Wiersze Gdańskiego Klubu Poetów

0
612
Hieronim Bosch

SŁAWOMIR JERZY AMBROZIAK


***

ojciec znów wyszedł
codzienność topić
w butelce piwa
jak marzannę
wiosną w płomieniach
rozgrywamy z bratem
kolejną partię szachów
na czas
kojącej nieobecności
oczekujemy aż bóg
ojciec wróci
z brudnymi kolanami


Pejzaż alpejski: noc

jeszcze nie spłynęła z gór
przewraca się z boku na bok
w miękkiej nieważkości obłoków
trawy wciąż milczą
w tęsknocie za rosą
cisza pulsuje
u stóp majestatu
trwa zimna wojna
między zachodem a wschodem


 Perseidy

sierpniowe noce
utkane są ze złotych włosów
skradzionych potajemnie
znajomej komecie

zbieram je starannie
stąpając boso zmysłami
po zbyt odległym horyzoncie
w obawie że zabraknie
na wszystkie marzenia

policzalnymi sekundami
wypełniają nadzieją niezliczone dni
na jeszcze jeden pocałunek
pozostawiony na lewej stronie nieba

to nie grawitacja
lecz moje dłonie
rozpuszczają twoje włosy
na sklepienie niebieskie
abyś trwała jeszcze
w powidokach

ROMAN CIESIELSKI


centrum

kelnerki i ekspresy do kawy
przekrzykują romea i julię
swoje monotonne życie
pełne gwaru i dymu
zapachu drożdżowego ciasta

z okna widać lazaret wiedemanna
pod ścianami przemykają ludzie o kulach
powiewają nasiąknięte ropą i krwią bandaże
maszerują amputowane zgniłe kończyny
oszalałe włosy matek
czerwone flagi na pustych trybunach

gra orkiestra dęta pod pomnikiem poległych
przygrywa tańczącym płytkom chodnikowym
puzon zakończył to wszystko pięknym fałszem


to tylko poganie

to tylko poganie
wyłaniają się z gęstej mgły
na wyspie pełnej krzyży
obsypanych monetami
i chlebem wydartym z trumny
chodzę od domu do domu
od trumny do trumny
niosę ogień nocą
ubieram przydrożne krzyże
obsypuję lniane ręczniki kwiatami
zaplatam warkocze dziejów
rozcinam pługiem nurt rzeki
w poszukiwaniu deszczu
w poszukiwaniu siebie


twoje ciało pachnące kawą

już jestem tutaj
wcale nie trzydziestoletni
za drzwiami rzeka i morze
twoje ciało pachnące kawą
odchodzi w zapach cieni
te zapachy są wszędzie
i obrazy które zostaną z tobą
pachnące historią w starych murach
na komunalnych cmentarzach

JERZY FRYCKOWSKI


Strach ma małe oczy dziewczynki

Czasem zamienia się w dwa palce które zamiast salutować
wchodzą tam gdzie mamusia nie kazała patrzeć

wikary zawsze podchodzi tak że nie słychać
a potem każe wziąć w usta owoc jeszcze niedojrzały
zielony i cierpki jak ledwie wylęgłe wiśnie
grożące skrętem kiszek i szybką jazdą na sygnale

mówi by czekać na ślinę jak na deszcz bo to zawsze nadzieja suchej ziemi
a skórka zmarszczy się jak jabłko strącone jesienią
i zimą zawiśnie długim soplem ze szczytu choinki
w śnieżną zadymkę zapuka w oszronione szyby
za którymi dłonie złożone do modlitwy o ciepło
błagają o nagość i zaufanie wargom w ciemności

Potem jest „Krzyk” Muncha i usta pełne obranej skórki z pomarańczy
ciało odzierane z bieli komunijnej sukienki
wiejski pacykarz się poddaje bo nikt już takiego przerażenia nie namaluje
można je tylko usłyszeć za ścianą za którą ojciec ślini się na córce
i nikt nie ma odwagi skorzystać z jakiejkolwiek komórki

wszyscy wpychają palce w uszy
dziurawią strach przed silniejszym sąsiadem
nienaturalnie pochylają głowę udami zabliźniają krzyk

Dobrzy sąsiedzi nie donoszą


List do poety Wojciecha Banacha

Dzieli nas tylko Wisła
a wypita wódka rozlewa się w ocean
i listy słane w butelkach z grubego szkła nie dochodzą

By zbudować groblę
spotykamy się miedzy pośpiechem naszych kobiet
a nieczytelnymi receptami do realizacji
jednak nigdy na bydgoskim skrzyżowaniu
na którym światło daje czas do namysłu

Obchodzimy imieniny tego samego dnia
i obchodzimy je coraz dalej od swoich domów
jak Karusek z „Anielki” zataczamy coraz większe koła
od naszych serc i rozumu
szukamy kolan u których wyzioniemy ducha

Bo są pomniki które nas dzielą
a ich marmur nie chłodzi rozpalonych czół
różnimy się nie tylko handlowymi niedzielami
i charakterem pisma

dzieli nas Polska
jak sowiecki bagnet wbity w plecy na pomniku w New Jersey


Moje pokolenie

Nie wiem
czy potrafilibyśmy bez smartfona i GPS-u
przedostać się kanałami na sąsiednią ulicę
skoro drażni nas zasrany pampers własnego dziecka
a najwrażliwsi podpierający się wrażliwością Chagalla
porzygali się przy pierwszym przewijaniu

Był czas gdy połykaliśmy partyjne legitymacje
smakowały jałowymi przemówieniami i łzami matek
pielęgnujących żylaki w kolejkach do mięsnego

Ojcowie potem spływającym ze schylonych karków
rozcieńczali odświętne piwo po niedzielnej sumie
i nie mieli już siły podnieść głowy
by obejrzeć nasze bramki strzelone w lidze okręgowej

Zamiast biżuterii zdobiliśmy palce i brzuchy naszych kobiet
piaskiem złotych bułgarskich plaż
kusiliśmy Dubrownikiem i śpiewem tamtejszych Trubadurów

Gdy zachodziły w ciążę kołysaliśmy ich brzuchem jak kulą ziemską
kurczowo trzymaliśmy się trawy i ginących bylin
ustami pełnymi jędrnych piersi naszych żon
wygrażaliśmy wrogom ojczyzny

EWA ILIŃSKA


Zachować w sobie

nie ma wspomnień
tych pierwszych
jak swieże źdźbła wiosną

nie ma dłoni matczynych
w przytuleniu
które jak słońca grzeją

pytam więc
kogo kołysać w ramionach

kto wyrwał dziecko z łona
I narzucił zasłonę niepamięci


Nakazem serca

oni mówili
nie możliwe

a ja umierałam
I rodziłam się od nowa
jak ten deszcz

byłam deszczem
dającym życie

oni mówili
to nie możliwe

a ja szłam potykając się
o kamienie drogi
nakazem serca
zagubionego w miłości

gdy płomień zgasł
nie chciałam widzieć
popiołu zdarzeń

a oni milczeli


Nie byłam czujna

podrzucona pigułka młodości
grała jak pigułka gwałtu

szarpnęła sercem

I to co skrywałam
zostało obnażone
z całą ostrością faktów
na osi czasu

podstępnie poruszył
wzruszył
I zmusił

do przełknięcia
gorzkiej pigułki refleksji

TOMASZ OLSZEWSKI


Dworcowa

na dworcu nocą
zimno jak w kościele
tylko obrazki mniej święte
poprzez witraże
brudem malowane
leniwie sączy się ciemność

te śniade dzieci
o nachalnych oczach
prześwietlających sumienie
jak aniołowie z tekturowym skrzydłem
boso zesłani na ziemię

nie szukaj tu
bohaterów szkolnych lektur
już chyba wiesz
że sam jesteś jednym z nich
co winien czas
że twój pociąg nie przyjechał
jeśli masz dokąd lepiej stąd idź

włóczędzy dziwki złodzieje poeci
gdzieniegdzie ludzie z pociągu
mundur sokisty niby zwiędła róża
na grobie porządku

wychodzą z cienia zbiegłe z płócien Boscha
za dnia uśpione demony
drzwi poczekalni są jak wrota piekieł
gościnne dla potępionych


Blues

to miasto
nie jest dla ciebie
niedopici faceci
na swój sposób
proponują ci miłość
to miasto
nie jest dla ciebie
ich spojrzenia
jakby
ubrania wcale nie było
tak jest wiosną
czy latem
wracasz z pracy
lub z kina
któregoś dnia
nie uda ci się
ich minąć

to miasto nie jest dla ciebie
gdy coś się dzieje
ludzie są głusi
i ślepi
to miasto nie jest dla ciebie
twój krzyk
niczego nie zmieni
taki sen
śni się nie raz
zimny pot
ciało studzi
zdarzy się raz
nie zdążysz się
obudzić

to miasto nie jest dla ciebie
już też
nie chcę tu żyć
to miasto nie jest dla ciebie
musimy iść
gdzieś na pewno jest miejsce
za tą górą
za morzem
gdzie
jest normalniej niż tu
tu normalniej niż jest
już być nie może


Ballada o podpalaniu lasu

banalny przedmiot codziennego użytku
pozostałość po toastach
pisanych atramentem  niesympatycznym
„zakaz pedałowania”
„śmierć wrogom ojczyzny”
„Polska dla Polaków”
rzucona jak słowo z ekranu
niedbale acz celnie

                       
modlitwy do boga
deszczu
byś był tam
dokąd poszła prawda        
akt zgonu wystawiony plusze
                       
po niżu poniża wyż
taki  u nas klimat
po słocie susza
gorąca atmosfera medialnej nagonki
głowy rozgrzane do czerwoności

słowa jak pochodnie
wilgotność ściółki
spadła do krytycznego minimum
coś w końcu musi się wydarzyć

albo

we dwa kije
na krzyż
i żółć
łatwopalna jak siarka
dawniej się udawało
dlaczego nie teraz
nie trzeba wymyślać prochu
by
ciałem się stało słowo
popiół

MAŁGORZATA PŁOSZEWSKA


na krawędzi nocy

z kielichem wina w dłoni
zatapiam się w zadumie
absorbuję barwy
staczającego się dnia
słucham milknącego
świergotu ptaków

stąpam po kamiennych uliczkach
miasta Rodos
nagradzam oklaskami
zachód słońca na Santorynie
sycę się ciszą i malowniczym brzegiem
jeziora Loch Lomond

zaglądam i tam
gdzie nic tylko echo powtarza
dawno zadane pytania
gdzie sieci pajęcze między domami
trzymają na uwięzi
uśmiechy i pocałunki

gdzie wędrowałam
ścieżkami nad Wisłą
na krawędzi nocy

 
***

zbliżyłam się do poręczy balkonu
– latanie nie jest moją silną stroną –
dopadł mnie zapach
pieczonego ciasta
i zmierzch
wyblakłym fioletem
dom
do którego wciąż powracam
rozebrali krewni
pozostał tylko drewniany krzyż
ubrany w krzak bzu
po drugiej stronie drogi
pochyła jabłoń
i przezroczysta postać
babci Marianny
nad ziemniaczanym zagonem

(z cyklu: „Poziomki słów”)

 
Jesiennie

powiało chłodem
i zapachem nagich drzew
na progu jesień
samotników już sprasza
do tanga walca
na trzy liście czwarty wiatr
ujadaniem psów
bezradnością powiało
to brzozy wierzby
i postawne kasztany
gubią swe dzieci
na wyciągnięcie dłoni
a ja podążam
liściem klonu akacji
oczarowana
potężną siłą wiatru
i wszystkie barwy
jak ogniste latawce
lgną do mej skóry
przenikają do wnętrza
i już mnie nigdzie nie ma

DANIELA POLASIK


W zielonych murach

w wielu miejscach jeszcze nie byłam
w ilu nie zdążę być nie wiem

ale jestem

w morzu pełnym bławatków
w uśmiechu dzieci wracających ze szkoły
w zmiętym leszczynowym listku
w krzyżu trawy które słońce rysuje

z małej piekarni pachnie świeżym chlebem

mój majątek tak śmiesznie mały z daleka
wygląda jak porozrzucane po polach zabawki
Bóg przesiewa moje serce

księżyca na niebie przybywa
oddycham świeżym powietrzem 


Czas wszystko pozmieniał                                                                            

Deszcz niczym siatka z tiulu przesłonił horyzont
Kareta już odjechała a dziewczyny niezdecydowane
jaką suknię włożyć

W stawach zaskrzypiało idę na spotkanie starości
Żaden ból żadna zmarszczka już mnie nie umniejszy

Mówisz oszukała oczy
w zakurzonej szybie owalne odbicie
wypuszcza gałązki wrasta w swój dom


Czas podarowany

Ktoś skrzydłem przetarł okna nieba
i otwarł na oścież niebieskie podwoje.

Altana w ogrodzie jak słoneczny konfesjonał,
na jesionowym stole różowa pelargonia i strofy
bogate, pełne urodzajnych znaków.

W starym domostwie studnia bez wody,
pusta ziemianka, schodki porosłe mchem,
kłódka otwarta, wyblakły wzór firanek.

Na ścianach obrazy świętych, w szafie
płaszcz ojca, ciepły, jakby tu był
przed chwilą.

Między murem, a zmurszałym płotem,
kolczaste krzewy w czerwonych różańcach,
niczym ołtarz wotywny.

Pośrodku cudowne źródełko – tętni,
jakby wiatr w żagle,

przyjmij i mój.

AGNIESZKA SMUGŁA


Próżna pastorałka

wśród nocnej ciszy
nikt jej nie słyszy
może bezkarnie
do reszty zmarnieć

wieść o tym niosę
by się jej losem
ktoś jednak wzruszył
śnieg sobie prószy

dzisiaj w betlejem
tyle się dzieje
a ja na skróty
psu szyję buty


Sto pociech

wypuściła papierowy samolot
w pierwszą podróż i od razu podniebną
czy to jednak było zgodne z jej wolą
że ten pojazd się usztywnił jak drewno

nie zatańczył nad polami łąkami
tylko wbił się w miękką ziemię przy płocie
zmiął się wówczas i się błotem zaplamił
więc nie będzie już z nim miała stu pociech


Na parterze

miast zamknąć cudzysłów
rozlała dziś mleko
odchodzi od zmysłów
jest bardzo daleko

gna już wręcz na oślep
choć tu tkwi jej ciało
miało być
ciut wznioślej
lecz się nie udało

ZBIGNIEW TRZEBIATOWSKI


***

wyobraźmy sobie płótno jakiegoś caravaggia
pośrodku drzewo do drzewa przybity jakiś pasolini
głowa zwisa bezwładnie w słuchawkach gra muzyka
smartfon nie powiedział jeszcze ostatniego słowa
plama krwi wokół gwoździa który przekłuł stopy
obute w konwersy nie rośnie już pod pędzlem rudzieje

wyobraźmy sobie scenę z filmu jakiegoś jarmana
ciało jakiegoś wittgensteina złożone pod drzewem
na przedramieniu widnieje napis w wątłym świetle
nie do odczytania zbyt drobnym pismem wytatuowany
z czterech braci ludwiga na planie jest tylko jednoręki
pianista pozostali dawno temu wyrzekli się świata

jakieś domostwo gdzieś na odludziu sobie wyobraźmy
pierwsze trawy powracają pod okna jak każdego roku
białe prześcieradła wiszące na sznurze czekają na wiatr
zostały ci ostatnie trzy dni na rozmowy i esemesowanie
za łąkami i lasem jak morze zielone jest drugi brzeg jakiś
tam nie ma zasięgu tam dotrzeć żeby się sobie jakoś wyobrazić


***

zadziwiona
spoglądasz na siebie

w ręce masz kwiaty
w prawej nie w lewej

do oczu ci płyną
ptaki i ryby

tego obrazu
zapomnieć się nie da

ani spamiętać
braknie mu ram

chodźmy już stąd
ofelio


***

słońce
w górę
w pocie czoła

obłok
w poprzek
ku brzegowi

ptak jak liść
z biegiem
rzeki

i jeszcze ryba
jasnym brzuchem
ku niebu

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko