Rekomendacje książkowe Krzysztofa Lubczyńskiego

0
96

Tajemniczy człowiek, integralny tragikomik

Kiedy przedwcześnie umierał w wieku 61 lat, Mieczysław Czechowicz (1930-1991) należał do najpopularniejszych polskich aktorów. Jednakże, jak na aktorskiego celebrytę tamtych czasów był postacią tajemniczą. Niemal żaden szczegół jego życia nie wypłynął do końca jego dni na szerszą powierzchnię, poza tym co wiedzieli niektórzy jego koledzy po aktorskim fachu. Zainspirowało mnie to kiedyś dziennikarsko do choćby częściowego wniknięcia w egzystencję tego tajemniczego, nieprzeniknionego pana o zażywnej kompleksji i komediowym na ogół emploi, choć potrafił także objawić warunki prawdziwie dramatyczne. Dodatkową inspiracją był dla mnie fakt, że urodziliśmy się w tym samym mieście, w Lublinie (śródmiejską ulicą Kołłątaja, przy której kiedyś mieszkał przechodziłem tysiące razy, jest ona jednym z elementów mojego krajobrazu dziecięcej i młodzieńczej pamięci), więc gdy przypadkowo dowiedziałem się, że w Lublinie mieszka jego cioteczny brata, pan Tadeusz Ossowskii, bodaj inżynier z zawodu, czarujący i delikatny w obejściu człowiek, nie przegapiłem okazji by poprosić go o to, by opowiedział mi o swoim kuzynie, z którym połączył go fragment wspólnego dzieciństwa i młodości, także ten najbardziej dramatyczny. Niektóre fragmenty tej opowieści, opublikowanej najpierw na łamach lubelskiej gazety „Dziennik Wschodni” a później także na stronie pisarze.pl autorka biografii „Czechowicz. Hrabia, miś  czy drań” Hanna Faryna-Paszkiewicz wykorzystała, ku mojej satysfakcji, w swojej książce. Mam też tę satysfakcję, że ceniąc ogromnie i lubiąc jego aktorstwo, miałem okazję widzieć go dwa razy na żywo na scenie, w warszawskim Teatrze Współczesnym Po raz pierwszy w czerwcu 1972 roku w sztuce „Macbett” Eugéne Ionesco, parafrazie szekspirowskiej tragedii, gdzie Czechowicz grał Macola, postać będącą przetworzoną postacią Malcolma, zabójcy Makbeta. Po raz drugi – w kwietniu 1977 roku jako Wielkiego Księcia Konstantego w „Kordianie” Słowackiego, w obu spektaklach w reżyserii Erwina Axera. W obu przypadkach uderzył mnie, poza klasą i bujnością jego gry, także witalny dynamizm Czechowicza, jego pasja i zaangażowanie w role, wyrażające się także kolosalnym fizycznym wysiłkiem, którego nie szczędził, a który dawał o sobie znać widocznym z fotela widza gwałtownym czerwienieniem twarzy, natężeniem masywnego ciała, i niemal „pianą na ustach”. Zapamiętałem Mieczysława Czechowicza z wielu ról telewizyjnych i filmowych: jako genialnego Schmitza w telewizyjnej wersji „Biedermanna i podpalaczy” Maxa Frischa, jako rozkosznego Sobakiewicza w „Martwych duszach” Mikołaja Gogola, Arysta w „Fircyku w zalotach” Franciszka Zabłockiego,  Sama w „Przygodzie w Manon Farm” na motywach „Klubu Pickwicka” Karola Dickensa, Ignacego w „Marcowym kawalerze” Józefa Blizińskiego w teatrze telewizji, a także w kapitalnym epizodzie zduna Józefa w „Pożarowisku” według noweli Stefana Grabińskiego, a znacznie więcej  zapewne widzów pamięta go jako sąsiada w serialu „Wojna domowa”, Hrabiego w „Janosiku”, radcy Węgrowicza w serialu „Lalka”, bandytę Werycho w „Szatanie z siódmej klasy” Wandy Jakubowskiej, Trenera Mamczyka w „Mężu swojej żony”. Szczególnym dokonaniem Czechowicza były jego role Rotmistrza (w tym wykonanie piosenki „Ty nie odmawiaj mi”), Taniego Drania, Kaczyńskiego i Grubego w „Kabarecie Starszych Panów”, a ukoronowaniem jego aktorskiego prestiżu – rola Księdza w filmowym „Weselu” Andrzeja Wajdy. Był aktorem o niezwykle bogatym emploi, bo choć kojarzony głównie z komizmem, miał w sobie także autentyczne pasmo dramatyzmu.

Autorka biografii opowiada o życiu i pracy artystycznej Mieczysława Czechowicza tradycyjnie (od narodzin do śmierci), fascynująco, wielostronnie, z bogactwem faktów, relacji, opinii, anegdot, z uwzględnieniem także dramatycznych i trudnych składników jego życia, uchylając przy tym rąbka niektórych tajemnic, jakie otaczały życie tego wspaniałego aktora i tajemniczego człowieka.

Hanna Faryna-Paszkiewicz – „Czechowicz. Hrabia, miś czy drań. Biografia”, Mando, Kraków 2024, str. 368, ISBN 978-83-277-3845-5

Amerykanka w słodkiej Francji

Świat się radykalnie zmienia, niestety na ogół raczej na niekorzyść, Francja także, ale mimo to niezmiennie pozostaje ona jednym z wzorców dla ludzkich marzeń o „słodkim, miłym życiu” (pojęcie „la douce France”, „słodka Francja”), a zarazem obfitym zasobem nieśmiertelnych stereotypów. Amerykanka Cathy Yandel, specjalistka od literatury francuskiej z amerykańskiego Carlten College, dobrze poznała Francję podczas swojego w niej blisko dziesięcioletniego w sumie pobytu i zdała nam z niego subiektywne sprawozdanie. Francja Yandell to nie Francja wielkiej historii, wielkich idei, to nie Francja Wielkiej Rewolucji, de Gaulle’a, to także nie Francja  bardziej mroczna, Francja Pascala, katolicyzmu Claudela i Mauriaca, Sartre’a i egzystencjalistów, lecz nade wszystko Francja uciech zmysłowych, kulinarnych, zapachowych, seksualnych, sportowych, to Francja radości gotowania i celebrowania posiłków, Francja kultu zdrowych wód. Nawet w tych częściach książki, w których mowa jest o „potędze intelektu” mowa jest o „smakowaniu lektury”, „sypianiu z Baudelaire’m”, o „lekturach na zielonej trawce”, o Asterixie i o Ionesco czyli o hedonistycznym na modłę francuską traktowaniu także spraw intelektu i wiedzy. Yandel opowiada też o typowej dla Francji wszechobecności sztuki, o francuskiej umiejętności korzystania z życia i z wolnego czasu (ktoś powiedział, że nawet ten Francuz którego stać tylko na bagietkę i tanie wino potrafi stworzyć wrażenie korzystania z wykwintu, co innym nacjom nie jest dane), o francuskiej joie de vivre (radości życia). Opowiada również o nieuchwytnych cechach francuskości, tym czymś co tworzy specyficzny klimat życia we Francji. Jest w tej opowieści i Paryż, i francuska prowincja, są bagietki i croissanty, wino, berety, parasolki, szyk i  swoboda. Jest to Francja częściowo realna, a częściowo wyobrażona przez postronnych, turystów i zamieszkałych w niej cudzoziemców. I zawsze atrakcyjna.

Cathy Yandell – „Francja. Radość życia”, przełożyła Dorota Malina, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2024, str. 318, ISBN 978-83-68045-09-3 

Kobieta, która stawiła czoło nie tylko Saladynowi

To nie jest postać powszechnie znana, bo też nie jest powszechnie znana historia Jerozolimy, Ziemi Świętej, geograficznie daleka od Europy, choć nie dla największego europejskiego bohatera wypraw krzyżowych, króla Anglii Ryszarda Lwie Serce, który większość swojego panowania na tronie spędził nie w Londynie, ale Ziemi Świętej, na dzisiejszym Bliskim Wschodzie. Można ją, Sybillę, przez płeć, ale i cechy żelaznego chciałoby się rzec, charakteru, jak i przez podobieństwo niektórych politycznych przeciwieństw (wrogość możnych we własnej ojczyźnie) porównać do Joanny d’Arc.„Krótkie panowanie królowej Jerozolimy Sybilli (1186-1190) przypadło na niezwykle burzliwy okres w dziejach Ziemi Świętej. Władczyni musiała stawić czoła nie tylko potężnemu Saladynowi, lecz także własnym możnym, a ponadto opierać się naciskom Bizancjum i zachodnioeuropejskich krzyżowców jednocześnie zabiegając o ich pomoc. H.J. Nicholson rekonstruuje życiorys Sybilli z nielicznych, rozsianych po źródłach wzmianek, by pokazać, jak ciasne były ramy feudalnego, patriarchalnego świata i jak trudne było dla kobiety wyrwanie się z tych ograniczeń. Nieczęsto bowiem się zdarzało, aby dama z królewskiego rodu nie tylko wybierała sobie męża wbrew woli rodziny i dygnitarzy, lecz także sama go koronowała” – czytamy w notce wydawniczej. I właśnie ta umiejętność zrekonstruowania postaci historycznej i jej dziejów jest w tej biografii obok samej postaci najbardziej imponująca. Zrekonstruowanie historii z „nielicznych, rozsianych po źródłach wzmianek”, to dokonanie prawdziwie imponujące, i dla historycznego kunsztu naukowego i dla wyobraźni. No właśnie, siłą rzeczy narzuca się pytanie w jakich proporcjach się one w tej biografii ułożyli, i le w niej tzw. Faktów, a ile domysłów, hipotez, a nawet zmyśleń. Jednak tego rodzaju wątpliwości ani na jotę nie odbierają satysfakcji z tej barwnej lektury, która przywołuje na pamięć opowieści i filmy czytane i oglądane w dzieciństwie. I które to już moje spotkanie z klasyczną „marmurkową” serią PIW? Nie zliczę, ale chyba pierwsze miało miejsce w roku 1980, z biografią Dantona, pióra Jana Baszkiewicza.

Helen J. Nicholson  „Sybilla Jerozolimska”, seria Biografie Sławnych Ludzi, przekład katarzyna Bażyńska-Chojacka i Piotr Chojnacki, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2024, str. 270, ISBN 978-83-8196-663-4

Ciemna strona sztucznej inteligencji

Zanim otrzymałem do omówienia tom poświęcony sztucznej inteligencji (AI, Artificial Intelligence), „Atlas sztucznej inteligencji” Kate Crawford, moje doświadczenie z nią ( z AI, nie z Kate Crawford) polegał na tym (i tu nic się nie zmieniło), że niemal codziennie słyszę lub czytam o jej wpływie na nasze życie, a jednocześnie właściwie ani razu nie doświadczyłem świadomie kontaktu z nią. Zakładam jednak, że moja świadomość nie ma tu nic do rzeczy i liczne moje codzienne aktywności wykonuję bez świadomości, że sztuczna inteligencja ma na nie wpływ. Ze sztuczną inteligencją jest zatem trochę tak jak z Yeti – wszyscy o nim słyszeli, ale nikt go nie widział, nawet Tomek Wilmowski, który był na jego tropach. Przepraszam, miałem jeden świadomy i zamierzony z nią kontakt. Poprosiłem kogoś, by pokazał mi jak można zebrać za pomocą AI research, wsad tematyczny do artykułu, tak aby oszczędzić sobie żmudnej roboty, ograniczając się jedynie do nadania mu szlifu, napisania części wyjściowej i dopisania puenty. Tematem artykułu miała być biografia Róży Luksemburg, ale kiedy osoba, która miała mnie wspomóc uruchomiła w tym celu AI i w bardzo krótkim czasie uformował się tekst o odpowiedniej objętości, okazało się, że jest to piramida bredni, które niby to i owo z postacią mają wspólnego, ale całość „do niczego się nie nadaje”. I to rozczarowanie zniechęciło mnie do dalszych prób. Mimo to „Atlas” Crawford przeczytałem z ogromnym zainteresowaniem, tzw. jednym tchem, chociaż (a może właśnie dlatego?), że znam się na tej problematyce jak „wilk na gwiazdach” (jest takie określenie na kompletną, totalną ignorancję w jakiejś dziedzinie). Tom wygląda bardzo solidnie, a mniej więcej 25 procent tekstu zajmuje naukowa bibliografia i przypisy. Pomimo tego „Atlas” napisany został swobodnym językiem eseju i nie jest zbyt obciążony  hermetyczną, specjalistyczną terminologią. O żadnym recenzowaniu tego tytułu nie może być mowy, bo jak kompletny profan, ignorant w tej dziedzinie może recenzować dzieło wybitnej specjalistki w zakresie tematu? „Kate Crawford – czytamy w nocie informacyjnej – jest uznaną ekspertką zajmującą się społecznymi następstwami wykorzystania sztucznej inteligencji. W ciągu swojej dwudziestoletniej kariery zajmowała się systemami danych, uczeniem maszynowym oraz AI w szerszym kontekście, uwzględniając uwarunkowania historyczne, polityczne, a także związane z zatrudnieniem i ochroną środowiska. Doradzała decydentom  w ONZ, FKH, PE (…) i Białym Domu Obecnie wykłada na Uniwersytecie Południowej, a także kieruje Katedrą Sztucznej Inteligencji w École Normale Supérieure”. Do tego jej „Atlas” powstawał przez wiele lat przy konsultanckim udziale pokaźnego gremium znawców. Przed takim gremium mogę się czuć jedynie jak analfabeta, który ze średniowiecza przywędrował w czasie do Doliny Krzemowej. Aliści Craford nie napisała apoteozy AI, nie wyśpiewała jej glorii, lecz omówiła problemy, które AI stwarza, jej wpływ na pracę, prywatność, środowisko. Opowiedziała też o jej wpływie na zasoby Ziemi (zaskakująco negatywne), na emocje ludzkie, na państwo i politykę, czyli na Władzę. Wnioski dla „szarego człowieka” nie jawią się różowo. „Kate Crawford – czytamy  w nocie wydawniczej – obala mity, jakoby sztuczna inteligencja była bezcielesna, obiektywna czy niezbędna. Udowadnia, że to narzędzie wyzysku w rękach władzy, policji, wojska i korporacji oraz przyczyna narastających nierówności. Funkcjonowanie systemów AI nie stałoby się możliwe bez nadmiernej eksploatacji zasobów energetycznych i mineralnych, wykorzystania taniej siły roboczej i niekontrolowanego pozyskiwania danych. „Atlas sztucznej inteligencji” stanowi swoistą mapę teraźniejszości: miejsc, ludzi, relacji. Pomaga zrozumieć rolę AI we współczesnym świecie. Jest cenną przeciwwagą dla bezkrytycznych zachwytów nad sztuczną inteligencją oraz zaproszeniem do świadomego i odpowiedzialnego korzystania z technologii informacyjnej”. Jednak nie mamy innego wyjścia i musimy pogodzić się z jej istnieniem.

Kate Crawford – „Atlas sztucznej inteligencji. Władza, pieniądze i środowisko naturalne, tłumaczenie Tomasz Chawziuk, Bowiem, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, str. 335, ISBN 978-83233-5326-3

Czwórka do (filozoficznego) bridża

A teraz o trzech książkach filozoficznych (lub jak kto woli – o filozofii). Pierwsza nich inspirowana jest, jak przypuszczam, wiarą w filozofię i ma postać syntezy historii filozofii XX wieku. Pod redakcją naukową profesora Tadeusza Gadacza ukazał się tom „Krótka historia filozofii współczesnej”. Słowo „krótka” można by interpretować jako rodzaj finezyjnego żarciku, bo tom liczy sobie ponad sześćset stron. Już w pierwszym zdaniu wstępu Tadeusz Gadacz powiada, że o ile „po wieku XIX pozostało kilkunastu filozofów , których myśl jest wciąż aktualna i żywa, to w wieku XX filozofów, których poglądy ciągle budzą zainteresowanie w różnych kręgach jest około dwustu”. Gadacza upatruje tego stanu rzeczy w zjawiskach pozafilozoficznych, takich jak radykalna poprawa dostępu do wykształcenia, rozwój mediów, które siłą rzeczy rozpowszechniały wiedzę filozoficzną w wersji popularnej, w rozwoju filozofii narodowych, pojawieniem się interdyscyplinarności przez którą filozofia wchodziła w interakcje z innymi naukami a one na różne sposoby na nią wpływały, wywołując w niej także sytuacje kryzysowe. Filozofia zaczęła też w wchodzić w interakcje z ideologiami (n.p. komunizmem czy faszyzmem). Za szczególnie ważne zjawiska filozofii XX, choć wyłonione jeszcze w XIX wieku uznaje Gadacz fenomenologię Edmunda Husserla, a także trzy nurty „filozofii podejrzeń” związane, po pierwsze, z Karolem Marksem, po drugie z Friedrichem Nietzsche i po tzecie, z Zygmuntem Freudem, nominalnie lekarzem psychiatrą. Wyróżnia też „filozofię ducha” i dziedzictwo Platona oraz nurt przeciwstawiający się temu dziedzictwu (m.in. Nietzsche i jego następcy: Lyotard, Deleuze, Klossowski, Foucault, Rorty). Jako ważne wyodrębnił też zagadnienie sporu o problem prawdy  i filozofii jako theorii, rozwój aksjologii, poszukiwań w zakresie doświadczenie religijnego, nowych ontologii i metafizyk. Szczególnie zaakcentował Gadacz mocne wejście filozofii w interakcję z psychologią, psychiatrią, socjologią (Erich Fromm, Jean Piaget, Ortega y Gasset,Martin Heidegger, Hans Georg Gadamer, Jurgen Habermas, Theodor Adorno, Maurice Merleau-Ponty, Karl Jaspers, Jacques Lacan i inni). Gadacz zwraca też bardzo silną w XX wieku interakcję między filozofią a literaturą (ale też innymi dziedzinami sztuki), przywołując dziesiątki nazwisk pisarzy i poetów, na których twórczość filozofia wpływała na rozmaite sposoby,  w szczególności filozofia Nietzschego i Henri Bergsona. Jednak także na wielu filozofów wpływali wielcy pisarze przeszłości, n.p. Szekspir, Proust, Dostojewski, a do najbardziej wpływających filozofów dawnych należeli Arystoteles, Platon, Pascal, Kartezjusz, Kant i Hegel. Na tych trzech ostatnich wskazuje Gadacz jako na tych, wokół których toczył się najważniejszy w XX wieku spór o dziedzictwo przeszłości.

Autorami tomu jest czwórka filozofów. Tadeusz Gadacz przedstawił („krótko”): filozofię życia z Nietzschem na czele, neokantyzm, filozofię egzystencji (od Miguela de Unamuno do Alberta Camus), pragmatyzm (m.i. William James), neoidealizm (m.in. Benedetto Croce), fenomenologię (z jej „bogiem” na czele, Edmundem Husserlem), myśl Martina Heideggera, Hannah Arendt, hermeneutykę (m.in. Gadamer i Paul Ricoer), filozofię ducha z Pierre Teilhardem de Chardin na czele), filozofię dialogu. Personalizm Emmanuela Mounier, filozofię chrześcijańską (m.i. Jacques Maritain), marksim i neomarksizm (Gyorgy Lucacs, Karl Korsch, Antonio Gramsci, Louis Althusser) i na finał swojego rozdziału szkołę frankfurcką (Walter Benjamin, Max Horkheimer, Theodor Adorno, Ernst Bloch, Erich Fromm, Herbert Marcuse, Jürgen Habermas). Paweł Dybel zajął się relacjami między psychoanalizą a filozofią, postmodernizmem, strukturalizmem i poststrukturalizmem. Wojciech Szady skoncentrował się w całości na filozofii analitycznej, a Magdalena Środa na filozofii feministycznej. 

„Krótka historia filozofii współczesnej” (redakcja naukowa Tadeusz Gadacz – Tadeusz Gadacz, Paweł Dybel, Wojciech Sady, Magdalena Środa), Stentor, Warszawa 2023, str. 567,  ISBN 978-83-63462-87-1

Nie cudowny eliksir, ale mapa pęknięć w tkance świata

Tak jak „Krótka historia filozofii współczesnej” jest siłą rzeczy wyrazem wiary w wagę i nośność intelektualną filozofii jako takiej, tak wyrazem podobnej wiary we współczesną filozofię polską jest „Deficyt zaufania do świata” Marka Dobrzenieckiego. Choć filozof (rocznik 1980) zauważa w uwagach wstępnych, że jego książka „będzie traktowała o tym, w jaki sposób współcześnie żyjący filozofowie podchodzą do najważniejszych tematów swojej profesji: świata, duszy i Boga”, to gdybym nie spojrzał w jego notkę biograficzną, nie domyśliłbym się, ze jest duchownym katolickim. Autor nazywa ją też „raportem ze stanu idei transcendentalnych we współczesnej polskiej filozofii”. Nawet dla takiego miłośnika filozofii (będącego w końcu ( w zamierzchłych czasach) skromnym magistrem tej dyscypliny z dodatkiem specjalności religioznawczej) owa zapowiedź choćby z powodów światopoglądowych nie brzmi zbyt atrakcyjnie, ale skoro uczony autor wyraża nadzieję, że z jego książki „można dowiedzieć się czegoś ważnego o współczesnej filozofii polskiej, a w szczególności o tym, jak wypełnia ona swoje najważniejsze zadanie – formowania spójnego światopoglądu w momencie powszechnie przeżywanego doświadczenia schyłkowości czasów i związanego z nim deficytu zaufania do świata”, to trzeba mieć bardzo twardy łeb, by nie przyjąć takiego zaproszenia. „Świat przestał być naszym domem, kontakt z nim przestał budzić poczucie bezpieczeństwa, coś „pękło w tkance ludzkiego świata”, a chociaż kryzys ten ma wiele twarzy i filozofia nie jest cudownym eliksirem mogącym mogącym uleczyć wszystkie jego objawy, to, jak twierdzę w tej książce, stanowi ona ekwiwalent mapy obcej krainy i jako taka pomaga odzyskać orientację na nieznanych i budzących grozę terytoriach, w które wkraczamy za sprawą cywilizacyjnego przyspieszenia”. Rozdział pierwszy jest wprowadzeniem w gąszcz problemów współczesności. Autor zwraca uwagę na znaki końca czasów, zapowiedzi Apokalipsy, na narcyzm, histerię, katastrofizm, na symptomy kryzysu, na upiorny wir zmian a rzeczywistość porównuje do „horrorów klasy B”. W rozdziale drugim, „Filozofia” autor odnosi się do tego jak dziedzina ta radzi sobie z opisem i diagnozą świata, ale widzi jej bezsilność i to, że traktowana jak zwierciadło „pęka w odłamków stos”. W rozdziale „Świat” próbuje autor uchwycić jego kontury i esencję. Do tego momentu starałem się towarzyszyć utworowi na miarę moich skromnych możliwości. Jednak przez rozdziały „Dusza” i „Bóg” zaledwie przebrnąłem, choć esej Marka Dobrzenieckiego został napisany błyskotliwie w całości. Nazbyt zakamieniałym ateistą i materialistą jestem. I nic na to nie poradzę. Ale ten świetny esej polecam wszystkim, który chcieliby wejrzeć w niektóre korytarze polskiej filozofii współczesnej, o której autor ma całkiem dobre zdanie.

Marek Dobrzeniecki – „Deficyt zaufania do świata. Polska filozofia wobec współczesności”, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2024, str. 306, ISBN 978-83-8196-648-1

Ostatnia wieczerza filozofii?

Trzecia pozycja tego książkowego festiwalu filozoficznego, to „Zmierzch filozofii” Jana Hartmana, ale wymowa tego eseju (w którym powaga erudycyjnego wykładu filozoficznego miesza się ze stylem pełnym brawurowej dezynwoltury i drwiny oraz subtelnej ironii) jest krańcowo odmienna od optymistycznej (dla filozofii) wymowy dwóch wyżej pokrótce omówionych. To podana w lekkim tonie solidna dawka pesymizmu filozofa co do stanu obecnego i zbliżającego się już losu jego własnej naukowej domeny. Ponieważ dostał mi się w ręce wadliwy egzemplarz, który trzeba czytać od końca (ale tylko w porządku ułożenia ponumerowanych kartek kartek, a nie w porządku wywodu, więc nie krańcowo ekstrawagancko), jak film puszczany od końca do początku, więc zacznę od końcowych, najdobitniejszych konkluzji autora.

„Co ja tu będę dużo mówił. Jedzenie czeka. Bierzmy się do kolacji”. I słusznie, bo z trwającej dwadzieścia i sześć wieków biesiady filozofów została nam już tylko ostatnia wieczerza”. Tak brzmią ostatnie zdania eseju Hartmana i nawiązują do słów pewnego profesora filozofii, który tak brzmiącą zachętą do ogólnej wyżerki zakończył obrady Światowego Kongresu Filozoficznego w Seulu.  Brzmią te zdania jak sarkastyczny dowcip, choć dotyczą problemu dotyczącego fundamentalnej sfery kultury. Nawiasem mówiąc, w pewnym momencie swojej pogrzebowej mowy Hartman czyni dygresyjnie uwagę o tym, w jak kapitalnej kondycji materialnej są współcześni filozofowie. W czasach jej dawno minionej świetności wielu z nich, także tych największych, cierpiała biedę i na taką wyżerkę nie byłoby ich stać, Kant musiał wśród swoich studentów robić zbiórkę na ogrzanie sali wykładowej, a Diogenes miał za mieszkanie beczkę.

Zdaniem filozofa Hartmana, filozofia kończy swoją egzystencję. W poszczególnych rozdziałach stara się on udowodnić (używam sformułowania „stara się”, bo nie mogę mieć pewności, że ma rację, bo może nieco albo i grubo przesadza) jak filozofia staje się (już się stała) coraz bardziej niekompatybilna ze współczesną wiedzą, współczesną kulturą i współczesnymi potrzebami. Za główne przywary filozofii powodujące jej dekompozycję uważa Hartman: uzależnienie filozofii od własnej filozoficzności, a więc od pojęcia filozofii oraz od retoryki  operującej  w polu semantycznym zorganizowanym wokół tego pojęcia; wadliwe powiązanie idei poznania i pojęcia wiedzy z rozpoznaniem faktyczności, stanu rzeczy analizowanych obiektów; dewastujące skutki nadania wysokiej rangi pojęciu absolutu w obrębie samowiedzy filozoficznej oraz konserwatyzm filozofii praktycznej, którego przezwyciężenie wymaga wydobycia się z refleksji o moralności i polityce z pułapki własnej filozoficzności. Do tych powodów stricte intelektualnych dodaje Hartman przyczynę natury moralnej: jego zdaniem filozofię pogrążył też konformizm i „filisterskie zakłamanie filozofów”. Nieprzypadkowo więc chyba zamieścił przed wstępem, obok trzech innych, cytat ze „Zmierzchu bożyszcz” Nietzschego: „Żadna rzecz się nie wiedzie, w której nie ma udziału zuchwalstwo” (pozostałe cytaty są nie mniej smaczne, choć o zupełnie innej wymowie).

Przyczyny wyczerpania filozofii widzi też Hartman w dysproporcji między prawdziwością i słusznością wypowiedzi filozofów a ich prestiżem publicznym i atrakcyjnością estetyczną („estetyzacja filozofii”), w tym, że filozofowie coraz częściej oceniani są na podstawie atrakcyjności brzmienia ich wypowiedzi podobnie jak literaci i artyści. Hartman przywołuje słynne słowa Karola Marksa, który zarzucał filozofom, że „tylko opisują świat zamiast go zmieniać”. Dziś, jego zdaniem, filozofowie są jeszcze bardziej bezradni niż w epoce Marksa, jeszcze dalsi od woli i możliwości zmieniania świata, bo filozofia wyczerpała się en general. („Paradoksalnie, hiperrefleksyjność i nawis krytycznej świadomości, łącznie z krytyczną samowiedzą filozoficzną, okazały się jedną z przyczyn nachodzącej nas dekadencji”). Filozofia występuje dziś albo w postaci formułowanej krańcowo hermetycznym językiem albo banalnej pop-filozofii popularnych aforyzmów („Wiem, że nic nie wiem”, „Cała historia filozofii to tylko przypisy do Platona”, „Niebo gwiaździste nade mną, prawo moralne we mnie”, „Nie mnożyć bytów ponad potrzebę”, „Bóg umarł”, etc.). W opinii Hartmana filozofia przestała być najwyższą formą dojrzałości kultury i dawno straciła rangę jaką miała za czasem swej świetności, w swoim apogeum, który osiągnęła za czasów Emmanuela Kanta. Dziś, powiada Hartman, nauka i ludzie bardziej niż kiedykolwiek radzą sobie bez filozofii i kończy się projekt kulturowy pod nazwą „filozofia”, a jeśli jeszcze trwa ostatkiem sił, to dlatego, że „karły siedzą barkach olbrzymów”. „Filozofia dała światu więcej niż ten chciał wziąć i nie ma powodu dalej zapełniać jej magazynów książkami, których nikt już nie będzie czytał”, więc „nie ma co dopisywać kolejnych tomów esejów i traktatów do Biblioteki Klasyków Filozofii”. „Filozofia umiera po cichu, a nad jej trumną będzie zapewne jeszcze ciszej” – konkluduje Hartman. Wszelkie nadzieje na odwrócenie tego procesu przypominają, jego zdaniem, próby burzenia nowoczesnego miasta, by na jego gruzach odtworzyć je w postaci sprzed wieków. Wszystko według niego już zostało wymyślone i wyfilozofowane. „Dyfuzja terminologii filozoficznej, połączona z utratą tego, co filozoficzne, odbierają w ostatecznym rozrachunku filozoficznym wypowiedziom ich swoistość. W ten sposób filozofia z wolna rozpuszcza się w totalności życia umysłowego, ulegając tak zwanej dysseminacji”. I jeszcze: „Świat, w którym słowo „filozofia” zaczęłoby znów kojarzyć się z wiedzą, musiałby chyba być tym samym światem, w którym nad ziemią na nowo rozpostarłoby się niebo pełne świętych i aniołów” – powiada Hartman. „Wszystko co stworzone przez człowieka, ma swój kres. Filozofia również. Zestarzała się i pora jej odejść”. Hartman, wśród innych jej mankamentów, zarzuca filozofii m.in. skłonność do felietonowości, literackości i estetyzacji. Sam jednak nie tylko tych pokus całkiem nie odrzuca, ale nawet błyskotliwie się nimi posługuje. W zakończeniu ostatniego rozdziału czytamy: „Cóż, belle epoque filozofii jeszcze trwa. Orkiestra wciąż gra. Nadal stoimy na barkach olbrzymów. Lecz Anuszka już rozlała olej a madame Chauchat trzasnęła drzwiami po raz ostatni przed wyjazdem do Rosji. Gra szklanych paciorków… Gra wyblakłych metafor…”.

No tak, aliści czytając „Zmierzch filozofii” Jana Hartmana nieustannie miałem w tyle głowy pytanie: czy on jest diagnostą/prorokiem na serio czy rzeczywiście, jak napisała Agata Bielik-Robson, „stawia bezlitosną diagnozę wielkiemu kryzysowi filozoficznej dyscypliny”, czy też ten szatańsko inteligentny myśliciel robi sobie prawdziwe „jaja z pogrzebu”, do którego mimo wszystko jeszcze daleko.

Jan Hartman – „Zmierzch filozofii”,  Wydawnictwo Austeria, Kraków. Budapeszt. Syrakuzy 2023, str. 229, ISBN 978-83-7866-656-1

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko