Piotr Wojciechowski – CIENKA WARSTWA RADIOAKTYWNA

0
54

    Literatura nie powinna być nachalnie aktualna, nie powinna ścigać się z reportażem ani artykułem publicystycznym. Nie jest jednak dobrą literaturą, jeśli nie daje  świadectwa współczesności. Mam pisać dobrą literaturę, albo milczeć. To piękne założenie, a program trudny. Próbuję sztuczek, aby nie przegrać z wyzwaniami epoki. Czasem skuteczne jest wybieganie w przyszłość. Biegnę i dobiegam do pytania niemiłego jak tłuczone szkło na bieżni. Jak nas przyjmą Niemcy, kiedy będziemy uciekać przed rosyjską agresją?

 Oto stoję w długiej kolejce uciekinierów na moście w Zgorzelcu. Walizka w ręku, plecak na plecach, pies na smyczy. Spokojnie, to się nie może zdarzyć. Od dwudziestu lat nie mamy już psa.

   Ta wojna może się skończyć tylko zwycięstwem. Jeśli zwycięstwa nie będzie, nie będzie ani pokoju, ani sprawiedliwości. Przegrana nie stworzy pokoju, najwyżej chwilowe zatrzymanie postępów choroby.

   Dwa lata temu słuchałem opowieści ukraińskiej lekarki. Pojechała na front, na gorącą granicę z zagarniętym przez separatystów terenem Doniecka. Przydzielono ją do karetki pogotowia. Kiedy zginął zastrzelony kierowca, sama była ekipą. Prowadziła samochód, robiła opatrunki, jak było trzeba na plecach niosła rannego, bo nie było noszowego. Dostała kałasznikowa, żeby się bronić. Tak pracowała parę lat. Nie powiedziała mi, czy strzelała. Powiedziała za to rzecz niewiarygodną. Tą gorącą, krwawiącą granicę utrzymywała Rosja, kontrolowała Rosja. Dla obydwu stron frontu  pieniądze na amunicję, na benzynę, na żywność szły z Rosji. Rosja trzymała front w tym miejscu. Nie uwierzyłem jej, ale teraz wierzę. Ta wojna, aby się skończyć, musi się przestać opłacać szakalom. Szakale żrą padlinę zgliszcz, cmentarzy, krzywdy. Wojna jest im potrzebna, bo  jest koniunktura w spekulacjach, zarabia się na omijaniu zakazów sankcji, na handlu bronią. Będzie wielka kasa z kryzysu żywnościowego . Z napięć i strachów wojennych jest pożytek w wyborczych kampaniach. Wola pokój miłujących narodów Europy jest wielka, ból matek jest wielki, zgroza i krzywda wypędzonych też są ogromne. Na razie jednak dochody z wojny są większe od tego wszystkiego. Na niewidzialnej ręce rynku nie ma śladów krwi. A czy Rosja jest krajem rynkowym? To jedna z jej mrocznych tajemnic.

  Wśród papierów na moim biurku odnalazłem wycinek z „Rzeczpospolitej” z  17-18 lipca 2004 roku. Autor artykułu o Gombrowiczu drukowanego w dodatku Plus-Minus umieścił tam jako motto cytat z mojego felietonu w „Więzi” z tegoż lipca 2004 roku. Przepisuję, bo aktualne: Polak wobec mrocznych tajemnic Rosji nie jest chyba nigdy całkowicie na zewnątrz, bo rosyjskość jest obecna w jego historii rodziny, czy historii miasta, okolicy w mitologiach fascynacji i lęku, w kompleksach krzywdy, wyższości i niższości. Kultura polska jest śródziemnomorska, jest oryginalna i autonomiczna, jest też ciągle „wobec Rosji” uwikłana w dialog, współzawodnictwo, związki osobistych przyjaźni i nie mniej osobistych urazów. Jest wobec Dostojewskiego, Bunina, Brodskiego, Achmatowej. Polak czyta Rosjan nie tylko jak Europejczyk, ale także jak obolały sąsiad. Polska polityka też musi być „wobec Rosji”.

 Dziś po osiemnastu latach jest wobec Rosji i przeciw Rosji. Nie możemy po prostu żyć sobie. Żyjemy jako sąsiedzi imperium. To się wpisuje w życiorysy, w kulturę także, to narzuca się jako temat literacki. Sąsiadujemy z przestrzenią, w której kłamstwa broni potężny aparat przemocy i donosicielstwa. Tam wartości, które są nam bliskie, wymiata z  przestrzeni społecznej żelazna miotła.

   Heroizm żołnierzy Zełeńskiego i bestialstwo żołnierzy Putina – to wszystko prawda. Świat wartości, które są nam bliskie, nie jest fikcyjnym konstruktem. Dlatego właśnie ten świat nie może stać się widokową glorietą, z której patrzymy na teatr wojny. Wartości, które są wyznawane i pochwalane, wartości o których pisze się w katechizmach i w poezji, muszą przejść próbę, aby stać się rzeczywistością. Ma być próba ryzyka, cierpienia, wyrzeczenia, rozstania i straty, próba przełamywana trudności. Dopiero co była Wielkanoc, śpiewaliśmy o tym po kościołach.

  Czy szakale wojny mogą sprawić, że próby staną się nieważne, te próby, które miliony ludzi przechodzą o krok od nas. Czy te ich próby mogą stracić sens, jak pieniądze państwa, które przestało istnieć? Czas pokaże. Czas pokaże, ale komu? Jeśli nie będzie zwycięstwa, nie będzie komu rozmawiać o wartościach. Historię spiszą kłamcy. Czytam właśnie książkę o tym, co czas pokaże wtedy, gdy nikogo już nie będzie.

  W roku 2017 ważną nagrodę brytyjskiego Królewskiego Towarzystwa Literackiego przyznano za książkę ZA MILION LAT OD DZISIAJ napisaną przez Dawida Farriera, profesora  literatury angielskiej na uniwersytecie w Edynburgu. Farrier, humanista i erudyta – dla tej książki odszedł daleko od bibliotek i sal wykładowych. Zaraził się od studentów pasją ekologiczną, ruszył w podróż po planecie, dotarł do ekspertów, nauczył się  języka geologów, biologów, socjologów, antropologów kulturowych. Napisał książkę, która jest rodzajem fotografii nagrobkowej. To fotografia ludzkości na jej grobie. Nie interesowało go to, czy cywilizacja otruje  się sama sobą przez ekologiczne zaniedbania, czy wytłucze się w wyniku wojen napędzanych chciwością i libido dominandi, czy miłosierna kometa machnie ogonem i uwolni świat od naszego gatunku. Interesowała go cienka warstwa skał wyróżniająca się spośród innych skalnych formacji, warstwa o podwyższonej radioaktywności. To, co zostanie po milionach lat. Farrier szukał odpowiedzi, jak odcisną się w tej warstwie szlaki komunikacyjne, metropolie, zakłady przemysłowe, kopalnie, śmietniska. Co opowiedzą warstwy lodowców, co osadzi się w oceanicznych głębiach. Opisał to wszystko z rozmachem, ze swadą, językiem pełnym wyszukanych metafor, nie pożałował czytelnikom kulturowych dygresji czy fragmentów obyczajowych opisujących jak to z żoną i dziećmi podróżuje i popija drinki z ekologami. To książka ciekawa i piękna, ale czy potrzebna? Nie wiem. Wiem natomiast, że czytając ją nie mogę się obronić przed pytaniem – jak odcisną się znaki wojny w tej warstewce z okresu określanego przez geologów jako antropocen. Te ślady będą przemienione wysoką temperaturą, będą sprasowane ciężarem kolejnych formacji skalnych, będą nasycone krążącymi w spękaniach roztworami. Poddane będą nowej krystalizacji. Czy warstwy, w których skleją się i przenikną wypalone domy, masowe groby, resztki wojennego sprzętu, bunkry i niewypały  dadzą się odróżnić od tych warstw powstałych w czasie pokoju, niefrasobliwej konsumpcji, sycenia się kulturą duchową?

Nie ma odpowiedzi. A zresztą  będzie nikogo, kto by to badał.  

    Książka Farriera, ozdobna i bogata w zasoby humanistycznej garmażerki erudycyjnej, nie jest dla mnie źródłem żadnej nadziei. Porcję optymizmu przyniosła mi korespondencja świąteczna, dziesiątki informacji od starszych i młodszych przyjaciół, wiadomości o gościach z Ukrainy zasiadających przy świątecznych stołach. Nikt chyba nie zdaje sobie sprawy o rozmiarach tej przygody wielkiego powiewu dobroci, jaki wydarzył się Polsce na obrzeżach wojennej katastrofy. Kultura nie prędko potrafi opisać to, co się dzieje w rodzinach i szkołach, we wsiach i w metropoliach, w samorządach i w Kościele. Przemiany języka, obyczaju, duchowości. Inna demografia, socjologia, geopolityka. Nowe obszary biedy i bogactwa, świętości i podłości też. Czas tych przemian jest żywy, soczysty i zielony. Tygodnie sypią się lawinami, godziny bywają jak musujące wino. W porównaniu z tym danie profesora z Edynburga wydaje się pasztetem z papieru.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko