Wacław Holewiński – Mebluję głowę książkami

0
51

Miluś

Był to zapewne rok 1983, stan wojenny. Ledwie kilka miesięcy wcześniej opuściłem mury aresztu śledczego w Białołęce. Dostałem zaproszenie od mojej przyjaciółki, Anny Kalinowskiej, na… spektakl teatralny u niej w domu, w Podkowie leśnej. Nie bardzo wiedziałem z czym będę miał do czynienia. Czwórka aktorów: Ewa Dałkowska, Maciej Szary, Andrzej Piszczatowski i najmłodszy z nich, Emilian Kamiński. Kilkadziesiąt stłoczonych osób i oni grający „Przywracanie porządku” kilkanaście centymetrów od widzów. Atmosfera… Kto tego nie przeżył, nie zrozumie. Słowo – zwłaszcza wtedy – było równie ważne jak uliczna demonstracja. Odwaga, nadzieja, poczucie wspólnoty….

Tak, od tego czasu Emilian Kamiński stał mi się aktorem bliskim. Niewiele, bo niby skąd, o nim wiedziałem. To nie był czas internetu, „Plotka”, kolorowych magazynów.

„Wybuchł” jako aktor najważniejszych warszawskich teatrów. Grał dużo, o tych rolach mówiono z uznaniem, wyrósł na postać pierwszoplanową. A potem, już w innej Polsce, stworzył „Kamienice”, swój własny, prywatny teatr. Głośno było o tym teatrze nie tylko z powodu spektakli, także z powodu innych inicjatyw okołoteatralnych. Był też powód inny: prób odebrania mu tego miejsca. Walczył. Chorował, ale nigdzie o swej chorobie nie mówił, nie epatował nią, ukrywał. Zmarł w grudniu 2022 roku, miał ledwie 70 lat.

Nagrana przez Patrycję Pawlik rozmowa „w zamyśle miała być nagraniem do szuflady, pamiątką dla kolejnych pokoleń rodziny.” Szczęśliwie nie została w tej szufladzie. Poszerzona o wspomnienia piętnastu osób, najbliższych – żona, syn – tych, którzy grali z nim w „Teatrze domowym” – Ewa Dałkowska – o aktorów, z którymi występował w warszawskich teatrach albo z którymi studiował – Krystyna Janda, Magdalena Zawadzka, Piotr Fronczewski, Olaf Lubaszenko, Wiktor Zborowski, ale także o ludzi, z którymi tworzył „Kamienicę” – daje ta książka obraz człowieka pasji, niebywale skromnego, człowieka honoru i uczciwości.

Uciekał z domu od dziecka, kochał drzewa, nie bał się wdawać w bójki z silniejszymi starszymi, raz o mało nie skończyło się to tragedią, wyjął finkę, zamachnął się, mógł zabić. U chuliganów zyskał szacunek.

Był pracowity, z dzisiejszej perspektywy ponad miarę. Wcześnie przejął w domu obowiązki głowy rodziny, a w szkole teatralnej… Ćwiczył więcej niż inni. Miał układ z dozorcą, wchodził na scenę w środku nocy. Chciał się nauczyć rzemiosła. I mówił o sobie jako o rzemieślniku. W jego ustach, nie będę ukrywał, myślę podobnie, rzemiosło, dobrze wykonywane rzemiosło, to najwyższa pochwała. Nie żaden artyzm, rzemiosło! Uczył się, uczył do tego stopnia, że sypiał w dekoracjach.

Długo nie znał smaku alkoholu, mając piętnaście lat złożyli z przyjacielem przysięgę, że przez kolejne dziesięć nie będą pić. W jego przypadku trwało to o rok dłużej. Pił za to, ponad miarę, mleka.

Kobiety się za nim uganiały. A on? Chodził wyładowywać wagony z węglem. Nałykał się pyłu…

Uczył się u największych: Bardiniego, Hanuszkiewicza, Dejmka, Warmińskiego, Łomnickiego. Dla tego ostatniego był „harcerzykiem”, dla innych „Jemiołem”. Sporo tu anegdot, teatralnych tajemnic, słynnych dialogów. Jak ten z Dejmkiem:

„Wie pan co, panie Kamiński… Panie Kamiński, w tym kostiumie, proszę pana, który panu przyoblekł mój przyjaciel Polewka… Proszę pana, w tym kostiumie to może pan popierdalać po ogrodzie w Józefowie, proszę pana, a nie w Teatrze Narodowym.”

Odpowiedział na jego nutę:

„Panie reżyserze, po moim pięknym ogrodzie w Józefowie, to chodze proszę pana, w garniturze i pod krawatem, odpierdolony jak pan reżyser.”

Przyjaźnie były dla niego ważne, bardzo ważne. I kobiety, które cenił nieporównanie bardziej od mężczyzn. Nie odrzucał, przyciągał ludzi, otaczał ich opieką i szacunkiem. Bez względu na pozycję społeczną. To dlatego organizował słynne spotkania, wspólne granie z odrzuconymi, bezdomnymi, z chorymi dziećmi, z powstańcami warszawskimi. Ale… odrzucał tych, którzy go okłamali, raczej nie dawał drugiej szansy.

Walczył o tę swoją „Kamienicę”, ale wcześniej sam ją budował. Czasami z kilofem  ręku, czasami w sporze z elektrykami, czasami z miejskim tramwajem ustawionym przed teatrem. Z planami, w sporach z urzędnikami.
Nie oglądał premier w swoim teatrze, za bardzo się denerwował. Był perfekcjonistą, brakowało mu miliona czy półtora, które dostawały teatry dotowane z kasy miasta, na spokojną działalność. Ale… to ludzie byli dla niego najważniejsi. Rozmawiał, przytulał, troszczył się.

Przytulał też psy, czasami umierały mu na rękach.

Sypał anegdotami na zawołanie i opowiadał je, jak nikt inny.

Potrafił zagrać na każdym instrumencie.

Kochał starocie i gromadził ich coraz więcej. W swoim domu i w teatrze. Dostrzegał w nich piękno.

Wiedział, że umiera, że odchodzi. Poprosił syna aby przejął od niego „Kamienicę”, aby się nią zajął. A gdy się z nim żegnał pomilczeli.

Miluś. Cieszył się życiem, bo… „Nie ma wyższej wartości niż życie, nie ma nic cenniejszego.”

Czytałem książkę Patrycji Pawlik i ogarnął mnie żal. Żal, że mieszkając tak blisko, ledwie kilka kilometrów od Józefowa, nigdy z nim nie rozmawiałem, nie poznałem. Zostały słowa, kilka, może kilkanaście nagranych spektakli. I „Kamienica”. Oby trwała, oby żadnym draniom nie udało się jej wyrzucić z kulturalnej mapy Warszawy.

Patrycja Pawlik – Emilian Kamiński. Reżyser marzeń, Prószyński i S-ka, Warszawa 2024, str. 296.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko