Sen trwa
staję pod niebem na drodze do nieba i właściwie nie wiem już
czy to niebo czy piekło i czy milczenie Boga musi być zapełnione
goryczą jako przedmiot
przetargu cyników z klasykami
znów mówię kocham Cię i tylko to ratuje
dni przed przeszkodami na torze wyścigowym
na którym obstawiono inne konie
innym światem
narcystycznie widzę ostatnie książki
źródło ucieczki od prostactwa
i grzechów podporządkowanych
przemijaniu
a kiedy żegnaliśmy się na pustym cmentarzu
tłumaczyłem sobie że wszystko jest poza
i z czasem naprawdę
zmyślone i za moment się obudzę
niestety
sen trwa nadal
Chińscy Wolandzi
widzę opętanych
chodzą po wodach
kłębią się na ekranach
nie toną
jak my
niebanalne dzieci
złudzeń i ideałów
ze śmiechu wartym
paciorkiem zasad
wszystko nam się
wymknęło i zamykają
nas pod skórą
jako antidotum
na współczesność
oraz wiarę wszczepioną
jako skłonność
patologii do czynów
niedoskonałych
oni wszyscy
poprawiają nas
odwzorowując szablonem
umieszczanym w sieci
kłamstw i przyzwyczajeń
wieku co jak wiatr
z deszczem szumi
za horyzontem
wojen
i znowu widzę spokojnych
szkarłatnie czystych Wolandów
moskwy klonowanej na modłę
new york Times made in china
eksportowanych z zamrażarki
świata
który powoli staje się
karykaturą
samego siebie
Już nie przyjdą zobaczyć poety
będzie inaczej
no
może tylko ta twarz zakryta dłońmi coś ci przypomina
brak mikrofonu
stolik przybity do piekła
na postumencie ofiara czysta
a u stóp
matka i wierny uczeń
sala pusta
ktoś siadł w przedostatnim rzędzie
ogrzać się na polu minus pięć
a we dworze wszyscy święci
pilnują ognisk
a może będzie inaczej
przeczytam wam wiersz
oj nie
to dopiero początek
choć bylejakość
zastępuje wszystko
i wszystko okazało się niczyje
a wiara
stopniała
już nie przyjdą
poczekają aż padnie
ostatni
pochowają go cicho
znikną
najciszej
te deum
i wszystko będzie jutrem
Stratosfera
to będzie kolejny smutny wiersz o miłości
bo jesteśmy z pamięci
a świat za oknem coraz brutalniej odrzuca
wszelką pamięć
na wysypiska bezludne jak
pola śmierci
i poranne wybudzenia
to będzie skarga bez tematu
bo tematy nie są dziś potrzebne
nikomu i niczemu i nie żyją w przestrzeni
publicznej tak dobrze jak wirus
zwielokrotniony wizją
śmierci
bez oddechu
to będzie a w zasadzie już jest
ostatnie namaszczenie
dziecka z krwi
do postępu
wygranego na loterii
różowych sztandarów
nowej mowy
pobłogosław mnie ojcze
bowiem zgrzeszyłem
pychą i żądaniem
banalnych dni
beztroski
które kończą się
jak kamuflaż nocy
przed świtem
najgorszy jest brak puenty
brak przebaczenia
w spopieleniach
Lustra
ponoć jesteś albo cię nie ma
tyle tylko można o nas powiedzieć
może to
właściwie wystarczy aby opisać
całą tożsamość
czasy są jak misterium
w dobrze skrojonych lustrach
zakrzywiają się rzeczywistości
podobno lustra
już się nie tłuką
ich szklane dusze
zmatowiały
jak wszystko
co utraciło szlachetność
nasze sylwetki
są
a kiedy ich nie ma
zza tafli
mrugają wspomnienia
czasy są dziwne
przeźroczyste
Nowa idea
gdzieś w otchłani tego pokoju
majaczy misternie liryczna myśl
chaotycznie złuszczającego się czasu
pisanie kończy się
ze ścian i sufitów odpada
niezdarność
wraz z brudnym świtem
trupio bladym
zamiast duszy
wewnątrz tego pokoju
umarła już tysiąc razy
pamięć
co nie ogarnia
nocy
ani żadnej rzeczy
która jego
jest
Pisanie
pisanie kończy się
goryczą
gorycz
kończy się kroplą atramentu
atrament kapie
na ziemię spowitą
ciemnością
pisanie kończy się
zmartwychwstaniem
bo śmierć jest mniejsza
niż
pisanie
mniejsza
niż czas
tylko gdzieś
wewnątrz
kołacze się
idea
ciemności
niekończącej się nigdy
żadnym czasem
jak pisanie
Epitafium
znów próbujesz
wyślizgnąć się na powierzchnię
przebierasz rękami
szamoczesz się miotasz
już prawie
znów próbujesz
wskrzesić choć okruch
chwili minionej
rozpalić coś od nowa
nadaremnie
znów i znów jałowość chęci
jaskrawość dnia
błąd codzienności
matematyczna skaza
filozofii
jesteś człowiekiem i nic co ludzkie
a jednak obce
znów zatrważa coraz mocniej i mocniej coraz głośniej
i ciągle już brak ci
tchu
tonąc
marzymy jak znowu gdzieś urosną magnolie
zakwitną jaśminy
i wybuchnie zieleń
a my znowu
pokochamy
Kiedy już pokonam gniew
pójdę platynową aleją
na koniec świata
otworzę bramę na morze
nieskończenie błękitne
piękne dumne i
łagodnie niebieskie niebo
moje białe żagle
dopełnią ukojenia
będę leciał lekko
po kuszący horyzont i już zawsze
spokojnie patrzył
w przyszłość
a kiedy pokonam
siebie
nie trzeba będzie pokonywać
już niczego
wystarczy wtedy
czekać
na jutro
na godota
na czasu
szelest
i samo to czekanie
będzie radością
spokojem
chwilą nieskończoną
Mitoman
czasami zapominam kim jestem i dlaczego tu jestem
wtedy wymyślam sobie
że jestem poetą
siedzę nad brzegiem życia i śmierci
strzepuję popiół piekielny i czekam na anioła
który ocali mnie od sądu
niemal ostatecznego
siedzę sam nikogo już nie ma wszyscy pobiegli
po watę cukrową robić małą rewolucję klonów
historii i pokolenia definitywnie skazanego na
przeliczanie ciał
gaszę papierosa coraz ciemniej
i deszcz przestał padać
brzeg oddala się jak
śmierć od życia
obydwa te światy wysadziły mosty wymordowały
zdobywców wykastrowały mężczyzn i skoszarowały
kobiety
nie prześlizgnie się żadna
dusza
przypominam sobie
że jestem od dawna
namiastką wszechświata
zatrutego
czasem
z marzeniami
do góry nogami
Andrzej Walter
Poeta, fotografik, publicysta, autor tekstów krytyczno-literackich, członek redakcji
E-dwutygodnika artystyczno-literackiego Pisarze.pl, stały współpracownik Gazety Kulturalnej, kwartalnika literackiego Migotania i śląskiego czasopisma Art-Post. Członek Prezydium Zarządu Głównego Związku Literatów Polskich oraz Wiceprezes Krakowskiego Oddziału ZLP. Przewodniczący Komisji Kwalifikacyjnej przy Zarządzie Głównym ZLP. Autor ośmiu tomów poezji: Paryż (2003), Miłość (2007), Tam gdzie zebrałem poziomki (2010), Punkt rzeczy znalezionych (2011), Śmierć bogów (2012), Pesel (2013), Ciężar właściwy (2017), Korozja (2020) oraz wyboru wierszy „Niepokój horyzontu” (2014) i dwóch publikacji krytyczno-literackich: „Czas zbierania kamieni” (2017) oraz „Poezja mi wszystko wyjaśniła” (2022).