Irena Kaczmarczyk rozmawia z Ewą Preisner

0
214

Z JAMY MICHALIKA
Przemalowane lata Ewy Preisner

Ja z Ewą Preisner


Irena Kaczmarczyk:  Ewo, jesteś admiratorką Piękna. Wrażliwość na piękno dziedziczy się w genach? Jak to jest u Ciebie? Jakim byłaś dzieckiem? Czym dla Ciebie jest Piękno?

Ewa Preisner:  Ach, jakie piękne pytanie! Nomen omen. Nie wiem jednak czy to geny. Czy taką wrażliwość się dziedziczy, czy uczysz się jej w domu, w szkole, w środowisku, w którym wzrastasz? Czy to jest dar?  Dar losu? Uśmiech nieba? Chciałoby się wierzyć, że każdy może się jej nauczyć, chciałabym w to wierzyć. Ale ta wiara tylko ukazuje, jaką wielką piękno jest dla mnie wartością. Jakie ma znaczenie. Tak wielkie, że chciałabym, by była udziałem wszystkich ludzi. By każdy żył w pięknie, by żył pięknie. Ale tu oczywiste pytanie: czym jest piękno? Różnie się  przecież to piękno odczuwa, postrzega, używa innych kategorii do jego opisu,wręcz różnych definicji. De gustibus non est disputandum. I nie będę z tym dyskutować. Nie noszę w sobie żadnych, najmniejszych tęsknot za uznaniem, że moje kanony piękna są lepsze niż inne. Zresztą, jak uczy nas historia – ileż razy się one na przestrzeni dziejów zmieniały. I to jak radykalnie! Jak ostatecznie! Jak nieznośnie!

Niech każdy się cieszy własnym pięknem, tak jak go czuje i rozumie. Marzę tylko, by żaden człowiek nie rezygnował z tej swojej potrzeby, by ją pielęgnował i celebrował. By czerpał z niej radość i siłę. Ja miałam to szczęście wychować się w domu i w rodzinie, gdzie to była istotna kategoria i wartość. Otaczało mnie wiele Piękna. Wiele dbałości o Piękną Jakość. Takie trochę wiano dostałam, więc niosę go w świat. To nie tylko przyjemność, to coś daleko więcej – to sposób na chaos i biedę tego świata, swą niemoc i pogubienie. To kompas na moją podróż przez życie. W naszej rodzinie kochało się muzykę i malarstwo, stare przedmioty i ładne sprzęty, kwiaty, ceniło kolor i kontakt z naturą. Dobry film i poezja. Jazz. Swing. Puccini. Chopin. Kiedy w wieku dwunastu lat trafiłam na pierwsze przedstawienie operowe, dostałam ataku histerii z powodu nieutulonego żalu nad losem biednej Madame Butterfly i śpiewacy wyszli do foyer, by mnie pocieszyć i uspokoić, że madame znów jutro zaśpiewa swój  przeszywający dramat. Jeszcze i dziś wzrusza mnie ta mała dziewczynka szlochająca wtedy w teatrze. Dziś potrafię już ją przytulić i uznać oraz docenić jej wzruszenie. Wtedy oczywiście, chciałam się zapaść ze wstydu pod ziemię. Byłam dzieckiem wrażliwym, cichym, zanurzonym w świat swej wyobraźni i marzeń. Dużo czytałam, rysowałam, malowałam, myślałam i śniłam na jawie. Na urodziny dostawałam przez lata garść zielonych winogron i tomik wierszy. Zebrałam całkiem pokaźną biblioteczkę. Trochę się w rodzinie obawiano, że moja wrażliwość będzie mym balastem, jakby kalectwem, z którym trudno mi będzie znaleźć sobie miejsce w życiu, być skuteczną i bezpieczną. Szeptano po rodzinnych kątach o nadwrażliwości, tak jakby to była przypadłość, którą trzeba leczyć, na którą coś trzeba poradzić. Jakoś jej zaradzić.

Dziś myślę, że wrażliwość jest moją siłą i znakiem herbowym. Jest dla mnie źródłem siły i radości, inspiracji do twórczego życia. Inspiracji do mojego życia.

Gdy dziś słyszę, że mówi się o jakimś dziecku: „nadwrażliwe”, mam ochotę od razu reagować, prosić, by nikogo w ten sposób nie naznaczać. Jedyne, co warto wtedy zrobić to nauczyć małego czy młodego człowieka, by umiał swoją wrażliwość docenić i by nauczył się nią zarządzać. Tak, by stała się dla niego źródłem mocy, a dla świata zbawieniem. Szansą na przeobrażenie.

Jesteś absolwentką krakowskiej ASP. Czego nauczyłaś się w pracowni prof. Zbigniewa Grzybowskiego? Jak wspominasz lata studiów?

Jak najpiękniej! To były ważne i dobre lata. Pełne pasji, pracy, nauki, odkrywania świata sztuki, wielkich dzieł i ich twórców. Lata pełne szalonych przyjaźni, miłości, zauroczeń, poszukiwań. Przemalowane lata. Narysowane lata. Przetańczone lata. Spotkałam tylu wspaniałych ludzi – nauczycieli i kolegów. Pierwsze podróże w daleki świat. Nie mogłabym sobie wymarzyć lepszego startu w dorosłość, w dojrzałość. Stawania się. Człowiekiem. Artystą. Świadomą Osobą.

To były lata odnajdywania siebie.

Pięknie to określiłaś: przemalowane lata. Dyplom uzyskałaś w 1980 roku. Czy w czasie studiów zaglądałaś do Jamy Michalika, jak to czynili niegdyś studenci tej uczelni?

Przede wszystkim przychodziliśmy tu rodzinnie na niedzielne lody. Z ojcem na kawę mrożoną. Najlepszą w Krakowie. Może zresztą nigdzie indziej nie było takiego kultu kawy mrożonej, jak tu. Z mamą na kawę po turecku, podawaną w małych miedzianych tygielkach. A na pierwszym roku studiów przybiegałam tu na „ korepetycje” z geometrii wykreślnej u pewnego zaprzyjaźnionego doktora Politechniki Krakowskiej. Dla nas, „ artystycznych humanistów” ta geometria była zmorą i jak się szybko okazało, każdy przyszedł na studia z rozległymi lukami w tym zakresie. Bez koleżeńskiej pomocy – grób i mogiła. Nie dalibyśmy sobie rady. Przed zajęciami z geometrii wykreślnej, w każdy czwartek biegłam z zadaniami pełnymi błędów, obrazu mej ignorancji, a kolega poprawiał, tłumaczył, uzupełniał, nauczał, właśnie tu, w ciszy tego wnętrza. Potem z udoskonalonym produktem zadania domowego biegłam na Akademię, gdzie cała moja grupa korzystała z owoców Michalikowych posiadów.

Już w czasie studiów związałaś się z Piwnicą pod Baranami, gdzie przygotowywałaś scenografię. Tu poznałaś Annę i Jerzego Turowiczów, z którymi zawiązała się przyjaźń: Gdy kończyłam ASPwspominasz trafiłam do Piwnicy pod Baranami – szkoły życia, gdzie było mi dane spotkać Annę i Jerzego Turowiczów. Oni mnie przyjęli, czy nawet: przygarnęli, biorąc pod swoje skrzydła. I ja, jak w pracowni mistrza, mogłam się kształtować dalej. Nie dojrzewałam w ogniu walki, konfrontacji, sprawdzania się – z takiego pieca wychodzi inny rodzaj człowieka. Przypadł mi w udziale łagodny uniwersytet anielskich ludzi, wśród których mogłam wzrastać emocjonalnie i intelektualnie. Opowiedz coś więcej o tej przyjaźni, która rozkwitła na ul. Lenartowicza, gdzie wasze mieszkania dzieliło tylko pół piętra… o dyskusjach na temat kolejnego odcinka Dekalogu, kolejnej części Trzech kolorów, o plenerowych spektaklach w Maszycach, gdzie zamieszkaliście w dworku wraz z mężem Zbigniewem Preisnerem w 90. latach, o atmosferze Waszego domu otwartego na przyjaźń, o której śpiewa w jednej z piosenek Andrzej Sikorowski.

To było wielkie szczęście i zaszczyt spotkać Jerzego i Annę. Niezwykli ludzie – piękni i dobrzy. Mądrzy i hojni. Częstym gościem był na Lenartowicza Piotr Skrzynecki. Wpadał często i najczęściej niespodziewanie. Niezawodnie zawsze o północy z 23 na 24 grudnia. Zjawiał się na progu z wielkim bukietem kwiatów i imieninowymi życzeniami. Razu pewnego spotkał się w naszej kuchni z Jackiem Kuroniem, który właśnie wyszedł z kolejnego więzienia i przyjechał do Krakowa zaczerpnąć świeżego powietrza. Zachwycali się sobą nawzajem i wspierali. Piotr dziękował Jackowi za walkę i poświęcenie. Jacek Piotrowi za stworzenie enklawy wolności. Mówili do siebie: Jacku, jesteś Skrzyneckim niezłomnego podziemia; Piotrze, jesteś Kuroniem polskiego kabaretu. Wszystko leciutko, na paluszkach, z dystansem autoironii.

Którejś nocy po Kabarecie odwiedziła nas większa grupa piwnicznych artystów. Po kolei zasiadali do pianina, ktoś przyniósł gitarę. Śpiewaliśmy, graliśmy, piliśmy, jak to mówił Piotr szalone alkohole. Wstał dzień i nasi goście powoli rozchodzili się do swoich domów. Zanim się udałam na spoczynek wzięłam naszego psa na spacer. Na ulicy ukłonił mi się pewien miły pan. Jak się okazało mieszkał w sąsiednim domu i całą noc nie zmrużył oka. Ale nie miał pretensji. Był raczej rozbawiony i wdzięczny za ten nieoczekiwany prywatny koncert. Powiedział, że było pięknie. Taka to była atmosfera, klimat tamtych lat. Prawdziwa bohema, czyż nie? Ale przy tych naszych stołach, i na Lenartowicza, i w Maszycach dużo, bardzo dużo było też pracy. Dyskusji, rozmów o sztuce, poszukiwań odpowiedniej nuty, dobrego obrazu, odpowiedniego słowa, sporów o kształt następnego programu Piwnicy. Rozpalały nasze serca dyskusje o nowej książce, filmie, premierze, najnowszej wystawie w BWA czy Pałacu Sztuki. Przyjeżdżała artystyczna Warszawa. Przyjeżdżali filmowcy i muzycy ze świata. Dużo było muzyki. Dużo było pasji.

Aż chciałoby się być pośród Was...Wiesz, że pracowałam kilkanaście lat w XXIX LO w Krakowie, które jako pierwsze w Polsce w roku 1996 przyjęło imię wybitnego reżysera Krzysztofa Kieślowskiego. Czytałam, że w Waszym krakowskim mieszkaniu bywał Krzysztof Kieślowski, Krzysztof Piesiewicz i w kuchni toczyły się ważne rozmowy pomiędzy reżyserem, autorem scenariusza i Twoim mężem, który skomponował genialną muzykę do Trzech kolorów, Podwójnego życia Weroniki…Ewo, na Twoich oczach dokonywały się tak wielkie rzeczy…

Gdy Krzysiu Kieślowski przygotowywał się do Podwójnego życia Weroniki, chciał by muzyka powstała zanim przyjedzie do Krakowa kręcić pierwsze sceny. By Irenka Jacob, która grała Weronikę miała już swoją muzykę do zaśpiewania. Żeby zżyła się z tą muzyką, żeby żyła tą muzyką. Zanim rozlegnie się pierwszy klaps, musiała powstać pieśń dla Weroniki. Rzuciliśmy się gorączkowo przeszukiwać arcydzieła literatury – trzeba nam było dobrego tekstu, by zainspirować kompozytora i by stworzyć coś, co poniesie Weronikę w przestworza. Piotr rzucił mi którejś nocy opasły tom Boskiej komedii ze słowami: „Szukaj. To jest to. Tu są te słowa”. I wieczorem znalazłam. Nawet kilka wyśmienitych fragmentów. Zbyszek wybrał ten, który zagrał mu natychmiast w duszy. Tak, pięknie i wzruszająco było być tak blisko tego procesu twórczego, być przy narodzinach prawdziwej sztuki. A czasem też trudno.

Przez 20 lat byłaś związana ze środowiskiem Piwnicy pod Baranami. Stamtąd wywodził się Twój pierwszy mąż Zbigniew Preisner. I oto w roku 2007 zmieniłaś zupełnie środowisko, przeprowadzając się wraz z drugim mężem do podkieleckiej wsi, gdzie po przekroczeniu bramy Waszej posiadłości wchodzi się w inną przestrzeń. Stworzyliście z Tadeuszem dom z duszą, urządziliście piękne artystyczne wnętrze a nieskażona przyroda wspina się do okien i drzwi … nawet na dachu rośnie ogród.

W pewnej chwili poczułam, że już nie mam się czym nakarmić. Że brak mi inspiracji. Że pośpiech i nerwowość wielkiego miasta rozbija mi duszę. Że brak mi tchu. Czułam się też przytłoczona społecznym zadaniem, jakie podjęłam kilka lat – wspomaganiem ludzi dotkniętych chorobą  nowotworową. Wraz z grupą lekarzy i przyjaciół stworzyliśmy Stowarzyszenie Wspierania Onkologii Unicorn. To była praca na pełnych obrotach. Bardzo intensywny czas dotykania bolesnych i trudnych obszarów. Trudne doświadczenie.

Pewien nauczyciel powiedział, że w życiu każdego człowieka przychodzi taki moment, że musi wrócić do źródła, do korzeni, do natury. Potrzeba mu się po długiej wędrówce znów ugruntować. Poczuć smak ziemi, zieleni, usłyszeć ptaki, zobaczyć niebo. W mojej małej wiosce na Ponidziu znów poczułam rytm życia. Piękno zmieniających się pór roku. Ciszę. Zobaczyłam znów światło. Nic nie przeszkadza nocami gwiazdom, mogę się sycić nimi do woli, są na wyciągnięcie ręki. Z nocnego marka przeistoczyłam się w rannego ptaszka, bo żal mi cudów poranka. Ale i tu, mam malarstwo, muzykę i literaturę.

Dom na Ponidziu jest pełen Twoich pięknych płócien, które mają swoje historie. Możesz opowiedzieć, co przedstawiają obrazy i co było impulsem do ich namalowania?

Moje obrazy to mój dziennik podróży. To świat, który oglądam z zachwytem przez te wszystkie lata i mam go pod powiekami. To zapis mego wędrowania przez miasta, lasy, pola. To moje małe i duże drogi. Moje wzruszenia gromadzone w trakcie tej podróży: zadziwienia, olśnienia, zaskoczenia, smutki. Myślę, że też nauka, jak godzić się na przemijanie. Jak mu dać w swym życiu miejsce. Jak to uznać. Pozwól, Irenko, że przywołam na pomoc wielkich mistrzów. Ich słowa najlepiej oddają czym jest dla mnie sztuka.

Jackson Pollock:

Artysta nie może ponieść porażki. Sam fakt bycia artystą już jest sukcesem.
Malowanie jest odkrywaniem siebie. Każdy dobry artysta maluje to, czym jest.

Uprawianie sztuki, bez względu na to, czy robimy to dobrze, czy źle,  jest sposobem na wzrost duszy. Więc działaj. to Kurt Vonnegut

Banksy:

Nie wszyscy zrozumieją Twoją podróż. W porządku.
Jesteś tutaj, aby żyć swoim życiem, a nie po to, by wszyscy zrozumieli.

I jeszcze na koniec taka perełka:

Powiadają, że w malarstwie nie trzeba niczego szukać, żadnych nadziei,
że dobry obraz, dobra rozmowa i dobry obiad są szczytem szczęścia.

Pamiętasz zapewne nasze lipcowe spotkanie u Ciebie na tarasie, pogawędkę przy kominku gdy zapadł zmierzch… I te rozmowy o listach van Gogha do brata, które mi pożyczyłaś… Powiedz, czyje malarstwo Cię fascynuje, których artystów cenisz najbardziej. 

Jest wielu wielkich mistrzów drogich mi i bliskich! Van Gogh przede wszystkim, ale to raczej pokrewieństwo dusz. Mój brat w sztuce. Wzrusza mnie jego malarstwo i jego życie, jego wrażliwość i wszystkie jego … kłopoty. Boli jego rozpacz i samotność. To taka miłość. Po prostu bliski człowiek.

Ale też Rembrandt. Wielki. Wspaniały! Gigant. Tajemnica. Magia. Bosh. Tycjan. Caravagio. Ale też Picasso – bardzo kochany. Matisse. Klee. Chagalle. Kandinsky. Rothko. Kocham kolor i światło. Zachwyca zmienność i nieprzewidywalność, zmrużenie powiek, pasja, oddanie. 

Na jednym z ostatnich portretów Luni, Modigliani napisał na odwrocie: 

Życie to dar, podarunek od nielicznych dla tych, których jest wielu, od tych którzy mają i wiedzą, dla tych którzy nie mają i nie wiedzą. Mogę powiedzieć, że sztuka to taki podarunek. Dar życia.

Ewo, opuściłaś ukochany Kraków  nie powiem, że go zdradziłaś, bo często tu bywasz i pięknie o nim piszesz, choćby w posłowiu do mojego krakowskiego tomu poezji Kanonicza 14. Pozwól, że przypomnę jego fragment: (…) Obudził się mój Kraków. Śpiący pod powiekami, drzemiący w każdym zakamarku pamięci. Kolebka, dom – utracony, a jednak zawsze we mnie obecny. Na zawsze we mnie zatrzymany (…). Czymieszkając na wsi, oddalają się od Ciebie i zmieniają kolory Twoje ulubione zakątki Krakowa, przyjaźnie? Nie tęsknisz za Piwnicą, teatrem, kinem, wernisażami?

Wiele się zmieniło we mnie i w świecie, który znałam i kochałam. Tylu kochanych, miłych przyjaciół odeszło. Nie spotkam ich już na Plantach ani w „Vis a Vis”. Tym ważniejsze są dla mnie relacje, które pozostały. Wszystkie bardzo cenne. Wszystkie żywe. Wciąż przecież dostępne na wyciągnięcie ręki. To na zawsze będzie mój świat. Moje miejsce.

Wystawiałaś swoje prace w różnych galeriach w Krakowie i poza nim, np.  w Międzynarodowym Domu Spotkań Młodzieży w Oświęcimiu, gdzie była możliwość prezentacji dużych formatów Twoich prac. Przeszklona Galeria ożyła kolorami… Obrazy komponowały się cudownie z wnętrzem i pomyślałam, że mogłyby one tam zamieszkać na stałe…Wystawa przy ulicy Floriańskiej w Krakowie zgromadziła wyjątkowe autorytety sztuki. Pachniało ekologicznymi truskawkami a Ty w kolorowym szalu tak poetycko mówiłaś o swoich obrazach… 

Miło mi, że tak ładnie to pamiętasz, ale dla mnie to są  najtrudniejsze momenty, kiedy stojąc przy swoich obrazach mam o nich mówić. Bardzo to dla mnie krępujące i zawsze mam ochotę błagać: no nie, serio? Przecież już tu wszystko namalowałam… i jeszcze słowa… słowa to nie moja bajka… popatrzmy po prostu…

Może jest w tym co mówisz sporo racji…

Ewo, zapytam teraz, czy pandemia zmieniła barwy Twoich prac? Jak wpłynęła na Twoją wyobraźnię?

Nie, nie czuję zmiany. Czas pandemii nie przyniósł jakiś znaczących zmian w moim życiu. Żyję na uboczu, na marginesie wydarzeń. To daje mi też dystans i trochę inny ogląd rzeczywistości. Świat się zmienia na naszych oczach. Niszczymy własnymi rękami naszą Matkę Ziemię, więc musimy być gotowi ponosić tego konsekwencje.

Malarstwo to nie jedyny sposób na wyrażanie siebie. Projektujesz okładki do poetyckich tomów, malujesz obrazy do wierszy, np. do mojego tomu śpiew ziemi. Piszesz posłowia. Potrafisz pięknie mówić o poezji. Powiesz coś na ten temat? Jakie książki czytasz? Ulubieni autorzy?

Bez książek nie wyobrażam sobie życia! Czytam dużo i zachłannie. I na różnych nośnikach. Filozofia, psychologia, wspomnienia, powieści obyczajowe, kryminały. Studiuję ostatnio Junga, który zawładnął moją wyobraźnię, wróciłam do przepięknych, monumentalnych wspomnień Joasi Olczak-Ronikier W ogrodzie pamięci, listy Jerzego i Anny Turowicz do Julii Hartwig i Artura Międzyrzeckiego. Monografia o Jerzym Jarockim, listy Wisławy Szymborskiej do Kornela Filipowicza, Naku*wiam zen – rozmowa Marii z jej ojcem, Janem Peszkiem. Wspaniała, poruszająca Annie Ernaux „ Bliscy”. Przepiękna powieść rdzennego Amerykanina o życiu w indiańskim getcie. A z poezji ukochana Rupi Kaur i jej dwa tomiki: Mleko i miód oraz Dom ciało.

Ewo, przenieśmy się znów na wieś. Dzięki Tobie powstała Chata Bogucka – wiejskie muzeum regionalne w Bogucicach. Jesteś projektantką wnętrz. Opowiedz, jak zdobywałaś cenne eksponaty do Chaty?

To była urocza przygoda! Kiedy zamieszkałam w Bogucicach, poznałam panie z miejscowego stowarzyszenia, powstałego na zrębach koła gospodyń wiejskich. Gospodarowały na 130. metrach poprzedszkolnych gminnych włości. Zaniedbanych i zdewastowanych. Zobaczyłam piękne kobiety, pełne pasji i energii, pełne humoru i zapału. Naturalną koleją rzeczy było dołączenie do takiego zespołu. Napisaliśmy projekt, pozyskaliśmy fundusze oraz hojnych sponsorów, których ujęło nasze zakręcenie. Mieliśmy doprawdy wielu pomocników. Idea była taka: w tych niewyszukanych, banalnych wnętrzach stworzyć namiastkę dawnej Boguckiej chaty. Wypełnić je sprzętami z dawnych  lat, wspomnieniami. Stworzyć magiczną przestrzeń, gdzie łatwo przywołać wspomnienia i przypomnieć dawne obyczaje i klimaty, ale i nawiązać nowe więzi, dać schronienie nowym relacjom, upiec chleb, zaśpiewać, czegoś nowego się nauczyć, pięknie spędzić czas. Usłyszał o naszych planach sąsiad, poeta, Adam Ochwanowski, który wtedy w pałacu w Chrobrzu gromadził od lat stare sprzęty, tkaniny i obrazy. Nasza wizja i trzy izby, jakie powstały po remoncie aż prosiły się o przytulenie tych artefaktów. Były tam sprzęty rolnicze, sprzęty gospodarstwa domowego, maselnice, dzieże, łopaty przydatne do pieczenia chleba, misy, donice, łóżka, stoły, kredensy. A także święte obrazy, lichtarze, książki do nabożeństwa. Serwety, chusty, kolebki. Skarby. Zbudowaliśmy w Chacie piec chlebowy. Poszyliśmy poduchy, narobili wiszących pająków, wycinanek, serwetek i obrusów, pozawieszaliśmy stuletnie makatki. Przed obrazami znów zapłonęły „wieczne ogniki”. Gdy ludzie zaczęli odwiedzać chatę i zobaczyli nasze, ich, małe muzeum zaczęli przynosić cudeńka ze swoich domów, strychów i piwnic. Zbiory się powiększały. Wiele miłych, wspólnych wieczorów spędziliśmy przy świeżo upieczonym chlebie, kolędach, śledziku i jajeczku, darciu pierza i dzierganiu koronek. Przez jakiś czas działała Bogucka Kuchnia Poetycka. Zapraszaliśmy znajomych poetów i słuchaliśmy ich wierszy. Sami na tych spotkaniach układaliśmy wspólnie haiku, by zatrzymać czas. A wszystko przy biesiadnym stole. Można powiedzieć, że było nie tylko ciepło, miło ale i smacznie.

To prawda. Wprowadziłaś więc do Chaty Boguckiej literaturę, organizując spotkania autorskie, warsztaty dla dzieci. Bywali tu utytułowani wykładowcy z Krakowa. Prowadziłaś też w Chacie dwa moje spotkania poetyckie, więc miałam okazję podziwiać Twoje wszechstronne umiejętności, włącznie z wymyślnym menu dla zaproszonych gości. Do dziś pamiętam smak przepiórczych jajek i jabłka z dziką różą upieczone w prawdziwym wiejskim piecu przez panie z Koła Gospodyń. Chata Bogucka wzbudziła zainteresowanie mediów. Czy to już historia?

Życie toczy się dalej, wciąż się zmienia. Ludzie przychodzą i odchodzą. Czasem do innych zajęć. Czasem do innych światów. Dzieci wydoroślały. Panie szukają odpoczynku i relaksu. Odskoczni od codzienności. Dziś realizujemy tam trochę inne potrzeby.

Wróćmy jeszcze na moment do miejsca, w którym teraz przy filiżance espresso prowadzimy rozmowę. Wpadasz do Jamy, gdy odwiedzasz Kraków? Jak oceniasz secesyjny wystrój muzealnej kawiarni? Co sądzisz o malarstwie Kazimierza Sichulskiego?

Przyznaję szczerze, że Jama nie leży aktualnie na moim szlaku. Trochę pozmieniały się moje ścieżki. Częściej zaglądam do „Camelota”, gdzie sycę oczy Nikiforem. Bardzo mi bliskim, bo pamiętam Go jeszcze z Krynicy, gdzie mieszkali moi Dziadkowie. Nikifora spotykałam na deptaku, w Parku Zdrojowym, przychodził na śniadanie do Babuni. Widzę Go nad kubkiem gorącego kakao i talerzykiem z kanapkami. No a potem cudowny film Krzysia Krauzego ze wspaniałą Krystyną Feldman. Ale Jama jest poza konkurencją. To miejsce wyjątkowe. I z powodu swej historii, swojej legendy jak i zgromadzonych tu dzieł sztuki. Sichulskiego podziwiam szczególnie za karykatury, bo może huculszczyzna to niekoniecznie moje klimaty. Teraz, kiedy tak tu rozmawiamy zdałam sobie sprawę, że to miejsce jest dla mnie wciąż bardzo żywe i nie myślę o nim jak o muzeum, a to za sprawą kina! To Andrzej Wajda i Jego epicki spektakl oraz film, a raczej serial sprawiły, że czuję tu wciąż puls życia, że tu wszystko może się jeszcze zdarzyć, że wpaść może Ktoś…może pan Boy, może Zbyszko Dulski, może pan Rydel z panem Wyspiańskim?

Ewo, czy będziemy mogli zobaczyć, i w jakiej kolorystyce, Twoje najnowsze prace? Planujesz kolejną wystawę? Jeśli tak, to gdzie?

Maluję, szkicuję, rysuję. Weszłam w nowe rejony, w nowe krajobrazy, ale za wcześnie, by o tym mówić. Mam nadzieję na dużo jasnych i ciepłych kolorów. Zobaczymy, jak się uda. Teraz siedzę też nad projektem specjalnym. Wraz z nauczycielkami z buskiej szkoły, której patronem jest Janusz Korczak chcemy stworzyć przed szkołą korczakowską ławeczkę. Kolorową, jasną. Chcemy zbudować ją z deseczek, na których dzieci swoimi łapkami napiszą cytaty z dzieł Starego Doktora. Wielkiego Doktora. A szczególnie Jego prawa dziecka. Doktor powtarzał, bo w to wierzył i temu poświęcił życie: prawa człowieka zaczynają się od praw dziecka. Wokół ławeczki zasadzimy piękne drzewo – może magnolię, może rajską jabłonkę – i posiejemy kwiaty dla motyli. Z czasem koniecznie też muszą powstać domki dla książek, do wymiany i dzielenia się. Ładna praca, prawda? Ociepla serce.

Tak! Cudowny pomysł! W puencie zadam Ci najtrudniejsze pytanie. Szczęście. Jak zdefiniowałabyś pojęcie szczęścia?


Czesław Miłosz

Dar

Dzień taki szczęśliwy,
Mgła opadła wcześnie, pracowałem w ogrodzie.

Kolibry przystawały nad kwiatem kaprifolium.
Nie było na ziemi rzeczy, którą chciałbym mieć.
Nie znałem nikogo, komu warto byłoby zazdrościć.
Co przydarzyło się złego zapomniałem.
Nie wstydziłem się myśleć, że byłem, kim jestem.
Nie czułem w ciele żadnego bólu.
Prostując się, widziałem niebieskie morze i żagle.

Tak sobie wyobrażam szczęście.

Dziękuję, Ewo.

 Jama Michalika, Sala Fryczowska (Zielona), 02.08.2023

Jama Michalika, Sala Czerwona (stara)
Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko