarzewski działał w Związku Jaszczurowym. Oni chcieli przywrócić stary  ustrój. Panom oddać majątki i władzę. – Dodał starszy siwy pan z akcentem.
 
Nie wiem czy Jerzy Kozarzewski opublikował jakiś utwór przed 1989 r. Wiem natomiast, że był laureatem pierwszej nagrody w 1960 r. na konkursie opolskiej wiosny i takiż tytuł nosi zwycięski utwór: „Opolska wiosna”.

Dziś kiedy wspominam cudowną promocję „Późnego żniwa” w auli Muzeum Nyskiego, staje mi przed oczami człowiek ze zdjęcia, młody, lekko uśmiechnięty. Mimo, że wybucha wojna, jasno patrzy w przyszłość. Chętny ludziom do pomocy. Taki pozostał do końca życia. Ale ludzie, którzy go otaczali, byli rożni. Opowiadała mi pewna  starsza pani, mieszkająca w latach siedemdziesiątych w willi sąsiadującej z domem państwa Kozarzewskich. Pewnej nocy synek owej pani zaczyna się dusić. Biegnie zrozpaczona do pani Magdaleny. Ta w koszuli nocnej przybiega natychmiast. Dziecko czym prędzej musi znaleźć się w szpitalu. Pan Jerzy w piżamie i kapciach błyskawicznie odpala „Syrenkę”, zawożąc małżonkę z chłopcem na kolanach wprost na blok operacyjny. To błyskawiczne bezinteresowne poświęcenie uratowało dziecku życie. Dzisiaj chłopiec ma 31 lat i własne dzieci. Zaprosiłem ową panią na promocję. Obiecała, że przyjdzie. Nie przyszła. Należę do ludzi dosadnych, więc zapytałem, co było powodem. Odpowiedziała, że włosy po umyciu nie prezentowały się odpowiednio. Poinformowałem, że w czytelni miejskiej można zakupić tomik w cenie 25 zł. Przypuszczam, że książki nie kupiła. I nasunął mi się wniosek, jakże krótka jest wdzięczność ludzka.

Bywałem na promocjach książek wielokrotnie, ale takie tłumy widziałem tylko raz – na promocji „Późnego żniwa”. A monogram w wykonaniu Marty Klubowicz pojawiał mi się przed oczami przez wiele lat. Poeta, męczennik – a przez dziesiątki lat szary obywatel miasteczka nad Nysą. Jeden z wielu, zagoniony do tłumu ”fali” socjalistycznego państwa.

A jaka była poezja Jerzego Kozarzewskiego? Michał Głowiński w posłowiu „Poeta na poboczu” pisze: „Poeta, urodzony w roku 1913, miał wszelkie szanse by tak jak jego znakomici rówieśnicy – np. Cz. Miłosz czy Z. Bieńkowski – debiutować jeszcze w okresie międzywojennym. Tak się jednak nie stało. Może dlatego, że autor ten wymagał – by tak powiedzieć – dłuższego rozbiegu, może z jakiś innych względów. Trudno to po dziesięcioleciach ustalić. W każdym razie debiutował w wieku sędziwym. (…) Utrwalał w wierszach swoją biografię, towarzyszyły mu one w różnych życiowych sytuacjach, ogarniały tak dzień powszedni w Nysie, jak często retrospektywnie – to, co było doświadczeniem więzienia człowieka prześladowanego. (…) Obce mu były wszelkie pokusy awangardowości, wszelkie powaby nowatorstwa jako ideały. (…) Bliska zaś poetyka szeroko rozumianego Skamandra. (…) W przypadku omawianej tu twórczości, związki ze Skamandrem ujawniały się w wyborze tematyki, a więc umieszczeniu poezji blisko codzienności, w upodobaniu do klasycznych form wiersza. (…) Kiedy poeta znajduje się w kręgu wpływów Skamandra, na mocy samego tego faktu toczy dialog z tradycją. Odwołania do niej są ważnym składnikiem tej poezji. Znaleźć w niej można odniesienia do Kochanowskiego, jednakże sprawą najważniejszą są związki z polskim romantyzmem. Wyrażają się one w obrazowaniu, w koncepcji liryki osobistej, a także – w przejmowaniu pewnych charakterystycznych dla romantyzmu poetyckich ujęć. (…) Poezja Jerzego Kozarzewskiego dzieli się – ujmując rzecz najogólniej – na trzy rozległe działy. Najpierw wymienimy lirykę w najściślejszym tego słowa znaczeniu -intymną, osobistą, prywatną. Wchodzą w jej obrąb erotyki, ale też liryka życia rodzinnego. Dział drugi, utwory mówiące o historycznych doświadczeniach poety, który za swoją działalność zapłacił straszną cenę. Poezja o cierpieniach zaznawanych w obozie koncentracyjnym i w więzieniu nie jest zresztą liryką cierpiętniczą, zagłębiającą się w zaznane nieszczęścia, bóle i upokorzenia. Postawa taka jest poecie zdecydowanie obca. O tym wszystkim pisze właśnie jako o przebytym doświadczeniu, rzeczowo i po męsku. Dział trzeci utwory opisowe, przedstawiające miasto.” Na końcu posłowia Michał Głowiński mówi: „Poezja współczesna jest jednak tworem wielogłosowym – i głos Jerzego Kozarzewskiego ma dane, by być w tej polifonii słyszalnym.”3
Dziś, gdy od śmierci pana Jerzego minęło prawie sześć lat, myślę że rozpoznałbym go w tłumie. A przecież spotkaliśmy się tylko trzy razy. W tłumie szaraków rozpoznaje się człowieka, który w sobie ma COŚ. I to właśnie COŚ miał pan Jerzy Kozarzewski. Zapomniałem tylko jego głosu. Głosu, który wydawał mi się twardy jak żelazo. Ale głos człowieka przez lata się zmienia. Ja poznałem człowieka, który miał  prawie osiemdziesiąt lat. I jak mówił, miał prawo do podsumowań minionego życia. Głos człowieka torturowanego jest inny. I chciałbym nigdy takiego głosu nie słyszeć. Nie zrywać się ze snu wołany przez katowanych i głodnych. A jaki sen mają kaci?

Idę czasem na łukowatą uliczkę Żwirki-Wigury pod dom ze stromym dachem. I wypatruję na balkonie znajomej sylwetki. W oknach są zaciągnięte zasłony. Szyby pokrył kurz. Dzieci panią Magdalenę zabrały pod Warszawę. Dokładnie do Michałowic, jak pisałem wcześniej. Mieszkanie stoi puste. A mnie przypomina się fragment utworu:

Tak stałam się z wygnańcem. A ten kraj zwątpienia
dał mi obywatelstwo z paszportem milczenia.

Więc milczę, słowa łykam –

 
1 Ślady z kamieni, nota o autorach str. 59-60
Późne żniwo Egzekucja str. 47
tamże Poeta na poboczu, str. 100-101
 
                                                                           17 – 23 marzec 2002 r.
 
 Jerzy Stasiewicz
 
 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko