Wiersze tygodnia – Piotr Müldner-Nieckowski

2
206
Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska


Dzień radosny

Nadeszły wady starości
lecz sczezły słabości młodości


Plecy

A cóż to, nagle odwraca się osoba, która przede mną stoi,
patrzy mi prosto w twarz, widzę jej mocne oczy.
Jej uśmiech od brzucha, piersi, biegnie przez wargi
aż do szczytu głowy, gdzie wszystko można sobie wytłumaczyć,
by potem wrócić do stanu niewiedzy, że stoi ta kobieta
plecami przed tobą i chce z tobą coś zrobić,
coś chce załatwić, a może to tylko twój taki pomysł,
bo piękna jak mało kto w tym tłumie, a może tak ci się
wydaje, ale ona robi jedną nogą milowy krok do tyłu
i dotyka twojego buta, tak że chcesz wiedzieć,
co zrobi jeszcze.


Ona czyta wiersz

Patrzyłem, jak czyta wiersz
właściwie nie patrzy, mówi
gdzieś z fioletowej głębi piersi
trzymając oczy w pogotowiu
a nuż zobaczy coś z tego wiersza
czego w nim nie ma a być musi
Teraz się unosi prostuje biodra
cofa ten ruch, siada, gwałtownieje, wstaje
coś ją zmusza
wiersz nabiera smaku
najpiękniejszej soli ptaków
a jej postać wygładza się w sukni
ręką sięga do ust właśnie
wiersz się kończy
a coraz w niej płonie
skończył się i dalej
go mówi, nie ustaje
coś czuje dotyka całuje
jedzie wokół po przekątnej
pokój rozwiera, a ona w nim
jak z tym chłopcem
z którym stała wczoraj
gdy wyszli z tramwaju
Ależ piękni oboje!


Po prostu stałem

Po prostu stałem i patrzyłem na tę piękną twarz
i jeszcze zupełnie mnie nie interesowało
czy za tą twarzą w głębi głowy dzieje się
coś innego niż przepływ krwi niezbędnej
do odżywiania tkanek nerwów i rurek łączności
więc nie myślałem o tym że chcę poznać przyjemność
w jej niczym nieskażonej postaci
tę którą Bóg na mnie zesłał abym chciał mieć dzieci
i pisał wiersze książki lub ludzi leczył
z chorób uleczalnych tylko dzięki przenikliwości
ani nie starałem się dociec czy ta urocza pani
raczy na mnie spojrzeć albo wziąć za rękę
bo to nie miałoby już znaczenia
tylko pierwszy wstrząs tak wspaniale buduje samopoczucie
i odjazd do raju
lecz teraz to była chwila tylko spotkania oczu
gdy wszedłem do windy całkowicie bezpłodna
a pozornie pierwsza i ta jedyna nieoczekiwana chwila
nauczona tylko naśladować powielać oszukiwać


Umarł przyjaciel

(u-twór traumatyczno-terapeutyczny)
(po-twór)
(zapis pewnego przerażenia)
(kiedyś myślałem to o swoim ojcu)
(matka też musi być, ale chodzi o niego)
(nigdy mu nie wierzyłeś)
(ale trzeba to powiedzieć, bo ktoś inny powie)
(gdyby żył, też musiałbyś to)
(to nie kol-ega, to on)
(ćwicz potoczny patos)

Umarł twój przyjaciel, ojciec.
Matka jeszcze nie wyszła z przepaści spazmu,
a już ich dzieci, ty na czele,
stoicie u wejścia jaskini
gęstej od przezroczystości.
Tak transparentnie, że nic nie widać.
Błona niechęci zaszła na oko.
Ruszasz ręką, a widok się rozpływa.
Światło ginie, ktoś je zabija.
Lecz nie pozwolą szukać ciemnych zgrzytów
w przetworniach pamięci,
a sama pamięć, póki świeża, zmusza
do oczyszczania spiral codzienności.

Nie dziw się, że śmierć ta
zastała cię z rękami w kieszeniach
i wzrokiem niedowidzącym.
Stanąłeś w jawnym śnie, że goni cię anioł
przebrany za diabła.
Bo nagle zapadł się zatrzask
pułapki na święte myszy tworzenia,
któreś uprawiał do spółki z kimś,
kto mówił same definicje.
Z policjantem polityki.
On rzucał hasła,
tyś w nich widział Biblię Antychrysta
(i po powrocie do domu rozpisywał
rzecz w nawiasach, by odszukiwać Jezusa.
Lecz on ma słowa niełatwe,
trzymają za gardło jak sfora
z waderą pilnującą sylab…).

Musisz zaczynać sam od nowa. Teraz.
Myśleć bez emocji
sztucznie wzniecanych przez obcych.

Umarł twój ojciec z komunią ukrytą
między zębami a trybem.
Nawet jeśli kiedyś skłamał dla was
jakieś zbawcze słowa,
(przypomnij mi tylko,
kto ten kłam wymyślił i ci go podpowiedział),
coś taniego zabrał przemocą komuś na ulicy,
byście nie umarli z głodu,
jakiś dowód okroił ze skóry jak owoc,
aż krew ciekła –
nawet jeśli…, nawet gdy się błocił,
to zawsze pozostawiał płodne pestki.

Tylko nawozić je odzyskiwaną siłą!

Matka ma ciebie ze swego ciała,
jest twoją nawą na oceanie obecności.
Lecz ojciec tym mocniej wywodzi cię z lotu!
Jest wiatrem targającym morza!
Pióra w jego skrzydłach świszczą
prawdę dla ciebie – o tobie.


Polacy

Polacy na danym terenie zawsze się zagoją.
Wytniesz ich, zakrwawią, lecz ten teren zabliźnią.
To jest naród nie do wytępienia.
Skrzepnie obelga, skrzepnie instrukcja wyniszczenia,
a ich krew wciąż płynie i nie znajduje oporu.
Co za diabelska natura, bo oni się powołują
na swojego Chrystusa i na Matkę swoją.
Mówią, że to Ojczyzna.
Zapamiętaj, jeśli nie pojmujesz.
Nie wszystko jest do zrozumienia.


Ktoś naciśnie i odeśle z błyskiem

Nagle rozmowa się urwała
nawet się nie zarysowała ramka myśli
zaczęłaś snuć Koncepcje? powiedziałeś Słowo?
które miało właśnie się zaczynać
i znikło zanim się skończyło?

Tak, to już jest na Jawie, na tej wyspie
która właśnie do nas oceanem płynie
tymczasem wszystko ogłuchło
straciło brzmienie fali się wyzbyło
spust wyczynów inteligencji odjazd pomysłów
rurą do utylizacji dobrostanu
Wielkiego Pogrzebacza
i Małego Rękoczynu

W przewodach nic nie płynie
ktoś nacisnął i odesłał z błyskiem
do innej Galaktyki

w pół słowa usłyszałem brzmienie twego głosu
ale nie wiem skąd przyszedł

W chwilę potem zgasło światło
i w kuchni przestał się grzać talerz
z resztkami wędliny po moim psie
który jadał już tylko galaretki Twister

Gazu też nie ma był rosyjski
i teraz gdy przyszła ich klęska na Ukrainie
mój lwowski przyjaciel Sasza Owerczuk
zapowiada zniknięcie węgla i powrót do jaskini
w której się ostały ostatnie kolory motyli

Może pójdziemy gdzieś na spacer
wewnątrz góry przyśnień pod nakryciem ciśnień
pod bezkresem nieba na wiecznej równinie
aż nasze ciało się rozpłynie
Gdzie już szczęśliwie nie ma lokomotywy
ani silników do samochodu
i znikła sztuczna elektryczność

Zamiast chwytać za martwy telefon
przyjdź i powiedz że mam rację
i wtedy się utulimy
raźniej będzie razem


Woda

(próba smaku budzenia się ze snu)

woda czysta woda
całkiem bez mikropłatków czerni
bez żadnych szarości bieli
wszelkich duchów szepczących źle na ucho
chemicznych cząstek paluszków smaku
wyjałowiona z wód podniecających
podniebienie zęby język nie czują więcej
niż wilgoć bólów smutku
lecz i wesołość twoją radość z tego
że kwiat rosnący w dół powstaje
sięga nad pałac naszego naszego
powtarzam naszego prezydenta naszego
obelga za obelgą leją wodę pustką słów
obelżywą wulgarnością wody z warg
od nędznych myśli grzebiących żywcem
tych co mają więcej więcej
przez tych co mają więcej niczego
tych co tępią tych co chodzą na cmentarz
w beznajdziejnym smutku szukania
swojego zmarłego zabitego zbezczeszczonego
albo choćby kamienia co odpadł z maczugi
jakże silne musiało być to uderzenie
w głowę go powaliło głowę rozpadłą jak kościół
który się zapadł z wybuchu nienawiści
do Boga przez niemców piszę niemców małą literą
naszego przyjaciela naszego powtarzam
i kiedy ta woda jest już po trzykroć
zdestylowana sczyszczona pozbawiona
wszelkich śladów wszelkich substancji
innych niż Ha Dwa O innych niż Aqua Destillata
i wtedy się okazuje że taka woda czysta
najczystsza z najczystszych
ma cudny niepowtarzalny smak wody
jedyny taki smak bez prostackiej soli
która niszczy wszelkie smaki źródła
które poznajemy w chwili poczęcia
i wejścia do nieba istnienia


Strach

Strach chodzić do lekarzy.
Mogą zabić, boś za stary,
mogą zabrać życie, boś za młody.
Mogą w skarpetach iść na rynek
i sprzedać cię na kotlet,
bo sumieniom rozwiązano sznurówki.
Buty pękają ze wstydu.


Widzisz ich

Widzisz ich widzisz ją i jego
stoją i dotykają się rękami
zaraz dotkną się nogami to są ludzie
którym zawsze ufałeś ale zaufanie
może być zwodnicze bardzo zawodne
ona dotyka go głową a on ją stopami
i ty to widzisz musisz widzieć
bo stoisz blisko za załomem muru
który
dzieli cię od nich jak od sali kinowej
lecz nie masz biletu nikt ci go nie dał
uważaj
widzisz więcej niż świat potrafi dowieść
że jest naukowy
niż oni potrafią cię zawieść
i jeszcze słyszysz ich przyspieszony oddech
ich drzewa właśnie dopiero teraz 
zaczynają rosnąć i się rozszerzać
jak twoje drzewka w nieogrodzonym ogrodzie
nie mogą się stykać łączyć głowami
ani stopami ani tym co jest w niej z niego
nic im nie udowodnisz
jesteś świadkiem niczego
z czego tylko ty
skorzystasz
nikt ci nie
uwierzy
że masz taki wzrok
i taką pamięć


Ziemia stop

Płowa kraszona zielenią dachami czerwienią
ziemia przypełza aż do brzegów oceanu
pięknie po drodze pokrywa nam nasze miejsca
Ale ni metra dalej! Ocean przyjmie każdą
rurkę do ssania plastik torby dwutlenek węgla
lecz ziemię? nie, ziemia stop! no pasarán!
chyba że do pożarcia do chemicznego zniesławienia
Ziemia niech wraca do siebie niech sobie cudzołoży
bez pomocy cudownych zatok i mórz i tych słodkich bryz!
Niech sama zakrywa ludzkie drążenia nory srebra
zaśmiecone sztolnie kwas siarkowy niech karmi
życie wojny ostatnim liściem eukaliptusa
Niech zauważy swoje kłopoty z pamięcią
i weźmie się za swego Alzheimera


Nic się nie zmienia

Ty nic się nie zmieniasz
Czy ja się zmieniam?
Może ja się nie zmieniam
ale ty się zmieniasz
bez najmniejszej zmiany
Nie – nic się nie zmienia
a nic jest tym czego nie ma
dlatego – sama widzisz – jest
ciągle tak samo tak jak ma być
oby jak najdłużej było tak samo
myślę i marzę o tym żeby tam
gdzie teraz jesteś ty
gdzie stoisz i leżysz zarazem
i fruniesz i nucisz
nic się nie zmieniało
i abyś tam stała i leżała
z tym uśmieszkiem
kiedy nie rozumiem
nie wiem o co chodzi
chyba że będziesz wolna
od braku zmian od tej stałości
od obu moich rąk co nic nie dają
chyba że podejdziesz


Czas ucieka

Jestem jestem ateistą powiedział wprost Wierzę że nie ma
boga Dawniej by się takich rzeczy nie mówiło
Nie wypadało Niegrzecznie się wiary nie oświadczało
żeby nie dotknąć nieateisty nie zrobić mu krzywdy
że nieateiści są zawrotem głowy puszczonym w kapciach filcowych
Kiedy chodzi o prowokowanie policjantów na usługach diabła
dzisiaj się nie mówi jestem jestem katolikiem kocham to
kocham tamto pomagam temu pomagam tamtemu
wtedy dawniej też się nie mówiło że się kocha i pomaga
nie wypadało mówić o rzeczach tak zwyczajnych i normalnych
i nawet zauważyłem że w Ameryce znowu jak dawniej
nie wypada pytać w co wierzysz do którego kościoła
nie należysz do którego należysz wierzysz w coś masz jakąś
religię i taka osoba dziwi się ma to zdumienie wypisane na
twarzy lęk ma w palcach w Polsce też gdzieniegdzie
kręci się biodrami żeby zejść z tej śruby
ucieka ucieka przed tobą zobacz to widać na ekranie twojego
komputera znika masz pusty ekran przed sobą zapisany
tylko fotografiami chaosem tekstów bełkotem błotem
ludzie zabijają tym czas którego potrzebują żeby się
otrząsnąć a czas ucieka ucieka


Lęk kobiety i Ty

(odwrotny sonet o zwrotności i nawrotach zagubienia)
(osiemnasta próba opisu tego stanu)
(brak wykończenia, niestety)

Powiedziała, że stając się żoną,
wychodziła za mąż za kata, gdyż lubi wiedzieć,
jak ludziom dzieje się krzywda.

Ale skłamała, zrobiła to z miłości do niego,
tylko się bała, że nikt nie uwierzy,
a on ją wygna za delikatne spojrzenie na świat.

Czytasz te brednie każdego ranka w gazecie,
którą pokochałeś tak bardzo jak widok suchej gałęzi,
i boisz się jej nie kupować, bo zaraz powiedzą,
że zdradzasz wielbicieli kary śmierci.

(jedenasta linijka)
(dwunasta linijka)
(trzynasta linijka)
A jednak racja, już jesteś w kuble, wrzuciłeś samego siebie.

Wiersze tygodnia redaguje Stefan Jurkowski
stefan.jurkowski@pisarze.pl

Reklama

2 KOMENTARZE

  1. Tak, to prawda. Czasem trzeba to zrobić, żeby nie stracić kontaktu z jakimś porządnym rodzajem głębi, o co bardzo łatwo i co prowadziłoby do zapisywania maskowanej pustki na papierze (wielu tak robi i wtedy pisze wszystkim znane oczywistości). A więc są tu zagłębienia fal, dla których na szczęście jest jednak kilka ich realniejszych szczytów, szczególnie na początku zestawu, i już bez “eksperymentu”. Dziękuję za celną uwagę.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko