Wiersze Gdańskiego Klubu Poetów

0
414
Ryszard Tomczyk

MAŁGORZATA WĄTOR

Łódź moja

Łódź moja we wdzydzkie wody
Prędzej będzie szła,
Z masztami pomalowanymi w barwy
Mojego plemienia.
Przyleciały wiatrem od wzgórza
Rowokołu, nad Gardna fale.

Łódź moja będzie miała szkielety
Ludzi mi podobnych, których kości
Myślami powiły się
Jak Ewa z Adama żebra.

Łódź moja, to księżyc z żarówką,
Co mi wyszły naprzeciw
W modlitwach powtarzanych szeptem.
Wdarły się we mnie jak wody Słupi
Przez pale w Bałtyku odmęty.

Łódź moja, to kępa trzcin
Wyrastająca ponad powierzchnię wody.
Odbijam się w tafli jeziora.  A jakby w studni ciemnej,
Co mnie przez lata topielcem straszyła
Na ewangelickim cmentarzu w Słonowicach.


Winda o nazwie Solaris

Wchodzę.
Wciskam guzik z napisem minus jeden.
Wychodzę z windy.
Idę w kierunku czerwonego Solarisa,
Muszę uważać, tu na chodniku złamałam kość.

Na pokładzie autobusu, jesień zasmarkała
twarze.
Łzy dryfują po skórzanych siedzeniach.
Codziennie kręcą tutaj ten sam film.
A ja codziennie nabijam wyświetlenia.
Subskrybuję.

Przepuszczam przez usta słowa, jak
Pierwsi Piastowie z końcówkami ą i ę.
Do mikrofonu, telefonu komórkowego
Je wypowiadam.

Wychodzę.
Naciskam guzik- drugie piętro.
W tym momencie, winda rozsuwa drzwi.
Alarmuje dzwoneczkiem powiadomienie.


Flora moja

Cierpię katusze,
Są jak tory kolejowe.
Słyszę jęki zrywanych tapet.
Płacz sąsiadów.
Widzę rozpacz natury, z której
zrywa się skórę fundamentów.
Połączyliśmy się
Z drzewem Klukowa i Firogi.
Czuję ból łąki i widzę rany sitowia
I ludzi którzy łamią swoje kości,
Żeby zrosły się od nowa.
Blask w oku kata lśni do dziś.
Założył on togę ze sznurem z bursztynu.
Syzyfowy dramat wystukują nieopodal szyny.
Alfabetem Braille’a odstukują
Hasło, że nadzieja w nas nie zginęła.
Oprawca pochował żywcem poczucie bezpieczeństwa.
Dobrze, że zdążyliśmy odprawić mu
Pustą nocą w formie fotografii.
Jadąc w te strony, oczy mam pełne łez.

Dziadku, szkoda że już nie żyjesz.

IRENA KACZMARCZYK

(wiersze z tomu: „intymnie”, 2019)


* * *

lubię gdy Twoje słowa
jak biedronki wędrują po
niebieskich żyłkach
moich dłoni

gdy zatrzymują się
w zagięciu łokcia

płoną moje ramiączka


Lubię Kraków

Lubię z Tobą zapalać latarnie
Kiedy Kraków gołębie usypia
Zmierzch ma zapach zielonej herbaty
Gdy mnie szeptem jesiennym dotykasz

Kanonicza ponętnie się wije
Wawel oczy z zachwytu przymruża
Twoje ramię całuje się z moim
Gdy jesiennie się do mnie przytulasz

Gwiazdy jadą dorożką do Rynku
Skry się sypią spod kopyt nocy
Przytuleni jak księżyc do nieba
Zaglądamy latarniom w oczy

Lubię Kraków ze skrzypcami na ramieniu
Szalik Plant otula miasto
Dorożkarz w nutach hejnału
Gubi stukot czasu

Lubię z Tobą zapalać latarnie
Kiedy Kraków gołębie usypia
Zmierzch ma zapach zielonej herbaty
Gdy mnie szeptem jesiennym dotykasz


Zbliżenia

ich ręce podczas dnia
dotykają tych samych przedmiotów
zbierają ciepło z trzonka noża
pieszczą to samo mydło
zakręcają kurki z wodą
świecą i gaszą światło

nocą jak ręczniki po kąpieli

osobno schną

MAREK KASPERSKI

Most

tym mostem nie dojdziesz do mnie
nie ta rzeka nie ten brzeg
ale spróbuj iść dalej
warto pomału przed siebie
może spotkamy się w świecie
bez mostów rzek i brzegów
na pewno jest takie miejsce
pełne czułości oraz zrozumienia
gdzie możemy być razem
ty na chwilę ja na wieczność


Dusze okaleczone

dusze okaleczone nie patrzą do góry
liczą kamienie wyboistej drogi
pamiętają cudze upadki
swoich nie zauważają jakby nie było

dusze okaleczone nie opatrują ran
chodzą z ropiejącymi przez lata
posypując je nienawiścią
kąpiąc sie w morzu pychy

są niewidome głuche i nieme
żyją w kokonie własnego wyboru
nie dając sobie szansy na lepsze
nie wierzą w nic i z niczym zostają


“Then people forget you”

kiedy ludzie cię zapominają
na pewno są to bliscy
obcy długo pamiętają
rozmowy gesty spojrzenia
pamiętają flauszowy kapelusz
najdrobniejsze szczegóły
nawet mało istotne detale
często obcy stają się bliżsi
bardziej niż ci z krwi i z kości
nigdy się tego nie dowiesz
dopóki nie zapomną o tobie

PIOTR MOSOŃ

Mayday mayday

wrócił chłód. jak zakazana mantra, której nie wolno zlekceważyć.
ma być dobrze, a jest najgorzej i ciągle nie pomagają ciepłości,
które chyłkiem gromadziliśmy jak indianie swój słynny chrust

przed szczególnie mroźną zimą. kiedy jęczę: alarm! mayday!
pull up! że nie czuję tego i tamtego. och dear – bagatelizujesz,
o niedomkniętych prognozach. wysyłasz bezpieczne aluzje.

to tylko gorzka mgła – mówisz – a nie żadna z depresji. to tylko
przerębel, a nie dziura w lodzie. podobno będzie dobrze, jeśli
tylko przestanę łaknąć. jeśli tylko nie wrócę stamtąd, dokąd
wysyłasz mnie w niespełnionej fantazji, o tym co już niemożliwe.


szesnasta siedem do Tarnowskich Gór

wciąż tylko jakieś Kartuzy, Tarnobrzegi, opóżnione Włoszczowe.
w najgorszym razie zmiana siódmego toru na drugi. żaden spiker
nie zapowie ci że odjeżdżam. czy to ważne, na którym peronie

niezdarnie pocałujesz powietrze? jeszcze przed chwilą ci istniałam.
ale załóżmy, że nikt nie chce mnie z ciebie wyrywać. jestem już
głębiej niż te pełne kuszących nóg, dłoni, piersi, oczu, otwartych ust

i wszelkiego grzechu bylejakiego. oto są moje ognie – włosospady
wzdłuż jedynej blizny, jaką chcesz rozpoznać na mojej skórze.
ale załóżmy, że wziąłbyś mnie tu i teraz. potem zapewne wziąłbyś

każdą inną. zerwij strup. teraz albo tu. przed wyjściem z domu
są dwa stopnie. cement który pyli, kruszy się i koroduje. zimna
użyteczna metafora. ile razy nasze niedogrzane ciała wędrowały

w obie strony, po to by wzbudzać wewnętrzną temperaturę grubo
powyżej wspólnego siedemdziesiąt trzy i dwie? ile razy traciliśmy
cokolwiek, by zyskiwać cokolwiek innego? jak ten ktoś, kto nagle

traci z oczu Włoszczowę, Tarnobrzeg i ciebie
na całkiem już obcym peronie.


początek świata

w końcu jesteśmy bliżej niż dalej. świtu zapowiadać nie trzeba.
on błyśnie nieśmiało zanim się zadomowi na dobre. zadnieje;

oświeci kąty; rozpuści zajączki z krzywizn światła; ułoży powidoki
w jakimś uległym ciągu. my uwierzymy, że najgorsze minęło. przecież

co mogłoby nam grozić, tu w samym centrum rozbudzonego życia,
gdzie wszystko kipi, by się dzielić niespodziewanym początkiem świata?

złe zakończenia już zapomnieliśmy. łatwo nie było, ale trzeba dać
odpocząć lustrom, nałożyć cwańszy kamuflaż. odtworzyć się z pamięci.

JAROSŁAW JABRZEMSKI

Czas nam się rozciągnął

jak rękawy starego swetra jesteśmy
coraz bliżej ziemi i coraz dalej
od doskonałości kroju i szyku

jeszcze powstrzymujemy się
przed wypruwaniem nitek
i żył zmechaconych życiem

jeszcze wierzymy że na czas
zdążymy z ciepłem
z tym co okrzepło
w nas


Mamy tak wiele zaproszeń

więcej niż wypada włosów
z głowy rwać je z niemożności
bycia czy przywyknąć i się cieszyć
że nadal trudno zabłysnąć łysiną
a jeszcze trudniej stać i chodzić

zawsze można dłużej posiedzieć
pogadać wciąż bez krat za oknem
zagadnąć sąsiada dzieci odwiedzić
z wiarą że nie jest tak okropnie
jak mówią i piszą

nie martwić się ciszą


Żyjemy w kłamstwie tu i teraz

a kiedy trafi się osoba szczera
mówimy że spotkanie nudne
słowa zbyt trudne
a pies to kundel
i doskwiera

a później zasypiamy z blagą
i się budzimy w hipokryzji
z myślą by więcej już nie przyszli
szczerzy co burzą równowagę

bo prawdomównym nie można ufać
wszak nie potrafią wskrzesić trupa

Małgorzata T. Skwarek-Gałęska

Samozagłada

drzewa pozostałe po rzezi
domy wystawione na
ostrzał kosmosu
szklarnie
parasole i konewki
nad śladami w trawie
kurz na maskach
reanimacja pszczoły

kominy niczym armaty
wycelowane w niebo
stosują ciągły ostrzał
trzymając chmury
na bliskość oddechu

jutro zaczęło się dzisiaj


Kamienica

na pierwszym piętrze rozlało się mleko 
na drugim nieprzydatna profesorka zasnęła
w poskręcanych objęciach bólu
na półpiętrze kałuża
moczu odbija spękane niebo

tylko brama zachwyca
otwarciem na świat
finezją rzemiosła
a rude światło przepuszcza koty
prześlizgując się po futrze

szkoda starych ścian 
znikających przejrzystych ludzi
uczuć wrosłych w tynki
malowniczą pleśnią

wytarte stopnie liczą kroki 
i szepczą do gwiazd


Ś
wiaty jednoczesne

przez okna kałuż
wygląda zieloność chwili
stare drzwi tajemnicy
zmurszały
choć ciągle je maskuje
chora farba
ranne mury oklejone plastrami
światła
dumne otwartą  na świat
bramą żyją
uśmiechając się zębami cegieł taka gra

KAZIMIERZ RINK

Liebert

Tam nad Prutem w Worochcie korwety dmuchawców
dwudziestoletnie oczy wyrocznia uczepiona gwiazdy
pożary słońc jesienie nieskończenie słotne i jaśmin
w pokojach świeżo pachnących świergotem porannym

Madonna Liryca kładąca się cieniem skargi w litanii
list do Agnieszki w przesiewie czystej koronki obrusa
i motyle tańczące krótkie oderwane od okiennic lato
ptaki gdzieś na obrzeżach gościńców różowej otchłani

W kołysce jodłowej kołysanka oddana westchnieniom
krzesiwo wersetu iskrzące samotną zamyśleń literą
pewnie na wrzosach galaktyk wysoko wzniesionych
oko Anioła w kolii łez perlistych lazur uśpionego domu


W galerii

błękitna rama
w niej odcienie blasku
żywe jak wszystko
czym tu pozostaje

Venus bez przybrań
w tej poświacie złota
zamyślona nad sobą
zmyślnie nieruchoma

w symetrii ideału
lśnią proporcje piękna
odsłona ucha piersi
supełek piękna tajemnica kolan

oddech przystaje wstrzymany
matowieją oczy
poza granicą widzenia
ciepło kropel rosy

soczyste jabłko bezwstydu
podane na otwartej dłoni
ślepe zaułki obejmuje ogień
na przemian ściemnia się i dnieje


Fuga

                                            Coś jest między zamknięciem a otwarciem powiek
                                                   Coś jest pomiędzy nami, zasłania nam twarze
                                                                                             (W. Trzeciakowski)

                                                                                                  Gabrieli Muskale

Zdarzyło się już tyle, że pociemniał widok.
Ci ze światłem w oczach odchodzili cicho, drzwi nie domykając,
Krajobraz na końcu języka zbierał resztki pokruszonych sylab,
Nocom polarnym przyszło w snach ledwie postraszyć i mijać.
Wiem o tym, gdy staję sam jeden naprzeciw wyroczni Oriona.

Zdarza się więcej niż pomieścić może tygiel zawierzeń zarannych,
Oślepia co chwila stroboskop ku nam biegnącego gromu,
Pień  zwalonego drzewa każe trwodze co nieco podrzemać, 
Jakaś myśl drąży, a potem przepowie krótkotrwały azyl,
Zbocze kiedyś łagodne urasta do Góry Dantego.

Zdarzyć się może wszystko z pozornym początkiem niczego,
Czas żałowania lasu nawet gdy nie spłoną róże,
Powietrza pył śmiertelny, songi youtuberów, fejki, lepkie palce hejtu,
A wszystko w cyrku pod wielkim namiotem wszechświata,
W zmylonych tropach po wilków grasującym stadzie.

Wychodzimy wierni jak dawniej lampionom bezbronnego blasku,
Ptak zatrzepoce w wierszu, wzejdzie gałązka lotosu znajomej sonaty,
W arii kuranty osłonią nagie winogrady lata,
Lustro odbije tęsknotę niespokojnych źrenic,
Jakiś zakątek na miłość, warkocz zaplecionych dłoni?
A niechby nawet poeta zza podniebnej chmury szepnął:
Przecież mnie czułość nigdy nie opuści,
Nawet gdy zwątpię w śnieżność mego pióra. *

                         * cytat z wiersza Stanisława Grochowiaka, bez tytułu

JERZY HAJDUGA

Cień wygląda

już chcemy mieć dla
siebie osobny pokój
drzwi zawsze otwarte

a w nich choćby cień
niech zagląda
popatrzy

ja wyciągam rękę
może i ty

z powrotem kładę
obok siebie


Pusta ściana

ty dotykasz ja
ja rysuję
drzwi


Zaprawdę

jak tu wymknąć się
jesieni liście
potrafią

DOROTA LORENOWICZ

 Moje „Ja”

Moje ”Ja” żyje w moim ciele wraz ze mną.
Kiedy dotykasz mnie rośnie
i wypełnia całą od środka.
Jest wszędzie, tuż pod skórą,
łasi się do Twojej ręki jak kot.

A kiedy ranisz mnie słowem,
moje ”Ja” szybko się kurczy,
zapada we mnie głęboko
tak,
że nawet sama nie mogę go odnaleźć.

Przyczajone wstydliwie
żałuje czułej słabości
i udaje,
że go tam nie ma.


Zły wybór

Nie mogę
pomóc
wszystkim kotom
odartym z ciepłych domów,

przygarnąć
wszystkich psów
zwolnionych z wierności
i kochać
wszystkich mężczyzn
zasługujących na miłość.

Ten wybrany,
obdarzony,
właśnie odszedł…


Twój głos

Twój głos w słuchawce
samotny
w pustce telekomunikacyjnej
przestrzeni.

Ogrzać by go,
zamknąć w dłoniach,
przytulić policzek.

Mów jeszcze…

Mów z tamtej,
odbiorę z tej strony.

Nawlokę słowa
na nitki pamięci
i będą już ze mną
choć Twoje.

Jutro
sklonuję z nich
człowieka.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko