Krystyna Habrat – JAK LUDZIE MIESZKAJĄ

0
108

Kiedy 12 lat temu podjęłam się napisania pierwszego felietonu dla Pisarzy.pl na temat czytelnictwa młodzieży, przeprowadziłam wywiad z uczennicą II klasy  dobrego liceum w Warszawie – Magdą.

Wtedy to zrozumiałam, że młode pokolenie nie podchodzi do książek z takim samym nabożeństwem jak my, uważający, że bez książek nie da się żyć, że one dostarczają nam najbardziej wysublimowanych przeżyć duchowych, uczą życia, ludzi i świata i są niezastąpione na każdą trudną chwilę. A młodzież radzi sobie bez tego.

Oczywiście i wśród młodych wiele osób czyta namiętnie książki, a nawet pisze wiersze i prozę, co widać choćby na Facebooku. Ale, co dotąd wydaje mi się niesłychane, coraz częściej można usłyszeć, że lektury szkolne są niepotrzebne. A nawet książki.

      No i moja ówczesna rozmówczyni z LO im Staszica, Magda Motrenko, też wydała książkę. A właściwie album pt „polskie wnętrza”.   Piszę tytuł małymi literami, bo tak jest na okładce, a u góry, gdzie zwykle widnieje imię i nazwisko autora –  WNĘTRZA ZEWNĘTRZA, co jest nazwą blogu, jaki autorka prowadzi od lat na Facebooku. Ale na ten album jak i Blog pracuje cała ekipa z fotografami i właścicielami mieszkań, jakie pokazuje.

Już pierwsze zdanie Magdy Motrenko ze wstępu chwyta mnie za serce, a brzmi ono tak:

„Gdy byłam mała i w zimowe wieczory chodziłam po mieście, zatrzymywałam się i zaglądałam przez okna. Rozświetlone mieszkania, nieosłonięte zasłonami  były dobrze widoczne. W oczy rzucały się przede wszystkim kolory ścian i kształty lamp. I choć minęły lata, ten obraz mi się nie znudził. Wciąż tak samo zachwyca mnie to, że sąsiadujące ze sobą mieszkania potrafią być tak różne.”

Ja też, jak byłam mała lubiłam zaglądać w okna i widziałam to samo. Pewnie dlatego, że z perspektywy małej dziewczynki tylko tyle  można uchwycić  z ulicy. Ale to wystarczało, by wyobrażać sobie ludzi tam mieszkających. To, co było widać ich określało. Pamiętam, jak dziwiła mnie w jednym mieszkaniu goła żarówka u sufitu,  mętnie rozjaśniająca wnętrze. Od razu robiło mi się smutno i dlatego tak mocno wbiło mi się to miejsce w pamięć. Byłam przekonana, że mieszka tam ktoś nieporadny albo chory, co nie potrafi zadbać o przytulność i estetykę wnętrza i mijając to  okno, zawsze było mi żal, ale byłam za mała, żeby podjąć jakieś kroki. Prawdopodobnie mieszkał tam ktoś tymczasowo, może sublokator – mężczyzna,  i nie czynił starań o  adaptację swego otoczenia, aby było milsze. Kobieta zaraz by takie ocieplała, upiększała.

Do zaglądania w cudze okna za młodu, choć tak nie wypada, przyznaje się wiele moich znajomych.  Cechuje to wiele małych dziewczynek. Może dorosłych też. W Norwegii czy Holandii widziałam okna bez zasłon, a nawet bez firanek i każdy mógł widzieć, co  tam jest. Zapamiętałam w kilku miejscach duże ilości książek na regałach. Było to na piętrze, więc raczej nie była to biblioteka lecz mieszkanie.  Motyw zaglądania w cudze okna jest też w „Dziewczętach z Nowolipek” Gojawiczyńskiej. Chyba biedna Franka tak robiła i wysnuwała  z tego opowieści, ale teraz nie będę tego sprawdzać.

Tym razem bez poczucia winy mamy okazję pozaglądać do cudzych mieszkań w pięknie ilustrowanym albumie „polskie wnętrza”.

Są tu mieszkania ludzi z całej Polski. Z warszawskiej Starówki, z Łodzi, Dolnego Śląska itd. Mieszkania w bloku albo willi, a nawet przerobione z dawnej stolarni czy stajni, często o nietypowym kształcie lub wysokości, co trzeba jakoś udomowić. Zamieszkują je ludzie o artystycznych upodobaniach, którzy przystosowali swe lokum sami lub z pomocą fachowców, uwzględniających ich potrzeby psychiczne,   styl życia i zamiłowania.  Są to więc mieszkania z duszą. Z jednym wyjątkiem, a co mam na myśli, gdzie dusza nie ma wstępu, pozostawiam żartobliwie domysłowi czytelników.

Lubiłam kiedyś śledzić wytyczne, jak urządzać mieszkanie w tygodniku, potem miesięczniku,  Zwierciadło oraz w luksusowym periodyku włoskim  o nazwie Domus. Szczególnie ten ostatni robił na mnie silne wrażenie swoim  wysmakowaniem kształtów, kolorystyki i funkcjonalności. U nas jeszcze tak pięknych rozwiązań się nie widziało. Raz zachwycona ich kuchniami jak z bajki przeniosłam wzrok na moją kuchnię. Poprzez długi przedpokój ujrzałam tylko niewtopioną w meble kuchenkę gazową z podniesioną na ścianę białą klapą i zawieszoną na niej chochelkę aluminiową. Dotąd zdawało mi się tam  ładnie, a   w jednej chwili strasznie wszystko zbrzydło. O, nie było jeszcze wtedy różnorakich kafelek na ściany, wymyślnych mebli na wymiar i zwykle brakowało ze 20 cm, by wszystko harmonijnie scalić. Ale teraz i u mnie ładnie.

  Jak sobie tamto przypomnę, widzę jak z latami zmieniają się wytyczne  wnętrzarskie.

Przede wszystkim różnica pomiędzy wytycznymi architekta, a zrealizowanym już i zamieszkanym lokum  tkwi w szczegółach, uzależnionych od potrzeb  użytkownika jak i zasobach materialnych, jakie ze sobą wnosi, a więc kupione wcześniej  meble, może  odziedziczone antyki czy dzieła sztuki, pamiątki i wszystko to, co lubi.

Całe lata ulubiony architekt ze Zwierciadła kreślił prostymi kreskami wnętrza, gdzie z powodu małego metrażu całe ściany zabudowane były regałami, a z nich wyciągało się i chowało w razie potrzeby: łóżko, biurko, ława, przy której przyjmowało się gości. Pokój taki zmieniał się szybko z dziennego na nocny, z gabinetu na sypialnię. Stałe łoże małżeńskie było w małych mieszkaniach „be”, bo zajmowało za dużo miejsca i sypialnia była za dnia wyłączona z użytkowania. A przecież dzieci powinny mieć  własny kącik, gdzie rozłożą swe książki i przybory, by w ciszy  odrabiać lekcje. Inaczej zaaranżowanego miejsca potrzebuje niemowlę czy przedszkolak, albo ktoś pracujący w domu. Pamiętam jak wspomniany architekt, o ile pamiętam, to Jan Szymański, rysował karykaturę mieszczańskiego łoża dla małżonków, przeciwstawiając mu wyciągane  spod półek składane tapczaniki, które mogły służyć też za siedziska, gdy przyjdą goście. Moje pokolenie takim wytycznym się podporządkowywało. A tu metraże nam rosły i nie wiem nawet kiedy wszyscy nagle mieli sypialnie z ogromnym łożem dla dwojga. Czasem zajmowało cały pokoik i trzeba było przechodzić na swoją stronę po nogach tego drugiego, a już ścielić było niemożliwością. Ale spać było wygodniej.

Od czasów wytycznych na możliwości małych metraży pozmieniały się meble i mody. Niedawno oglądałam mieszkania znanych ludzi w  starych numerach miesięcznika Ty i Ja i zadziwiło mnie, jak tamte wnętrza były szczelnie wypełnione drobiazgami. Było w nich dużo książek, obrazów, pamiątek i przedmiotów pięknych. Albo zwykłych durnostrojek, które ktoś polubił, bo coś mu przypominały, do czegoś służyły, tylko inni nie wiedzieli,  po co stoją.

 Wszystko było zagęszczone w czasach PRL, gdy na każdą rodzinę przypadał określony metraż, a jak na ten wyznacznik   przypadała akurat mniejsza ilość osób, to rodzina płaciła słono za nadmetraż albo jej zabierano jeden pokój dla sublokatora. I wtedy sublokator miał swój osobny, niechby i mały, pokój, a rodzina gnieździła się odtąd po dwie, trzy osoby w jednym. Czasem w rewanżu nie dopuszczano lokatora do kuchni lub łazienki. O, zdarza się to nawet gdy to dobrowolnie przyjęta studentka, niemało płacąca za czynsz gospodarzom.

Nie będę się już rozpisywać o czasach, gdy po byle mebel lub ich komplet stało się długo całymi nocami. Albo każdego ranka i wieczora wpisywało się w zeszyt  kolejki społecznej, ale gdy ten wyczekiwany przedmiot (telewizor, pralka…) wreszcie się pojawił, zeszyt  się zapodziewał, a po zakup zjawiali się zupełnie inni ludzie, pewnie   znajomi tej od zeszytu.  Dobrze, iż ten koszmar lat 80-tych mamy za sobą.

 A teraz jak w albumie Magdy Motrenko widać na zdjęciach duże przestrzenie mieszkalne i niemal puste ściany, minimalizm w umeblowaniu. Pomieszczenia niezagracone, ale łoża dla dwojga – owszem są, bo widać wygodne. Wysmakowane artystycznie te wnętrza, bo często właściciele to artyści, malarze, historycy sztuki. A ile tu pomysłowych rozwiązań, to na powiększenie optyczne wnętrza, albo na ukrycie przewodów elektrycznych czy schowanie czegoś, po co często się sięga.

Jako przykład dla zachęty podam tytułu kilku rozdziałów:

– Minimalistyczna kawalerka;

– Meble z duszą;

– Beton, sklejka i szkło;

– Mieszkanie z niebieską kuchnią;

– Mieszkanie w starej stolarni;

– Odważna zabawa kolorami;

– Loftowe mieszkanie w starej stajni;

– Miedziane i lotnicze akcenty w mieszkaniu pilotki

– Klimatyczne mieszkanie w kamienicy;

– Przedwojenna willa;

– Rodzinny dom artystki;

Itd.

Cały album to rozkosz dla oczu i nieskończona ilość pomysłowości, co można zapożyczyć. Polecam.   https://www.youtube.com/watch

Krystyna Habrat

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko