Piotr Müldner-Nieckowski – Szkice o literaturze i języku

0
97

Jeszcze o Henryku Berezie

Fot. Mira Müldner

Pisałem w poprzednim felietonie o Henryku Berezie jako tym, który rozpoznał i rozpropagował wartości niesione przez tak zwaną „rewolucję artystyczną w prozie” lat 70. XX w.

Przypomnę, że chodziło o debiutantów oraz grupę pisarzy działających wcześniej, ale podejściem do funkcji literatury odbijających w górę. Nie spodziewałem się, że tekst wywoła aż taki oddźwięk: przyszło mnóstwo mejli, SMS-ów; nieprzyjaznych, ale i miłych oraz inteligentnych zaczepek w prasie i innych mediach. Poruszyłem, zdaje się, mrowisko. Tak miało być.

Proszono mnie przy tym, abym podał nazwiska pisarzy, którzy należeli do „szkółki” Berezy. Od razu więc wyjaśniam – nazwiska dam, ale nie było żadnej szkółki. Bereza nikomu nie mówił, jak ma pisać i co robić, żeby pisać lepiej. Jeśli czynił uwagi tej natury, to tylko negatywne, to znaczy wskazywał, gdzie omawiany utwór jest pęknięty, gdzie ma słabe miejsca, jak autor sprzeniewierzył się sobie samemu, jak się pozbyć z danej prozy głupstw i banałów.

Mocno dawał  owym „swoim” w kość, wprawiał w zdumienie pozornie sprzecznymi opiniami typu „w tak znakomitej prozie nie mogą występować tak chybione miejsca jak…”. Co więcej, Bereza przeczył zdaniu wielu swoich przeciwników, przeważnie profesorów osiadłych w Instytucie Badań Literackich. Jakież im zagadki umysłowe dawał do rozstrzygnięcia, gdy w tym samym tekście krytycznym lub felietonie bałwochwalczo wypowiadał się o Izaaku Bablu lub Borysie Pilniaku i Hermannie Brochu lub Peterze Handkem. A jeszcze jak tu się pojawił jakiś Louis-Ferdinand Céline lub nie daj Boże – Muriel Spark! Wszyscy tak od siebie się różnią, a tak ich Bereza cenił! Czytelnik Berezowych opinii musiał wobec tego bezradnie opuszczać ręce. Chyba że przyszło mu do głowy, że korzysta z kryteriów już przebrzmiałych, dobrych w piątej klasie szkoły podstawowej, a nie na poziomie ponaduniwersyteckim – i że czas je zmienić. No bo istotnie porządnie ułożone, niebywale zwięzłe i wewnętrznie konsekwentne opowiadania Babla nijak się miały do gęstych od prozy poetyckiej, zawiłych i skomplikowanych fraz Śmierci Wergilego Brocha, a jednak oba zakresy literackie w rozumieniu Berezy mieściły się w wysokiej kategorii „fascynująco samodzielnych dokonań na poziomie odkrycia”.

Zanim jeszcze to trochę rozwinę, wspomniane nazwiska. W Biegu rzeczy (1982) i w późniejszych pracach Bereza wymienia według alfabetu uczestników „rewolucji artystycznej w prozie”. To debiutanci z lat 70.:

Janusz Anderman, Adam Augustyn, Krzysztof Bielecki, Dariusz Bittner, Zbigniew Brzozowski, Wojciech Czerniawski, Halina Danilczyk, Zdzisław Domolewski, Jan Drzeżdżon, Adam Fiala, Donat Kirsch, Zdzisław Krupa, Józef Łoziński, Andrzej Łuczeńczyk, Piotr Müldner-Nieckowski, Grzegorz Musiał, Maria Nurowska, Włodzimierz Paźniewski, Krystyna Sakowicz, Ryszard Schubert, Tadeusz Siejak, Marek Słyk, Marek Sołtysik, Sergiusz Sterna-Wachowiak, Andrzej Turczyński, Roman Wysogląd.

Do nich dołączani byli starsi, wcześniej uznani, którzy mieli silny wpływ na nowatorstwo powyższej grupy. Nowatorstwo – dodajmy – całkowicie niejednorodne, „osobiste”. Byli to:

Leopold Buczkowski, Miron Białoszewski, po nich mniej więcej wedle ważności: Leon Gomolicki, Wiesław Myśliwski, Marian Pilot, Edward Stachura, Piotr Wojciechowski, Stanisław Czycz, Edward Redliński, Janusz Głowacki, Tadeusz Nowak, Bernard Sztajnert, Marek Nowakowski, Władysław Terlecki, Bohdan Zadura, Zygmunt Trziszka, Kazimierz Truchanowski. Być może kogoś pominąłem.

Nowatorstwo nie polegało według Berezy na używaniu specjalnego słownictwa, gramatyki, sposobów narracji, dialogowania, budowania fabuł czy poetyckiego rozpisywania prozy. Cudem tej literatury było to, że poszczególne utwory były formalnie spójne, a mimo to różniły się od wszystkich innych, zaskakiwały świeżością. Autorzy „nie zrzynali, nie powielali, nie odpisywali, nie starali się nikomu dorównywać ani być podobnymi”. Nie trzeba było zresztą Berezy. Wystarczyła odrobina przyjaznej odwagi. Pomagało odejście od zastanego „stereotypu modernistycznego”, ogólnie jednak stanowisko wciąż modernistyczne, które nie neguje literatury „tradycyjnej”.

Bereza dawał sporo wyraźnych wskazówek, jak czytać i przyswajać literaturę, która nie była podobna do Quo vadis, Lalki czy Przedwiośnia, a mimo to znakomita. Są to tezy klucze, które znacznie ułatwiają zrozumienie, jak ten wielki pisarz-krytyk rozróżniał literaturę i grafomanię.

Pisał: „Istotne znaczenie dla literatury ma ten świat zewnętrzny, który stał się światem wewnętrznym pisarza”. Tylko wtedy mamy do czynienia z dziełem literackim – Wergilego, Swifta, Babla czy Drzeżdżona. Jeśli tego nie ma, to chodzi o pisaninę, czyli grafomanię. Dalej: „W literaturze dzisiejszej nastał czas języków pierwszych” („urodzeniowych, domowych, osobistych”), bo w języku „drugim” (pierwszym obcym, np. nabytym w szkole lub z literatury) pisanie „musi być wtórne”, a więc nieporadne, naśladownicze. Nie można też babrać się w „cmentarzyskach słów”, czyli słownikach zastanych, skoro istnieje słowotwórstwo i zapotrzebowanie na nowe środki wyrazu. Musi nastąpić „stan przywróconej językowej wolności”, która wprost wynika z właściwości zasobów pisarza, jego talentu, a nie z zasobów literatury zastanej. Tylko wtedy przestaniemy się męczyć wciąż tym samym, tą na dnie grzybem kwitnącą „paraliteraturą nad rozlewiskiem”, czyli banałami o „przegryzaniu dżdżownicy nieudanego małżeństwa”.

Jak redaktorzy zmieniają nam język na gorszy

Znów redaktor tak poprawił mi tekst, że ręce opadają. Ostatnio walczyłem z redaktorem w wydawnictwie, ale mam z tym kłopoty niemal codziennie, bo stale coś piszę również do prasy.

Niektóre ich poprawki są szczególnie dotkliwe, bo kompromitujące, i to wcale nie redaktora, ale autora! Boli mnie, kiedy poprawne „wszem wobec” pewna osoba zmienia na niepoprawne „wszem i wobec”. Dlaczego to robi? Nikt jej nie prosił, mogła zapytać albo zajrzeć do słownika. Ale nie, ona ma swój język, nie gęsi. Pierwotna, królewska forma tego wyrażenia brzmiała „Wszem wobec i każdemu z osobna, komu to wiedzieć należy…”, ale dzisiejsze media prostacko zostawiły z niej tylko początek, a że po takim zabiegu nic nie mieściło się w rozumie, wstawiły „i” między „wszem” a „wobec”, żeby przynajmniej lepiej się wymawiało.

Podobnie miałem, w innej redakcji, z „języczkiem u wagi”, który został zmieniony na „języczek uwagi”. Do nazw miesięcy dopisano słowo „miesiąc” i w druku było już elegancko a oficjalnie: „w miesiącu maju”, „miesiąc październik”, „od miesiąca lutego”.

Dokuczliwe są rozstrzygnięcia interpunkcyjne typu „mimo, że” i „pod warunkiem, że”, tym bardziej że w dwóch kolejnych korektach z uporem zmieniałem lokalizację przecinka i wstawiałem go przed tymi wyrażeniami. Spójniki złożone są związkami frazeologicznymi ciągłymi, których składników nie można niczym rozdzielać, nawet przecinkiem. Warto również wiedzieć, że niektóre formy kształtowo identyczne z takimi frazeologizmami, nie zawsze nimi są (np. „dlatego że” i „dlatego, że”). Rozróżniania tych sekwencji powinna uczyć szkoła na poziomie gimnazjum, kiedy dzieci poznają sposoby rozumienia tekstu.

Dobry język jest wypierany przez zły, staranny przez potoczny, a potoczny przez bełkot z blokowisk. Równia pochyła. Byle wyrażać się jak najkrócej i „najbliżej ludu”. Skrótowość wypowiedzi, nie zawsze uzasadniona oszczędnością miejsca, sięga dalej. Publicyści mówią na przykład „osiemdziesięciolatek” zamiast „mężczyzna osiemdziesięcioletni”, mimo że cząstka „-latek, -latka” dotychczas odnosiła się wyłącznie do ludzi młodych i jest bardzo potoczna. Uznano jednak, że czas na zmiany.

Odżywają, zdawałoby się już wytępione, kwieciste pleonazmy typu:
„akwen wodny” (poprawnie „akwen”),
„dążyć do osiągnięcia celu” („dążyć”),
„emigrować za granicę” („emigrować”),
„eliminować całkowicie” („eliminować”),
„mimika twarzy” („mimika”),
„obcy najeźdźca” („najeźdźca”),
„ówczesne czasy” („owe czasy”, „tamte czasy”),
„poprawiać się na lepsze” („poprawiać się”),
„fakt autentyczny” („fakt”),
„stuletnia rocznica” („setna rocznica”),
„prawosławie obrządku wschodniego” („prawosławie”),
„samodzielny lider” lub „samotny lider” (najczęściej w wersji „zupełnie samodzielny lider”, poprawnie „lider”),
„sztuczna proteza” („proteza”),
„wolny wakat” („wakat”),
„zdążyć na czas” („zdążyć”),
„zaspa śnieżna” („zaspa”),
„zabieg operacyjny” („zabieg” lub „operacja”, albo „zabieg chirurgiczny”, „operacja chirurgiczna”),
„zapamiętywać na pamięć” („zapamiętywać”),
„zły nałóg” („nałóg”),
„podskoczyć do góry” („podskoczyć”),
„szpik kostny” („szpik”).

To wypisy tylko z prasy okołoświątecznej i z wydań książek wydanych przez „mało znanych wydawców”, które są niezwykle charakterystyczne dla całorocznej produkcji językowej mediów wszelakich.

Frazę „Nie znam żadnych nowości” zmienia się na „Nie znam jakichkolwiek nowości”, podczas gdy słowo „jakikolwiek” znaczy „wszystko jedno który”, a antonimem słowa „wszystkie” jest „żadne”. Błąd jest tak powszechny, że musi zastanawiać, jaką ma przyczynę. Sądzę, że jest to banalny skutek zlewania się nieznajomości antonimii i ubóstwa słownikowego. Antonimia już dawno przestała wchodzić w zakres języka mediów. Słowa „wszystko”, „wszyscy”, „wszystek” w tym języku ani przeciwieństwa, ani zaprzeczenia nie mają. „Wszystko to nie obchodzi wszystkich urzędników ministerstwa”, mówi redaktorka w TVN24, akurat kiedy piszę te słowa. A powinna była powiedzieć: „Żadnych urzędników ministerstwa nic nie obchodzi”. Jednak byłoby to tak proste, że niezwykle trudne do skonstruowania i wypowiedzenia.

Media mylą słowa, choćby „autorytatywny” z „autorytarnym”, „hermeneutykę” z „heurystyką”, „pomyłkę” z „błędem” czy „obrożę” z „bransoletą”.

Zwraca uwagę pomyłka i w ogóle mylenie się, które oznaczają błąd i popełnianie go wyłącznie na skutek złego wyboru między czymś a czymś albo spośród wielu możliwości. I na tym koniec. Nie może być błędem każdego rodzaju, jak sądzą sprawozdawcy sportowi. Według nich jeśli piłkarz nie trafił do bramki, to nie zrobił błędu, i to bardzo skomplikowanego, ale się pomylił. No, toż to kpina z języka!

Jeszcze bardziej śmieszy przykład z obrożą i bransoletą. Wiąże się z informacjami o pozornych nowościach w więziennictwie i o realnym aresztowaniu Romana Polańskiego, oskarżanego o pedofilię sprzed dziesiątków lat, a któremu założono na goleń bransoletę elektroniczną. Można odnieść wrażenie, że obroża zsunęła się redaktorom z szyi na nogę…

Czytamy też: „Kwas solny może doprowadzić do uszkodzenia wzroku – przekonuje lekarz pogotowia”. Wszystko w tym zdaniu jest pod względem językowym marne, ale najbardziej owo „przekonuje”, zwłaszcza że chodzi o oczywistość. Umieszczenie słówka „przekonuje” w tekście przekonuje nas, że dziennikarz nie jest do końca przekonany o szkodliwości kwasu solnego. I słusznie, w dzisiejszym świecie wszystko jest możliwe, a doktor mógł nakłamać. Kwas solny to substancja, którą obecnie trudno kupić w sklepach, więc pan redaktor nie mógł osobiście stwierdzić prawdziwości tez lekarza, to znaczy nabyć drogą zakupu próbkę kwasu, wlać sobie do oka i ocenić, czy to działa tak, jak ten konował śmie opowiadać. Być może w ogóle uważa, że kwas solny ma wzór H2SO4, mimo że chodzi o zwyczajne HCl. Wolał więc wypowiedź na wszelki wypadek zrelatywizować, żeby nie być posądzonym o stronniczość i brak obiektywizmu – wszak właśnie z tym walczy kodeks etyki dziennikarskiej.

Piotr Müldner-Nieckowski

Szkice powyższe w nieco innej wersji
były drukowane w „Forum Akademickim”

(2010, 2018, 2019)

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko