Marek Jastrząb – Igrce

0
36

„Naoczni świadkowie” opowiadają, że gdy za rządów Jakobinów ucinano główki przebrzydłym arystokratom, tłuszcza poczciwych rewolucjonistów zarykiwała się z uciechy. Wyła z nieutulonej radochy i całymi rodzinami gniazdowała u wezgłowia szubienicy. Niektórzy, w oczekiwaniu na śmierć swojego dotychczasowego pana, obżerając się ówczesnymi regeneracyjnymi wkładkami, przysiadali na własnoręcznie przytarganych krzesłach. A niektórzy, jak przez mgłę pamiętający sielskie okresy wojen krzyżowych, na pierwszy rzut oka ludzie doszczętnie stateczni, natomiast na drugi – w kwiecie zgrzybiałego wieku, tłoczyli się nieopodal koszyka na obcinane glace. I był to widok powszechny, zwyczajny, kawałek solidnej rozrywki, obrazek zerżnięty ze starożytnych jatek z gladiatorami w rolach jednorazowych.

Ale świat ruszył z kopyta i szafoty przestały być modne. Od czego jednak inwencja. Okrutny tłumek wykombinował stadiony z nielicznymi miłośnikami sportu, natomiast z licznymi hordami kiboli. Stadiony wszakże nie zapewniały strumieni krwi, tylko jakieś sporadyczne mordobicia bez juchy, nic więc dziwnego, że się opatrzyły i wkrótce zastąpiono je klatkami z ludzką zwierzyną.

Onego czasu w klatkach trzymano małpoludy, a zabiletowana publika znajdowała się na zewnątrz, Pod tym względem nic się nie zmieniło, tyle że zamiast zwierzyny, w klatce znalazły się  rozjuszone  człowieczki, a za kratami gromadziła się tłuszcza.

Imprezy polegające na obserwowaniu cudzych męczarni, przynosiły dochody od zawsze. Gladiatorów zastąpiły publiczne egzekucje. Potem cywilizowane kraje przerzuciły się na walki kogutów, wyścigi karaluchów i zagryzanie się psów. Lecz że relaksy te były zanadto nielegalne, współcześni jaskiniowcy wymyślili MMA.

Wyznanie

Nie potrafię uwolnić się od nadmiaru słów, porównań, myśli. Nie umiem i nie chcę dokonywać szminkowania swojego stylu. Nie zamierzam pisać bez posługiwania się odrębną składnią i budowania rozwichrzonych zdań. Zbyt późno zauważyłem, że  rozmyślne uproszczenie, zamierzona rezygnacja z rozmaitości ozdobników, rejestr wybranych, kluczowych zdarzeń gwarantujących przejrzystą formę, buszowanie wśród myślowych odnóg, rozlewisk i zakoli, paradowanie wśród przędziwa mijającego czasu, oto wyjście dla mnie, oto akt świadomego wyboru: piszę, jak czuję. źle, mętnie, mało pewnie, a często – nie najlepiej.

Artysta

Wystarczy rzec Bareja i na wielu twarzach pojawia się  uśmiech. Przywiędłe figurynki zwane Jarząbkami lub Aniołami, czy innymi frajerami z PRL – owskiego cyrku, całe te fabularne prefabrykaty mentalne złożone z tragedii, grotesek i prymitywizmu, są żelaznym tematem naszych rozmów o idiotyzmie. Filmowymi samograjami. Myślę tu o Alternatywach 4, lub Misiu. Dzieła te nie śmieszą mnie akurat.  Mam cieszyć się, że jest tak, jak nie miało być? Raczej drażnią, niż bawią, Uważam, że są wyrazem sadyzmu. Niedawną rozrywką, a teraz duchowym onanizmem dla  ubogich w rozsądek kolesi, którzy uwielbiają pławić się w namiastkach, zaprzepaszczonych szansach i oglądaniu pod światło efektów swojego smarkania w chusteczkę.

Sceneria, dialogi, śmieszne sytuacje ukazujące absurdy zgrzebnej epoki, powinny nas ostrzec  przed powrotem czasów tryumfu głupoty nad rozsądkiem. Ale czy ostrzegają? Nie.

Śmieszyły oglądane po raz pierwszy. Może za drugim też. Za trzecim, z trudem. Były sposobem na odreagowanie naszej bezradności. Miały czytelny cel, niosły wyraźne przesłanie. Natomiast gdy ogląda się je po raz tysięczny, gdy po latach i co dnia widzimy tych samych „bohaterów” wyłażących z ekranu lat siedemdziesiątych na powierzchnię współczesnych wydarzeń  i jak pod postaciami z filmowego Rysia uwijają się po dwudziestym pierwszym wieku,  jak siedzą po dzisiejszych urzędach, jak są gospodarzami domu, Aniołami przefarbowanymi na praworządnych obywateli, jak są  potwierdzeniem, że nadal mamy te same problemy – trudno mi o zachwyt nad nędzą, która tak długo trwa.

Pytam więc: jak długo możemy eksplodować gwałtownym entuzjazmem?

Skrucha

Lubię myśleć o sobie w superlatywach, pieścić w sercu przekonanie, że jestem chodzącą doskonałością, wzorem do naśladowania i pokazywania na kongresach. A kiedy  tak myślę, to martwi mnie fakt, że oprócz mnie nikt nie podziela tego zdania. Odwrotnie, po znajomych krąży opinia, że jedynym miejscem do pokazywania mojej czcigodnej osoby byłby jarmark z brodatymi kobietami i mówi wprost, żem osioł, powinienem więc sprawić sobie siodło, posypać głowę szufelką popiołu i udać się do Canossy..

Być może to prawda, lecz wolałbym nie mieć podobnych frasunków. Pragnąłbym uważać, że nie poznano się na moich zaletach.

*

Przyznawanie się do braku rozumu ma pewien urok, o ile jest kokieterią, przymrużeniem oka, figurą stylistyczną, celowym zabiegiem w stańczykowskiej poetyce i kiedy zdarza się z rzadka, od wielkiego dzwonu, ot, jak precedens. Ostatecznie nie wie się wszystkiego. I chwalić Boga, że się nie wie, ponieważ gdy robimy to bez przerwy, proceder ów zaczyna być z lekka wkurzającą manierą.

Teatr

Kiedy byłem mały, rodzice zabierali mnie do teatru. Miałem wtedy siedem lat, a przedstawienia należały do nudziarstw dla dużych. W tym wieku nie lubi się zabaw wymagających skupienia. Zwłaszcza tego, że pod groźbą uszczypnięcia, nie było wolno było szeleścić sreberkami. Jednak już wtedy należałem do  niedojrzałych zgredów i  lubiłem te sadyzmy; magia teatru, szelest sukien, aktorki, aktorzy, wszystko to działało mi na wyobraźnię.

Rodzice, a zwłaszcza mój Tata, chodzili do teatru częściej, niż sąsiad na jednego. Na dodatek był z ojca kinoman. Na filmach się znał i mógł o nich  godzinami. A że pracę miał terenową i całymi tygodniami przebywał poza domem, obejrzanych przez niego, nie sposób policzyć. Z każdej podróży przywoził po dwa – trzy programy teatralne. Dzięki nim znałem obsadę, treść sztuki, nazwisko reżysera, najlepsze recenzje, a z opowiadań Taty dowiadywałem się, czy uczestniczył w WYDARZENIU, czy zbiorowej stracie czasu.

Teraz wędruję po tych oprawionych programach z Polski i odkurzam pamięć tamtych chwil, tamtego świata. Zebrane w jedną książkę, mają sens inny dla mnie i inny miały dla mojego ojca. Dla niego stanowiły zapis konkretnej rzeczywistości, konkretnych dat i miejsc, dla mnie natomiast były  świadectwem istnienia, którego już nie ma. Bo nie ma już rodzinnych pójść do teatru,  kina, opery, na koncert. I to nie dlatego, że ludziom się nie chce. Chciałoby im się chcieć, co do tego nie mam żadnych wątpliwości, lecz mam wątpliwości, czy mieliby za co.

Nawyk

Fruwam po Internecie, czytam to i owo, tu i tam podpinam się pod jakąś dyskusję i biorę w niej udział próbując wysondować, czy moje zdanie o upadku kultury i twórczości ma szersze poparcie. Jednak okazuje się, że jestem w mniejszości, większość natomiast twierdzi, że ani z kulturą, ani z twórczością nie jest tak apokaliptycznie, jak mówię. Pomijam już fakt, że większość adwersarzy posługuje się językiem wulgarnym, obraźliwym, z epitetami, co jest o tyle zabawne, że dyskurs o kulturze prowadzi w niekulturalny sposób. Lecz nie ten fakt mnie martwi, tylko to, że tak przyzwyczailiśmy się do takiego słownictwa, że przestał nas razić i  nie dostrzegamy niczego zdrożnego w kloacznym wyrażaniu myśli.

Zaduma

Co myśleć o człowieku, który po raz setny popełnia to samo „przejęzyczenie” i po raz setny przeprasza  za nie, obiecuje, że już będzie życzliwie nastawiony do ludzi? Co sądzić o ludziach jednego dnia cofających mnie do pomroczności średniowiecza, zabobonów, stosów i czarownic, drugiego natomiast mówiących, że są za postępem, oświatą, prenatalną medycyną? Dyktujących mi, w jaki sposób mam wierzyć, komu ufać, na czym polega wolność?

Wytrwałość

Uparty ze mnie kolo, ale czasem mam dosyć i nie tylko ręce mi opadają coraz niżej. Na temat uporu napisałem niejeden felietonowy skowyt do ściany. Nie będę się więc powtarzał. Powiem za to, że mam doły i apatyczne stany, coś w rodzaju depresji lub zniechęcenia, lecz mam też w sobie zamiłowanie do szybkiego podnoszenia się z upadku. Taki napad złego usposobienia trwa krótko, bo szkoda mi czasu na długie chandry.

ps.

Jak człek jest młody, wydaje mu się, że przez lata może tkwić w rozterkach, wahaniach i powikłaniach.  Ale w moim wieku, cierpliwość staje się przekleństwem. Namawiają mnie, bym się w nią uzbroił, toteż nieraz czuję się jak bomba zegarowa; coś we mnie tyka.

Przekładaniec

Przyzwyczajeni do rytmu znanych spraw, źle czujemy się bez nich. Mamy pretensje o to, że nasz losowy tort został podzielony na niesprawiedliwe porcje. Niekiedy jest słodki, niekiedy za to okazuje się ulepkiem omaszczonym musztardą. Co nas okrada ze złudzeń? Jeżeli złodziejem, oszustem, sprzedawczykiem jest czas, to w zamian otrzymujemy od niego inny. Tym razem szyty na miarę naszych możliwości.

Ordynus

Buraczane obyczaje były, są i będą. Na przestrzeni człowieczych dziejów mnóstwo jest takich przemijających przypadków, a jak mówi  Historia Literatury, z wielu zdecydowanych durniów i pasożytów powyrastali później nobliwi nobliści. Lecz ignoranci literackiej wiedzy nigdy nie występowali na tak masową skalę. Zwłaszcza w twórczości; grubianin był jej zaprzeczeniem.

Masówka

Dotychczas twórczość była domeną nielicznych. Teraz bycie artystą stało się powszechne i każdy może nim zostać. Np. na palcach jednej nogi policzyć można tych, co nie piszą. Identycznie przedstawia się sprawa z malarzami, kompozytorami, rzeźbiarzami; kto ma chęć i forsę na klakę, idzie w artysty; wydaje tomik, otwiera galerię, zamawia laudację i błyszczy elokwencją jak dorobkiewicz złotym zębem.

*

Często i z różnych stron słyszę: a cóż ci to przeszkadza? Ostatecznie czy nie lepiej, jak piszą, niż mieliby walić po mordach? Naturalnie, że lepiej, odpowiadam, ale czemu jest ich aż tylu? Nastąpiła zmiana akcentowania; nie to jest obiektem artystycznych zainteresowań, co  ponadczasowe, ale co bieżące. Sądzę, że zanim się zacznie tworzyć, trzeba przypatrzeć się, jak robią to inni. Porównać i skonfrontować swoje teksty z twórczością pozostałych. piszących. Choćby dlatego, by spenetrować, czego im brakuje do miana niezłych, a co jest ich siłą, odkrywczym spojrzeniem, czymś, co ich wyróżnia z melasy przeciętnych utworów. A wtedy prawdziwych twórców będzie wiele mniej.

Farmazony

Humaniści, są to ludzie poważni. Zajmują się faktami, a nie pogłoskologią. Dyshonorem, stratą czasu, sił, zdrowia i prestiżu byłoby dla nich rozważanie, czy głupek jest głupkiem. Natomiast pierdoły (tu można wkleić odpowiednie nazwisko) uwielbiają tumulty, hałasy i rejwachy wokół siebie.

Czują się wtedy niezastąpione, a im są debilniejsze, tym bardziej cieszą się, że ktoś z nimi gada. Przybierają wówczas wyniosła pozę umysłową, czyli udają, że są w posiadaniu rozumu. Gdy pogawędzić z nimi przez pięć minut, okazuje się, że wybełkotały z siebie sekundę sensu, a sens polegał na tym, że skończyły się produkować, zanim ktoś to zauważył.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko