ROMAN LIS – POEZJA JAKO SUPERDESTYLAT DUCHA LUDZKOŚCI

0
125
Filip Wrocławski
Filip Wrocławski

ROMAN LIS
POEZJA JAKO SUPERDESTYLAT DUCHA LUDZKOŚCI (6)


1.
Wstęp (zawsze inny)

Wątpię, żeby ktoś miał dziś odwagę pisać takie wiersze, jakimi debiutował Władysław Włoch w miesięczniku « Poezja » [nr 11 z 1966 r.]. Decyzję o druku podjął sam Tymoteusz Karpowicz, który już od pewnego czasu utrzymywał kontakt z młodym poetą, jako ówczesny łowca talentów [np. Rafał Wojaczek też wyszedł ze stajni Karpowicza]. W Polsce pisano wtedy wiersze bardzo różne: z jednej strony Przyboś [« Na znak » – 1965], z drugiej Grochowiak [« Kanon » – 1965], z trzeciej w/w Karpowicz [« Trudny las » – 1964], jeszcze inne poetyki reprezentowało pokolenie « Współczesności ». Naonczas po tomiku « Galaad » Macieja Zenona Bordowicza [1962] nic już nie mogłoby zdziwić czytelnika polskiej poezji, jeśli chodzi o trudność jej zrozumienia, ale oto właśnie na arenie zmagań z językiem pojawił się nasz bohater (cytuję jeden z dwóch debiutanckich utworów, « Kazanie z talii »):

dzwonek ciszy przed lekcją fechtunku
umarli grzeszą po raz drugi
                                             mówię im sobie
połóż karty na stół
niech do nagich dam pojadą królowie
bez karoc
                gdzie u rzeki wyłamane koło     
bez ról
            gdzie u rzeki wala się bielizna
bez głów
               gdzie u rzeki oblodzony topór
i złote ryby topią damskie parasole

Mimo że znałem się wówczas z opisywanym poetą na co dzień, to nigdy nie zapytałem go, jak pisze on swe wiersze. Nie było tak źle, żeby od razu pytać autora, co chciał powiedzieć. Te wiersze to jednak nie był bezsens, sztuczna pustynia pustych słów, ani też l’ecriture automatique, lub jeszcze inne następstwa surrealizmu. Mało komu o tym mówiąc, nazywałem sam sobie te utwory poezją abstrakcyjną; było przy tym jasne, że w tym świecie słów nie zderzają się słowa, lecz związki frazeologiczne [dlatego muszę uściślić, że chodziło mi raczej o półabstrakt]. W tzw. środowisku literackim używaliśmy cytatów z W. Włocha jako pozdrowień powitalnych lub ekscentrycznych sposobów porozumiewania się. Pamiętam, że w tamtych czasach pewien malarz [z tego samego kręgu artystów] zapytał mnie, co znaczy ten [cytowany] wiersz, a ja mu odpowiedziałem, żeby namalował obraz z dzwonkiem ciszy, z królami jadącymi do nagich dam, ale jest jakiś problem z rzeką, po karocach zostało wyłamane koło, bielizna bez głów leży na śniegu, obok oblodzony topór i złote ryby topią damskie parasole, a wtedy od razu zrozumie sens [wiersza]. Wszyscy czytelnicy tego utworu widzą to samo, nie jest potrzebne widzenie czegoś więcej, żeby go zrozumieć. (Ot i cały problem niezrozumiałości poezji, wydawałoby się, że wynikający ze złego działania Ministerstwa Kultury i Sztuki, ale winni są wszyscy).  (Słów « złote ryby topią damskie parasole » używam czasem jako definicji poezji).


2.
Władysław Włoch, « Wędrująca brama »* 

Okres abstrakcyjny trwał u Włocha kilka lat, ale właściwie stał się marginalny już po pierwszej jego książce « Żywioł pokątny » [wyd. Iskry – 1971]. Nie mam pod ręką jego tomików (choć czytałem je wszystkie 19), oprócz tego jednego, wydanego 27 lat po debiucie, który zaświadcza o reorientacji poety: ku nadawaniu utworom przesłania łatwiej czytelnego, a pod względem formy – obok dotychczasowych wierszy wolnych – pojawiają się wiersze białe, najczęściej zbliżone do sonetu. (Jeden z tomików miał nawet – dla mnie ekscytujący – tytuł « Sonety do Eurydyki »).
Stosunek poety do kobiet to osobny problem, który ciekawe byłoby rozpoznać, wspomnę tu tylko o wierszu z tej książki, w którym podmiot liryczny zwraca się do jakiejś piękności, pięknej « w miłości w pieśni w zdradzie », której urody zazdroszczą nawet róże, zaś garncarz i szkutnik uczą się kształtów na jej obrazie –

ciebie widzę zawsze na końcu pacierza
kołysanie twych bioder uśmierza każdą klątwę

– która pod koniec utworu okazuje się być morzem, przynoszącym mu brzytwę w celu wyraźnie samobójczym i ofiarowując naszyjnik nie z pereł, ale z dziur w perłach, jako ich metafor [rzecz możliwa tylko w języku]:

pewnej nocy morze podrzuciło mi brzytwę
i garść soli na figowym liściu
i masę dziur perłowych na ofiarny naszyjnik
(takiego daru nie dostaje nigdy prostolinijnik)
i odeszło drogą zdradzanych żon
zacierając za sobą ślady trenem z popielic

  [Sonet do Adresatki]

Mam z powyższym wierszem pewien prywatny związek anegdotyczny, który sprawia, że jego odbiór ma dla mnie dodatkowy sens, jako rzeczywisty ciąg przyczynowo-skutkowy w czasoprzestrzeni mego żywota. Otóż około dziesięciu lat temu w naszej telefonicznej rozmowie okazało się, że Władysław Włoch nigdy na własne oczy nie widział liścia figi. Mieszkałem wtedy w Fontenay-Aux-Roses, gdzie w ogródku miałem dwa drzewka figowe, natychmiast więc taki liść poecie wysłałem. Liść z ledwością wszedł do koperty a3, dzięki bąbelkom dotarł do Rzeszowa  niepognieciony, ale jednak jego kształt i mięsistość nie wzbudziły zachwytu mego adresata. « Coś najwyraźniej nie zgadzało się ze snem! » – można by pomyśleć, ale…   wiedziałem, że nie mogę właśnie tak pomyśleć. « Zacierająca za sobą ślady trenem z popielic » nie musiała się śnić poecie, mogła pojawić się dopiero jako zdanie, podczas pisania. Już Goethe wiedział, że poeta ma prawo zapisać coś, czego sam nie rozumie (będąc tylko medium przekaźnym); musiałbym wkroczyć w moment twórczy powstawania obrazu, jak psychoanalityk, aby ustalić tożsamość jakiejś może innej wewnętrznej osoby poety, a do tego nie było wtedy sposobności.  
Prostota poniższego wiersza o dzieciach jest zaś dowodem, że Władek mógłby pisać dla czytelnika w każdym wieku [choć człowieczeństwo jest domeną dzieci]:

myślę że człowieczeństwo jest wyłącznie
domeną dzieci
one potrafią z niedźwiedziami spać
ich czołgi są tylko ciut większe od kanapek
każda rurka z kremem może być lufą
albo mysią wieżą

spróbuj ty
zamiast węża zawiązać krawat na szyi jabłoni
albo strzelić palcami by uratować świat

[*   *   *]

Lecz w tym miejscu pisania recenzji jak zwykle doznaję uczucia smutku, że  dopiero co zacząłem, a już muszę kończyć. Tymczasem jednak minął dzień i noc, podczas nocy miałem sen, w którym wystąpił jeszcze inny mój ulubiony poeta, Mieczysław Jastrun, a wśród rekwizytów wizyjnych pojawiło się dwoje dzieci. I właściwie, gdy tylko ta koincydencja ujawniła mi, że moja podświadomość też ma jakiś problem z poezją, równolegle do mojej świadomości, postanowiłem jednak  pisanie w tej konwencji kontynuować, jakkolwiek przecież chciałem wszystko zacząć od początku.(Mam też wrażenie, że pod względem stylistycznym nawet ta dygresja pasuje do niniejszej recenzji). 
A teraz kilka przykładów, [też] dowodów na piśmie istnienia poezji [dnpip]:

ziemio już teraz zwróć mi moje kości
swoje radości zamień w wielką skibę
zapędź mnie w róg obfitości
nie odwracaj oczu gdy się dźwigam

pisze poeta w « Liście od Adresatki », co mi wygląda na wręcz modlitwę o zmartwychwstanie, jakiej dotąd nigdy nie słyszałem. Ciąg dalszy wiersza zresztą nie pozostawia złudzeń, że może iść o coś innego: podmiot liryczny wyznaje, że chce być kimś, kim jeszcze nie był, czyli wydobyć się « z formaliny czasu ». Warto też zwrócić uwagę, że czasowi zostaje tu przypisany atrybut nieruchomości, zaś następnie miejsce jest przestawione jako coś ruchomego, szybszego niż biegnący wilk (jest to genialny skrót problemu, jaki ma obecnie fizyka teoretyczna z opisem warunków panujących w czarnej dziurze, które metaforycznie mogą tu służyć jako przejaw istnienia po zmartwychwstaniu):

chcę znowu być kim jeszcze nie byłem
chcę się wydobyć z formaliny czasu
z opałów miejsca które tak jest chyże
że wilk nie zdąży nigdy wybiec z idącego lasu

[List do Adresatki]

Szukając wierszy, w których jest dużo dnpip, odkryłem przy okazji, że w książce tej jest jedyny utwór, który powstał, gdy jeszcze mieszkałem w Polsce, czytałem go wtedy w rękopisie. « W starym hełmie porzuconym w lesie krąży żuk » – opowiada autor, ubolewając, że owad nie odkrył jeszcze istnienia siły odśrodkowej, bo gdyby krążył po czaszy hełmu szybciej, nie spadałby ciągle na jego dno. Cytuję drugą i trzecią strofę [bo lepiej niż autor głównej myśli nie wyrażę]:

jest jeszcze inne wyjście
na wysokości nitów mocujących poduszkę
jest dziura po kuli przez którą z powodzeniem
ów nieszczęśnik wydostałby się na zewnątrz
ale jak dotąd nie zauważyłem u niego kroków w tym kierunku

myślę że gdyby hełm był na właściwym miejscu
czyli na głowie nie byłoby sprawy
żuk nie szukałby wyjścia z pułapki
a ja puenty tu w lesie i na dobitkę w trawie

[Żuk]

Władysław Włoch nie byłby oczywiście sobą, gdyby wcześniej tej puenty nam nie podał (to ta dziura po kuli), a potem mówi, że nie może jej znaleźć. Dla kandydatów na czytelników poezji muszę więc dodać, że ta kula została w głowie żołnierza (bo hełm miał tylko jedną taką dziurę).  
Na koniec tego procesu dowodowego dnpip muszę wyznać, że jakkolwiek wysoko cenię poezję Ignacego Krasickiego i jego « Hymn do miłości Ojczyzny », to uważam, że w tej sprawie mówi też dużo ten oto « Sonet do ojczyzny potocznej » mojego przyjaciela. Władek na pewno nie napisał tego wiersza jako paraleli do w/w hymnu, ale mnie osobiście  zawsze przychodzi do głowy autor jednego z nich, gdy akurat czytam drugiego. Miłe wrażenie robi na mnie także fakt, że obaj poeci urodzili się w podprzemyskich wsiach – Krasicki w Dubiecku, Włoch w Żurawicy – oddalonych od siebie kilkanaście km. [Uprzedzam, że gackami nazywa się w  tamtych okolicach nietoperze {a szukanie w Wikipedii tak rozprasza uwagę}]:

jak trudno ciebie kochać
starą sprzątaczkę z kokardkami
które piszczą nad głową jak duszone gacki
kiedy pan wchodzi na pokoje dzwoniąc łańcuchami

tak mnie budujesz że spaceruję po strychach
a w oczach mam piwnicę gdzie składałem ślubowanie
że cię nie opuszczę dla jakiegoś kina
gdzie podlotki się pysznią sztucznymi piersiami

twoje niedziele bawią się dzwonkami
po każdym dzyń zjawiają się grabarze
i strzelcy wyborowi i kominiarze z workami guzików
wszyscy chcą się urządzić u ciebie w saloniku
tylko wycieraczka zachowuje się godnie
leży jak należy na sercu pod nogami

[Sonet do ojczyzny potocznej]

I w tym momencie [tj. 22 III 23] znalazłem na fejsie mój post sprzed kilku lat, który także poświęciłem temu wierszowi. Chciałem wprawdzie jeszcze pokazać niezwykłą metaforę o róży, istną perełkę poezji polskiej [róża domaga się ud: jest tak piękna, że do całkowitego szczęścia potrzebne jej są tylko uda: można sobie  wyobrazić, w jakim celu], ale zabrałoby to zbyt wiele miejsca [a recenzje miały być krótkie]. [Jednak ten odnaleziony post zacytuję tu dla chwały miłości sensu largo]:

« ŚWIĘTA MIŁOŚCI KOCHANEJ OJCZYZNY »

Czy ten wiersz istnieje w podręcznikach szkolnych, które uczą miłości do Ojczyzny? Powinien się tam znaleźć!
Porównanie Ojczyzny do starej sprzątaczki z kokardkami, którą kochać jest naszym obowiązkiem, czyż to nie jest piękne zadanie? (Dla wyobraźni ucznia, młodego Europejczyka)! Zaś podczas lekcji wychowania obywatelskiego można by przygotowywać młodzież na okazję dni świątecznych:

twoje niedziele bawią się dzwonkami
po każdym dzyń zjawiają się grabarze

Należałoby oczywiście dokładnie wyjaśnić uczniom, kto to są ci « wszyscy », ale to chyba nie byłoby dziś trudne (?):

wszyscy chcą się urządzić u ciebie w saloniku

Przede wszystkim jednak każde dziecko musiałoby umieć odpowiedzieć, co to jest godność, bo inaczej pała (czy jak to się teraz mówi?), a w każdym razie można taką pałą dostać, tedy należy leżeć z godnością:

tylko wycieraczka zachowuje się godnie
leży jak należy na sercu pod nogami

Prawdopodobnie trzeba mieć jeszcze przy tym ręce złożone jak do modlitwy, no ale poeta już o tym nie wspomina…


3.
Genus irritabile vatum

Autorowi « Wędrującej bramy » nie będzie się zapewne podobać to, co teraz zdradzę.  Ale w pewnym sensie muszę to zrobić [na końcu wyjaśnię]. Otóż, większość przemyślan od wieku 15 lat zaczyna chodzić « na hinter” [tak się tam nazywa wagary, co jest spadkiem po cesarsko-królewskim państwie Austrii i Węgier, których Przemyśl był największą fortecą}, hinter to po niemiecku za], zaś Władysław Włoch zachowywał się podobnie.
Podczas jednego z takich wypadów na jedno z siedmiu przemyskich wzgórz, powstał pierwszy wiersz naszego poety, a na pewno pierwszy i jedyny, który jest mi znany. Ze wzgórz lepiej widać. Dlatego treść wiersza odzwierciedla to, co się narzuca oczom, a wyrażanie tego, co widać, odbywa się w języku tamtego świata. Teraz  mówimy, że coś jest « nie na żarty », a wtedy mówiło się, że « nie na heca ». Dlatego w tych dwóch zdaniach, które dotarły do mnie z tamtych czasów, jest prawda. Teraz to brzmi troszkę komicznie, ale my się nie zmieniliśmy, to tylko język się zmienił:

przemyśl to miasto nie na heca
stara austriacka forteca

Można powiedzieć, że poeta dobrze zaczynał, bo wierszami rymowanymi. W krajach o wyższej znajomości natury człowieka (np. że jest w życiu okres, gdy wszyscy coś piszą) w programie szkół jest nauka pisania wierszy (poetyka), a w Polsce Ludowej, ażeby młody poeta nauczył się rymować, musiał chodzić za [szkołę] i tam uczyć się sam, ale najważniejsze, że był taki zdolny, że się dobrze nauczył [!]

PS: Nie planowałem, że dziś skończę pisać tę recenzję, bo piszę sobie oraz Muzom, ale dziś od rana starałem się, żeby to było dzisiaj. Dowiedziałem się bowiem  [mówiąc archaicznie], że dziś jest Międzynarodowy Dzień Poezji, co chciałem po prostu uczcić. Pozostałe dwa święta dopisały się same [zacznę chyba wierzyć w koincydencje i synchroniczność]!

Montrouge, 22 III 2023

Międzynarodowy Dzień Poezji
108 rocznica poddania Twierdzy Przemyśl
 Słowiański Dzień Kobiet 

_________________________________

* Władysław Włoch, Wędrująca brama, RAF – Wydawnictwo, Rzeszów 1993, ISBN 83-900439-2-0     


ROMAN LIS
POEZJA JAKO SUPERDESTYLAT DUCHA LUDZKOŚCI (8)


1.
Wstęp (zawsze inny)

Zrozumienie przez społeczeństwo, czym jest poezja, mogłoby odmienić losy świata. I  od razu to moje przekonanie sprecyzuję: [a to, ponieważ] historia świata doszła do momentu, że rozumienie poezji może już potem nie być możliwe. Tymczasem ja [tu] nadal będę namawiał Polaków, żeby tworzyli poezję albo przynajmniej zaczęli się kształcić na jej czytelników. Rozkosz fizyczną poznaje wszak każdy człowiek na podstawie własnej fizjologii, zaś przeżywać stany ekstazy duchowej może zdarza się jeszcze mniszkom oraz stanom kapłańskim wszystkich religii, ale nas już przestały uczyć tego nasze szkoły, świeckie w sposób aż nieprzyzwoity. 
Do ludzkości zbliża się wielkimi krokami twór, który zawładnie światem, ze skutkiem trudnym do wyobrażenia. Jego nazwa Sztuczna Inteligencja jest podwójnie kłamliwa: bo nie jest ani sztuczna [jako będąca zapisem myśli żywych ludzi], ani inteligentna [powtarzająca jak papuga to, co w nią wprowadzono; nawet jeśli uwzględnić « uczenie się » na podstawie wprowadzanej wiedzy]. Jest już obecnie jasne, że komputery kwantowe, które wnet powstaną, w krótkim czasie pozwolą ich właścicielom wymanewrować nas na pozycje, na jakich dotąd jeszcze nie byliśmy en masse, czyli niewesołych niewolników [nn]. [Zachęcam jednak do nieużywania nazwy SzI, mieszającej inteligencję z błotem, mówmy Golem/ica {płeć dowolna}]!
« Jakkolwiek ów niedaleki koniec świata jest podobno nie do uniknięcia, to jednak nie złamię pióra i do ostatniej chwili będę podnosił świadomość tych Polaków, którzy zaniedbali jej poziom, aby przynajmniej dowiedzieli się, czego twór ten boi się w człowieku najbardziej [właśnie rozumienia poezji – sztuki w ogóle – a właściwie nie tyle rozumienia, co odbioru innych informacji niż niesie słowo] » – tak właśnie pomyślałem przed chwilą i zacząłem pisać tę recenzję. Bowiem bardzo przykrym odkryciem było dla mnie ostatnio, że jeden z moich idoli od fizyki, dr hab. Andrzej Dragan, wyraźnie nie rozumie pojęcia « świadomość », zastępując je terminem « wiedza »*. Podczas gdy jest jasne per se, że pojęcie świadomości musi w sobie zawierać także takie jej funkcje, jak podświadomość, sen, emocje, strach, a poza wiedzą dającą się przekazać słowami także różnego rodzaju doznania, które nie są jeszcze nazwane. Jest raczej pewne, że Golem/ice przydadzą się do stworzenia zamordyzmu totalnego, ale moją obawą główną jest to, że przyczynią się też do zahamowania nauk nad psychiką człowieka. Psychika zostanie uznana za schedą po zwierzętach, a jako taka nie będzie ona do szczęścia ludzi potrzebna. Odtąd wszelkie formy religii i pokrewnej jej sztuki, jak też uczucia szczęścia, miłości, adoracji, smutku po śmierci bliskich, zostaną wyśmiane, a potem zabronione. Równocześnie wzrośnie jeszcze bardziej kult tej funkcji świadomości, którą nazywamy obecnie rozumem, aby człowiek umiał dobrze policzyć, ile ma do zapłacenia za możliwość życia jeszcze też jutro. Proces obumierania sztuki nastąpi niezauważalnie, gdy także artystów zastąpią owe wszędobylskie Golem/ice. Nie pomoże nawet przypominanie, że taki autor nie będzie miał rodzinnej wioski, do której by przyjeżdżał po latach i wąchał « deskę z płotu, czy pachnie tak samo » jak w dzieciństwie!** Treserzy [owych Golem/ic] odpowiedzą, że poeci nie muszą zaraz mieszkać w jakimś tam Dębowcu. Ale gdyby ludzkość rozumiała poezję, mogłaby wówczas nie poddać się zalewowi owej kwantowej chały [w czym też właśnie cała moja nadzieja]. 
Artystów ludzkich będzie się wtedy nazywać wytwórcami [jak też i siebie określił bohater wspomnianego podkastu {dr hab. Andrzej Dragan jest też uznawany za artystę}], a ich działania będą się ograniczać do naciśnięcia migawki aparatu fotograficznego, pacnięcia się pędzlem w czoło lub odśpiewania rymowanki na cześć [zanik tekstu, pardon]. Oczywiście, czasy te kiedyś się zmienią, ale wcześniej nauka musi się przenieść do kosmosów wewnętrznych ludzi i tam odkryć własne kwarki, czarne dziury i tachiony, które tam są, jako pozostałości po poprzedniej wieczności.  


2.
Stanisław Dłuski, « Powidoki dębowieckie »***

Powidok jest specyficzną odmianą widoku [vide: Wikipedia]. Metaforycznie można  powiedzieć, że jeśli dostatecznie długo na coś patrzymy, to obraz tego tak mocno odbije się w naszych głębokościach, że zostanie tam już na zawsze. A gdy dzięki nauce przyszłości będziemy żyć miliardy lat, to powidoki nasze przedostaną się do tej nowej wieczności, która nastąpi po naszej. Wiersze Stanisława Dłuskiego sprawiają na mnie wrażenie obrazów, stworzonych dla owych hipotetycznych odtwórców naszego świata, abyśmy potem mogli już żyć in saecula saeculorum [oby tak było!].
Autor « Powidoków dębowieckich » jest Kłaputem [każda wieś w Polsce ma  drugie imię, ważniejsze niż urzędowe, od którego pochodzi nazwa jej mieszkańców]; obraz tego świata daje się częściowo uchwycić w poniższym wierszu:

Samotny, zielony krawat
świeci zawsze między nami,
wygnańcami i poszukiwaczami;
między pochylonym płotem,
ziarnem gwiazd i pochylonymi
plecami Ojca; między śmierdzącą
knajpą, domem z drewnianych
bali i kamiennie wyniosłym
kościołem, gdzie małe dzieci
straszy święty Bartłomiej obdarty
ze skóry przez pogan o czerwonych,
bo grzesznych nosach. Głębokie
rowy porosłe pokrzywą, mułem
i żabami to przestrzeń wolności,
które badał Ojciec, naczelny
mierniczy gminy, kiedy wracał
z nocnych rozmów na temat
wyższości alkoholi rektyfikowanych
nad winem patykiem pisanym, 
oddana żona ściągała mu spodnie
unurzane w błocie wolności,
która zamieszkała na strychu,
zbutwiała, nagryziona przez mole
i spróchniały ząb Stalina. I jeszcze on,  
samotny, zielony krawat
w zimnej szafie, wciąż tańczący
tango buraczane na ściętej szyi
świtu, zapach kobiet i wody
ogórkowej na deser

[Świat według Kłaputa]

Tamta odnowiona ludzkość na pewno jakoś sobie poradzi z przemianą dzisiejszych form zła i dobra na ich wieczne odpowiedniki, ale bezwzględnie będą musiały się tam znaleźć postaci opuszczonych matek, o których przypomina motto jednego z sonetów Kłaputa: « Jeszcze przyszła mi na pamięć moja matka, też tak szła przede mną, płakała i szła nie wiadomo dokąd »****:

Przyjeżdżam do rodzinnego, obolałego Dębowca
spotykam miejscowe staruszki, dla których
Zdrowaś Mario to codzienna tabletka na ból
głowy, rozmawiamy o trawie, którą podlewają

o świcie lokalni pijaczkowie, rozmawiamy o domach,
o reumatyzmie drewnianych bali i niebie prześwitującym
przez dziury w dachówkach. Synowie wyjechali do miasta,
zadeptali ścieżki niezłomnych ślimaków, opuścili sny

i łzy rodzone w porannej pościeli, układają pasjanse
dla swoich rodzin, zdradzają poezję w szaletach, 
na biznesowych wernisażach, ale matki wschodzą

jak słońce, upominają się o pacierz, ziemię, dni
porzucone dla macochy, cywilizację za pięć groszy.
Ojczyzny i samotne Wigilie płoną razem z nami.

[Piosenka dla opuszczonych matek]

Bóg istnieje w tym świecie jako aspekt świadomości narratora [pozwolę sobie uznać, że jest to ja autorskie {rozumiane na zasadzie licentia poetica}, tak jak dla wielu osób nie tylko religijnych istnieje głos wewnętrzny, « ten drugi », sumienie itp.]; w poniższym wierszu Stanisław Dłuski zwraca się personalnie do tej instancji:

Niepojęty, tylu w Ciebie wątpi, nie wierzy,
Przeklina Cię, a Ty mi wciąż dyktujesz wiersze,
Każdy z nich jest moją modlitwą, żegnam się przed
Wniebowstąpieniem, w imię Ojca, w imię Syna, w imię
Ducha Świętego, który 13 listopada 2003 roku
Dyktował mi słowa: zgadzam się na samotność
Dla dobra mojej córki. Ona jest dalej w moim
Sponiewieranym sercu, ale wyrosła śmiertelna
Góra w mojej duszy i nie umiem powstrzymać
Tego czarnego wiatru, który wieje przez ciało:
Nie zrozumiecie sensu światła, do którego chcę
Odejść, tam Jesienin, Stachura, Wojaczek
Czekają na podwieczorek miłości, nikt im
Nie poda dłoni, wspinają się po nią na wzgórze
Syzyfa, zapalają świece ciała, całują umarłe
Usta kochanek, nikt im nie pomoże, tylko
Miłosne zorze nad kościołem św. Bartłomieja

[Do salonowych nihilistów]

Powidoki z dzieciństwa poety zdają się mieć własną zdolność przekształceń,  dzięki czemu widzimy ów podjasielski świat oczami niekiedy [np.] dzięcioła, który przylatywał w okolice domu autora [ogród jest tu symbolem raju], aby go podglądać:

Przylatywałem do twojego ogrodu
wykarczowanego prawie do granic
piekła, chłopcze o pszenicznych 
włosach, siadywałem na starej puszce
przybitej do drzewa, gdzie wykładałeś
słoninę, okruchy łoju

[Dzięcioł zielonosiwy (detal)]

[Już to karczowanie brzmi w naszych czasach złowrogo, gdy polskie lasy są wycinane w cywilizacyjnym obłędzie, ale…]. Ale mógłbym tu przedstawić wszystkie wiersze Dłuskiego i nie uda mi się dopowiedzieć do nich nic ponad to, co one same w sobie zawierają! To stara tajemnica poezji, bardzo podobna pod tym względem do teorii kwantowej [która jest wewnętrznie sprzeczna, ale dobrze się ma i świat korzysta z niej w sposób realny w tej samej rzeczywistości]: sensy słów nie muszą mieć z sobą w wierszu związków logicznych, a « całość » wiersza dostarcza wrażeń spoza poziomu rozumienia świata słowami [co wrażliwsi odczuwają dreszcz]*****. Siebie samego z dzieciństwa przedstawia poeta też w innych wierszach: w psalmie dla sąsiadki z Dębowca, Heleny Mikuś, która « mieszkała z bezdomnymi kotami i psami / oddała im wiosny i jesienie swojej czystej miłości », i która w młodości «  po kolana w wodzie / walczyła z ciemnością niemieckiej okupacji », wyznaje po prostu:

a czym ja mogłem być przy niej kiedy szpik
wisiał mi u nosa jak sopel z pradawnej zimy
odkrywałem dopiero ciemną stronę duszy
byłem ledwie przecinkiem w trawie języka
wiejskim kundlem wyjącym do nieskończoności
nosiłem wodę dla niej i oddanych zwierząt
czułem zapach moczu starości i kości nocy
nie umiałem się modlić tylko krzyczeć
niczym wiejski Winnetou dopiero wczoraj
przestrzeń odsłoniła swoje tajne przejścia
usłyszałem jej głos cichy jak piosenka
czarnego kreta szukającego gwiazdy niewinności
mówiła że słońce nadal wschodzi nad czołem
wierne psy i koty są chórem anielskim nieba
a lata wygnania jaśnieją niby oczy Boga
wyłowione w Dębownicy nucącej nasze dusze

 [Psalm dla Heleny Mikuś (detal)]

Osobiście wierzę w takie momenty, gdy przestrzeń [czasoprzestrzeń] odsłania « swoje tajne przejścia » [heideggerowski « prześwit » niejedno ma imię i miejsco-moment!]: świadomość ma swoje poziomy, a doświadczenia wewnętrzne układają się w niej także wertykalnie, nie wynikają li tylko z kontaktu z zerojedynkową mądrością horyzontalną o standardowym następstwie czasowym! Krótko mówiąc: głos p. Mikuś może brzmieć w dobrze nastrojonym uchu wewnętrznym człowieka jak piosenka kreta wśród gwiazd, a koty i psy mogą miauczeć i szczekać w chórach anielskich, znamy dotąd małą część prawdy o kosmosie i naturze ludzkiej, howgh!******
Może kiedyś napiszę weselszą recenzję o książkach Stanisława Dłuskiego. Podstawą tej nadziei jest fakt, że poeta nie zaprzestał dotąd pisania i któregoś dnia odnajdzie radość « starego mędrca ». Ale dopóki człowiek zna granice swego Piekła i może z niego wyjść choćby na chwilę pisania wiersza, nie jest jeszcze do końca źle. Uznaję, że wiersz jest zawsze czynem zdrowej świadomości; odstawia się inne zajęcia i zamiast np. iść na cmentarz [albo « zamiast znicza na Wszystkich Świętych, 2014 »], pisze się jeszcze jedną kartkę z wieczności:

Dawno temu, kiedy jeszcze stokrotki miały zapach domu,
Moja matka chora na Parkinsona, kiedy
Pytałem ją, jak się czuje, niezmiennie odpowiadała:
Jak nagi w pokrzywach.
Lubiła banany i codziennie na sen Zdrowaś Mario.
Prałem jej brudne majtki.
Przytulałem sponiewieranym w mieście sercem.
Opowiadała o Ojcu, który podąża na Zmartwychwstanie Pańskie.
Mieszkała w domu wygnania w Brzozowie.
Spoczęła w poświęconej ziemi przodków.

Zapaliłem cygara i odszedłem do swojego Piekła.

 [Kartka z wieczności]

W pierwodruku tego trenu podmiot liryczny zapalał « mentolowego ». Dla mnie już zawsze będzie palił mentolowego, bo polubiłem ten wiersz w pierwszym czytaniu. Gdybym go był nie polubił, ten cygar by mi teraz nie przeszkadzał, bo bym go nawet nie zauważył. Kandydatów na czytelników wierszy uprzedzam, że przy bliższym poznaniu poezja jest czasem nawet bardziej dziwna niż teorii kwantowa.


3.
Genus irritabile vatum

Poezję zaatakował ongi pewien odważny Polak [a właściwie Nad-Polak!], Witold Gombrowicz. Nie podobało mu sie, że poeci są tacy bardzo wyniośli i hiperwrażliwi, obrażają się o byle co, a gdyby mogli, pojedynkowaliby się w kawiarniach na oczach  ludu, czyli hołoty. Powiedział prosto z mostu, że poezja « to ściema i nabieranie gości ». Ale oto początek jego własnego wiersza z czasów młodości [tyle wystarczy]:

Pan Adamski, krawiec damski,
Na Miodowej trzyma sklep.
Damskie gatki i krawatki
Każden kupi, kto nie kiep.*******

Jak wszyscy wiedzą, Gombrowicz pisał potem niezłą prozę, Nobla nie dostał  tylko dlatego, że nikt z decydentów nie dorósł wtedy do « Kosmosu » itd. Tę napaść na poetów stworzył tyleż dla hecy, co w zemście, że [ci z góry] nie dali mu talentu poety. A teraz każdy sobie wyciera jego słowami gębę, a najczęściej jednak [mam wrażenie] poloniści. Grzegorz Kociuba ma prawo cytować Gombrowicza, tak samo, jak papudze wolno gwizdać fugę de mol, chodzi tylko właściwie o to, w jakim celu. Przy tej okazji proponuję utworzyć wspólnie takie oto prawo: używajmy czyichś myśli do obrony, a nie do ataku, tak będzie na pewno normalniej!
Stanisław Dłuski jest też polonistą i pracuje na Uniwersytecie Rzeszowskim [już nie pracuje!] i ostatnio brał właśnie udział w publicznej dyskusji na fejsie, gdy ten argument gombrowiczowski padł… ale nie będę rozwijał tej myśli, bo nie skończyłem wyjaśniać tematu, dlaczego poezja może ocalić świat [?]. Otóż ten aspekt świadomości, który odpowiada za odbiór poezji, ulega atrofii, gdy nie jest używany [powiedzmy, że jest to ucho wewnętrzne, rodzaj organu psychicznego, w którym rodzi się emocja pod wpływem bodźca {estetycznego}]: i nie chodzi tu o informację typu « zdanie logiczne ». Ponieważ taki aspekt świadomości jest właściwością ludzkiej świadomości [i może też częściowo zwierzęcej], nie ma obecnie podstaw, żeby przyszłe Golem/ice były wyposażone w urządzenia kontrolujące ten aspekt świadomości [może nawet odrębny rodzaj substancji psychicznej], ponieważ jest to wytwór biologiczny, który tworzył się przez miliardy lat, począwszy od pierwszej komórki [jest to moja hipoteza, ale trudno by zakładać, że układ tak skomplikowany można stworzyć sztucznie {chyba że na tysiące albo miliony lat}]. Jeśli rozumiesz, co mówię, PT Czytelniku, to czytaj dalej. Czyli Golem/ice musiałyby też  emanować emocjami, które człowiek mógłby odbierać tak, jak empata [a właściwie kumat] odbiera emocję innego człowieka. Jeśli nie, dla człowieka byłaby to informacja [bo Golem/ica może wyglądać jak człowiek i nawet mieć piękne włoski], że mamy do czynienia z istotą sztuczną. Byłoby to dużym problemem dla właścicieli Golem/ic, czyli wszystkich pięter nadzorczych. Co z kolei mogłoby znacznie opóźnić albo może nawet uniedaremnić przekształcenie Ziemi w bezduszną maszynę, pracującą dla garstki nierobów. Dodam, że świadomość człowieka jest najprawdopodobniej w swej naturze czasoprzestrzenna, tzn., że odbiera syntetyczną jakość miejsco-momentów i dopiero na niższych swych poziomach rozkłada je na czas i przestrzeń, a to dla naszych praktycznych celów funkcjonowania w obecnych warunkach kosmosu, zaś Golem/ice musiałyby wykazywać podobne właściwości, aby nas kontrolować. Na razie jednak nie ma żadnych, najmniejszych podstaw, żeby podobne generacje Golem/ic miały kiedykolwiek powstać, chyba że za te tysiące lat.
Przepraszam, że się rozpisałem, moje recenzje mają być krótkie, ale następnym razem się poprawię. Miałem przecież też jeszcze powiedzieć, dlaczego nazwałem Gombowicza Nad-Polakiem. Postaram się zrobić to w skrócie [a kiedyś rozwinę]: otóż, wystarczyłoby, żeby Polacy wnikliwie czytali Gombrowicza, żeby zrozumieć, dlaczego on tak się dąsa na nasz naród i pokazuje polskie wady; gdybyśmy wszystko robili po jego myśli [a wcześniej dzięki poezji przechytrzyli Golem/ice], stalibyśmy się pierwszymi prawdziwymi nadludźmi tego naszego najlepszego świata!

Montrouge, 19 IV 2023
________________________

* Andrzej Dragan, Komputer kwantowy i kury przyszłości,  p/st Wywiadowcy, YT 2022

** Wiedziałem [pisząc], że jest to cytat z wiersza Ewy Jarockiej [zbiór « Zapalmy moją krew »], ale pomyślałem, że potem znajdę odpowiedni rekwizyt w książce Stanisława Dłuskiego… [Ot, nieporadność, wynikająca z rzadkiego uprawiania zawodu recenzenta!].

*** Stanisław Dłuski, Powidoki dębowieckie, AGAZAH Agata Zahuta, Krosno 2022, ISBN 978-83-956532-6-1

**** Leopold Buczkowski, Czarny potok [jedna z najstraszniejszych powieści o wojnie].

***** Poeci należą najczęściej do osób typu WWO [o podwyższonej wrażliwości]. Nie zgadzam się w niektórych szczegółach z Elaine Aron i jej książkami na ten temat [np. « The Highly Sensitive Person », 1996], ale mniej więcej od tego samego czasu [jako performance « Instytut Badań Nad Duszą Europejczyka », którego jestem partycypantem] głosimy potrzebę stworzenia Szkoły Języka Emocyjnego. Oto fragment felietonu B. Oszczecirskiego z paryskiego czasopisma « Teczka » z cyklu « Świadomość kosmiczna » [nr 15 z 1998 r.]:
« Żeby zostać psychoterapeutą u narkomanów, trzeba umieć czuć bezpośrednio psychikę drugiej osoby, tj. mieć zdolności empatyczne. Narkoman jest osobą, z której zdarto « skórę psychiczną »: czuje on emocje ludzi w sposób zwielokrotniony. Nie dziwota więc, że terapeuta nie może dysponować rodzajem wibracji typowego milicjanta PRL-u (władza i pogarda); musi on być silny i równocześnie akceptowalny. Nie może mieć żadnych własnych lęków wewnętrznych, bo zostaną odczytane i wzbudzą nieufność.
Wokół problemu wibracji narosło wiele nieporozumień. Opowiadał mi « Kukura »  [inny partycypant performance’u – przyp. mój: RL], że gdy przeprowadzał swe słynne eksperymenty z alkoholem, miał sposobność przekonać się, że problemu nie rozumieją nawet wielcy poeci.
Józef Kurylak, poeta cmentarno-księżycowy, na swój sposób genialny – wspominał « Kukura » – lecz on nie wie, że można bluzgać złą energią (jakby ktoś kał przez otwarte drzwi ciskał) i nie mieć na tym władzy (bo nie można w sobie tych drzwi zamknąć). Alkohol jest trucizną, która niszczy władzę nad emocjami, podobnie jak mięso. Piłem specjalnie, aby ten proces zrozumieć.
Na to przychodzi Józeczek i mówi (od razu wściekły, bo już od progu tym moim psychicznym kałem oblepiony): Co, ty myślisz, że ja nie czuję? [Oczywiście, czuł! Ale tego, że « Kukura » tej złej energii nie mógł w tym stanie zatrzymać, już nie! – przyp. mój: RL].
Zrozumiałem wtedy, że stworzenie języka emocyjnego musi poprzedzić okres wprowadzania w obieg społeczny wiedzy przedszkolnej o wibracjach. Jeśli sukcesorzy ducha Europy reprezentują ten poziom (rozumienia mechanizmu świadomości), to co ma mówić prosty lud, chłepczący pomyje historii w zbiorowym korycie telewizji » (cytowałem z pamięci) ».
Z internetu wiem, że w Polsce zjawiskiem WWO zajmuje się prof. Monika Baryła-Matejczuk [czytałem tam artykuł o niej Barbary Dąbrowskiej-Górskiej, którego w tej chwili nie mogę odnaleźć {bodaj na hellozdrowie.pl}]. Była tam także informacja o stowarzyszeniu E-MOTION, jakoby czegoś w rodzaju poradni higieny psychicznej. Zainteresuję się tym bliżej z ramienia w/w performance’u, póki co mam nadzieję, że jest to właśnie postulowane przez nas ćwierć wieku temu Przedszkole Języka Emocyjnego. Rzecz taka w Polsce jest potrzebna bardziej niż w jakimkolwiek kraju UE [jest pewne, że absolwent takiej szkoły, odwiedzając nas w domu, wytrze przed progiem nie tylko buty, ale też usunie z psychiki [hrr! hrr!] nerwy!
[Przeciętny Polak zdaje się nie wiedzieć, że już np. « dzicy » Indianie palili przed rozmową tzw. fajkę pokoju, aby doprowadzić swe wibracje do stanu wzajemnego szacunku]!
****** Karol May, Winnetou, t. 1: « – Dalszych mów nie potrzeba. Oświadczyłem już, że was tu nie ścierpię. Chcę, żebyście dziś jeszcze wrócili tam, skąd przyszliście tutaj. Zastanówcie się, czy posłuchacie, czy nie. Ja odejdę teraz z synem Winnetou i zjawię się tu znowu po upływie czasu, który blade twarze nazywają godziną, po odpowiedź. Jeśli opuścicie te strony, będziemy braćmi, w przeciwnym razie wykopie się topór wojenny między nami i wami. Jestem Inczu-czuna, wódz wszystkich Apaczów. Powiedziałem. Howgh! 
Inczu-czuna powstał, a Winnetou także ». 

******* Tadeusz Kępiński, Witold Gombrowicz i świat jego młodości, Wydawnictwo Literackie, Kraków, 1976 [na str. 124].

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko