Wiersze tygodnia – Jerzy Fryckowski

0
149
Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska


KLUCZE NA TASIEMCE

Kiedy idę na spacer z psem zamykam drzwi na klucz
i wieszam go na szyi jak przed półwieczem
gdy biegłem grać w piłkę

Ciągle wierzę w to
że jak wrócę to zastanę na stole talerz zupy
ojca schowanego za gazetą
i matkę narzekającą na ceny warzyw
bo taka zupa jest najtańsza

Gdy tylko w radiu pociągnie mnie za sobą
niesamowity głos redaktora Tuszyńskiego
Ojciec z Matką wyciszą rozmowę do konspiracyjnego szeptu
i wymyślą  prezent  z resztek oszczędności

Obudzę się 23 kwietnia
i zobaczę odnowiony zieloną farbą rower oparty o kredens
który od dnia ślubu rodziców ubogi w rodowe srebra
z odwiecznym wielkanocnym barankiem z cukru
ubranym w przykurzony  celofan

Boso pobiegnę na nadodrzański wał
spojrzę przez Odrę  na Frankfurt
przeczytam agitacyjny napis Frieden

i po raz ostatni wrócę do domu  pieszo


TREN LVI. ZAKAZANY.

Mamo, stoję za płotem,bo tak żąda władza.
Znicze parzą mi dłonie, wosk kapie na buty.
Mam dla ciebie modlitwę, lecz nie mam minuty,
aby klęknąć przy grobie, co z chłodem mnie zdradza.

Wyznaczyli limit łez, bramy znacząc drutem,
bo Orwell ich nauczył, gdzie ból się przechadza,
a chryzantemy więdną, nic się nie odradza,
chociaż biskup pedofil ruszył na pokutę.

Twoja wnuczka wybrała krwią płynący stroik,
do mokrego asfaltu łzy jak ćmy się lepią.
Będziemy skakać przez płot, bo nikt się nie boi.

Mamo, mojego bólu suki nie oślepią,
chociaż władza kalendarz jak chce, to pokroi.
Zawsze będzie mnie budził Twych rzęs czarny trzepot.


MĘSKA ROZMOWA

To już 20 lat jak nasze milczenie nabrało powagi
tak poważnej i cichej jak podstępny płomień

Żadnego faceta nie znałem tak dobrze jak ciebie
i żaden nie uderzył mnie tak mocno jak ty
gdy niechcący trafiłem kantem gazety w twoje oko

Potrafiłeś być troskliwszy od matki
kiedy mieliśmy wypadek w drodze po kasztany
najpierw zbierałeś to co było potrzebne na plastykę
dopiero potem moje zęby
bo naiwnie wierzyłeś że odrosną
a ja byłem już mężczyzną
i nie zamieniałem wybitych mleczaków
na ćwierćdolarówki jak amerykańscy rówieśnicy

To ciebie trzymała się blizna do końca dni
próbowałem dosięgnąć jej z kolan
gdy już zamykano trumnę

Była zimna jak policzek Mamy
23 lata temu

 
 MÓJ OJCIEC STATYSTA.

Pamiętam pierwsze święta po wylądowaniu człowieka na księżycu
święty Mikołaj wydawał się być bliżej ze swoimi reniferami
mojej matce nie udało się kupić  wyznaczonych reglamentacją czterech pomarańczy
chociaż opanowała do perfekcji udawanie ciąży i noszenie mnie na rękach
zdradziły ją najpiękniejsze nogi w okolicy

Na wigilię oprócz niespodziewanego gościa
zabrakło nam ojca który kolejny raz statystował w filmie
i przywdziewał mroczny mundur gestapowca
koledzy z podwórka i klasy jeszcze długo po premierze
wyzywali mnie od faszystów i folksdojczów
a siostrę przynajmniej raz w miesiącu  strzygli nożyczkami do gołej skóry

Na  stole brakowało też karpia
oficjalna wersja była  taka że  nikt nie miał odwagi go zabić
opiliśmy się kompotem
na uszka  poszeptaliśmy marzenia na rok przyszły

Ojciec przyszedł z orszakiem Trzech Króli
nie miał umazanej twarzy ani rąk skaleczonych bursztynem
wiedział że boję się ciemności wziął  mnie za rękę i powiedział :

synu
zarobiłem dwieście złotych i ocierałem się o gwiazdy

Opału starczyło nam do wiosny.


INKA.GRYPS.DRUGI

Babciu bardziej od wyrwanych paznokci
boli mnie to że nie zostanę matką
a chciałabym na wietrze fruwać między rozwieszonymi pieluchami
być szybowcem i słyszeć śmiech wywołany łaskotaniem traw

ciułać grosz do grosza i kupić konia na biegunach
by syn pogalopował na twoje kolana
umorusał twarz kromką chleba ze śmietaną i cukrem
wyciągnął ręce do rogatywki dziadka

dzisiaj znów bili mocno i wyzywali od kurew
a mi przed oczyma majaczył ołtarz i kobieta w bieli
której syn obiecał że jej nie opuści aż do śmierci
gołębie spłoszone okrzykami gorzko gorzko
długo wracały by jeść mi z ręki

babciu to nie wybite zęby budzą bezsenne noce
tylko świadomość że syn nigdy
nie spełni mojego ostatniego marzenia
i nie pochowa w łososiowej sukience


NÓŻ

Często spoczywał w szufladzie głodny
marzył o krojeniu tłustej baraniny
i serów francuskich o trudnych do wymówienia nazwach

czasami dusił się w spoconej dłoni
i próbował odbić zimne spojrzenie ryby
gdy właściciel odwracał twarz od lustra

ostrością spojrzenia nie próbował naśladować kobiet
chociaż twardy jak stal ślinił się na przegubach krwią
barwiąc mediolańską biżuterię

W rękach mordercy zamieniał się w doskonałość
zabijał perfekcyjnie
widząc białe larwy much  już nie musiał się martwić
oddzielaniem  mięśni od kości

W chwilach największej łagodności
gdy ludzie jeszcze posługiwali się pismem i zbierali znaczki
otwierał jednym cięciem białe koperty
i wzruszał się razem z adresatem słowem Tęsknię

Dumny że nigdy nie został wbity w plecy
rdzewieje w zapomnianej szufladzie
wspominając kreślenie znaku  krzyża na chlebie


*  *  *
                                                EDWARDOWI POPŁAWSKIEMU

Zdawałem sobie sprawę że to nasza ostatnia rozmowa
i że będzie krótsza od wiersza który potem napiszę
nie mamy żadnej wspólnej fotografii
stąd pewnie ta idiotyczna myśl by się z tobą sfotografować
zrobić ci ostatnie zdjęcie może do książki
wreszcie prawdziwej którą pisałeś całe życie
zaskoczyłeś mnie sztuczną szczęką
a przecież nasz wiek i niehigieniczny tryb życia są jakby ku temu

Gips na złamanej kości udowej ma dużo miejsca na autografy
i życzenia szybkiego powrotu do zdrowia
stare konie po sześćdziesiątce naiwnie wierzące w moc medycyny

Rozumiemy się coraz gorzej ty mnie nie słyszysz
ja nie rozumiem twojego bełkotu zza sztucznych zębów
Piotrek ratuje sytuację mówi o planowanej rehabilitacji
ale raka trudno zrehabilitować
nawet ewentualnych medali nie ma gdzie przyczepić

Zapach szpitala mam w genach
i w sposobie chodzenia po wysterylizowanych korytarzach
jedyna różnica to ta że mogliśmy wejść o każdej porze
a nie tylko w czwartek i niedzielę między 14 a 16

Podmiejskie autobusy czują zarazę nie podsypiają na pętli
czekają krócej niż pali się przeciętny papieros
nikt nas nie pogania
no może śmierć odrobinę ale o niej milczymy


Za naszymi plecami weneckie okna szpitala
cichniesz
zasypiasz
zamieniasz się w ostatni SMS od Piotra
jeszcze nie mam siły go skasować
jak kilka podobnie brzmiących
żyjesz w tej krótkiej wiadomości

Wczoraj zmarł Edward


ZDZISŁAW BEKSIŃSKI ĆWICZY DOSKONAŁOŚĆ NOŻA,
                    KTÓRYM ZOSTANIE ZABITY  

Codziennie stawia na ostrzu noża wypieczoną skórkę chleba
najpierw na rewersie pachnącym zbożem rysuje znak krzyża
potem uważając na palce dzieli bochenek na dwie  połowy
jest perfekcjonistą żaden okruch nie powinien się zmarnować

Nóż jest jak kobieta tęskni za kostką masła wystanego cierpliwie w kolejce
w której jedni czytają noblistów a inni wróżą z gwiazd
bo przybyli tak wcześnie że widzieli jak księżyc zasłania Wenus

Ten nóż jest bardzo poręczny i przydatny
gdy zerwie się zawleczka w puszce coca coli
zamieni się w bagnet i wydobędzie rześkość w bąbelkach

Bochenek chleba ucięty w połowie źrenicą noża
jak równo urwane życie syna w Wigilię przed upadkiem drugiego tysiąclecia
niesie w sobie nocną ciszę piekarni i ciepły radiowy głos

Zanim krzyk matki zamieni się w ugniecione świąteczne ciasto
syn za ścianą przetłumaczy Milczenie owiec i Czas apokalipsy

Za kilka lat dobrze naświetlony nóż
nie ujdzie uwadze mordercy


BRUNO SCHULZ  MALUJE FRESKI

Zbliżają się święta trzeba pomalować pokój dziecięcy
mężczyzna w eleganckim czarnym mundurze
tłumaczy swojej młodej żonie

kochanie
żydowski nauczyciel plastyki
wychodzi dużo taniej niż nowe tapety

natrętny zapach farb roznosi się po całym mieszkaniu
pani domu zabiera dzieci na spacer
przecież to ma być niespodzianka

na ścianach wyrastają herosi
mitologia germańska dotarła do Drohobycza
nikt tu nie wyczuje zapachu czosnku

Felix Landau zaczyna się nudzić
nie zachwyca go gra świateł
i lot gołębi wokół kościoła świętego Bartłomieja
z balkonu swojej willi
mierzy bardzo krótko i strzela

w powietrzu zamiast skrzydeł zatrzepotały ręce
gwiazda Dawida jak jesienny liść klonu
lekko pocałowała rynsztok
herr Felix jest wybornym strzelcem
mógłby na kolbie pistoletu wyryć kolejny znak
ale przecież jest estetą ocali biel kości słoniowej

Bruno Schulz z przyzwyczajenia nawet nie odwrócił głowy
wie doskonale że kolejne zwłoki
leżą obok dawnego sklepu bławatnego
do którego przed wojną zanosił ojcu pierwsze rysunki

dawny nauczyciel plastyki i prac ręcznych
namalował sobie kolejny dzień życia


***\
Umiera kolejna choinka
światełka zimne jak policzek nieboszczyka
pies jeszcze pozuje z przyklejonym do podniebienia opłatkiem
wygrzebuje go jak osę która jest natrętna

Jest nam zimno i niebogato
bo gaz mamy tylko w zapalniczkach
i na cmentarzach używamy go rzadko

Nie jesteśmy długowieczni
wypalamy się szybko
pod kontrolą przełożonych

Nagrzaną pościel opuszczamy coraz rzadziej
przestajemy ufać komunikatom
szczamy do kaczek
jedynych basenów
na jakie nas teraz stać


TREN ABSURDALNY

Nie piłem z Zagajewskim
nie mam z Nim żadnego zdjęcia
które mógłbym wrzucić na fb
i pochwalić się regulaminową
działalnością powiatowego domu kultury
ubogiej biblioteki wojewódzkiej
dla której rezygnacja poety z honorarium
przyczyniła się do wzrostu czytelnictwa
bo  można było kupić serię skandynawskich kryminałów
chłodnych jak skronie mistrza
o zmierzchu światowego dnia poezji

Nie wypiliśmy nawet wspólnej  kawy
każdy z nas ukrywał w rękawie fałszywego asa
najprostszą drogę do Nobla
miedzy rynsztokami bogacących się miast
wystawiającymi swoje rany ku  Europie
zjednoczonej z covidem

Nasze ścieżki powinny skrzyżować się we Lwowie
może na Łyczakowie
gdzie Konopnicka spojrzałaby na nas z politowaniem
lub przed frontem opery przed którą dzieci
jeżdżą na trójkołowych rowerkach
pozując rodzicom do fotografii na tle naszego dziedzictwa
i rzeźb które umiejętnie i politycznie
milczą o Wołyniu


Wiersze tygodnia redaguje Stefan Jurkowski
stefan.jurkowski@pisarze.pl

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko