Zbigniew Kresowaty – UWOLNIONY Z RAM (O wyjątkowych uprawach malarskich i imaginacji artysty)

0
214
Profesor Leon Tarasewicz artysta malarz i twórca obrazów natury. Portret wykonał Zbyszek Ikona - Kresowaty

       Leon Tarasewicz artysta, twórca, malarz hodowca. Po studiach na ASP (1984r.) w Warszawie, już jako rektor powiedział publicznie: “Obraz powinien zawsze bronić się malarstwem i tylko malarstwem”, a nie dodanym sensem, pozaartystycznym jakimś kodem… Miał wtedy swoje wizje autorskie… Artysta zwrócił na siebie uwagę tuż po studiach, ponieważ jego obrazy różniły się znacznie od “nowej post ekspresji” awangardowej, malarstwa uprawianego przez rówieśników.

        To fenomen, że od tej chwili staje się wyrazistą postacią życia artystycznego, chociaż za główny punkt na mapie świata uznaje białoruską wieś Waliły, gdzie mieszka do dziś. Czym zasłużył sobie na uznanie zaraz po ukończeniu warszawskiej ASP? – Pewnie dlatego, że podjął dialog z naturą i jej przestrzenią oraz życiem, podobnie jak jego profesor Tadeusz Dominik… Tak już jest, że nasi profesorowie, jakby i rodzice, uświadamiają nam o czymś ważnym, ale nie chcą, co prawda, żeby ich powielać…

Leon Tarasewicz w swej twórczości malarsko plastycznej przez cały czas podkreśla białoruskie korzenie, identyfikuje się z zamieszkującą tamte tereny mniejszością białoruską w Polsce, używa kolorów i metafor w dziełach tyczących się regionu. Artysta, który początkowo tworzył na płótnach, osadzał dzieła w ramy, przechodzi metamorfozą w bardzo szersze wypowiedzi, wprost odrzuca ramy. Profesor Leon sprzyja także obecnie inicjatywom mającym na celu ożywienie białoruskiej kultury.    Tutaj trzeba nam wiedzieć, że w roku 1999 nie przyjął Nagrody Artystycznej Prezydenta Białegostoku – w proteście wobec prowadzonej przez tamtejsze władze polityki podsycającej, jego zdaniem, spory między ludnością białoruską i polską – tak wówczas niezależnie uważał.

       Jak już wspomniałem dyplom otrzymał w pracowni Tadeusza Dominika w roku 1984, w pracowni profesora nabył estetyki natury, twórczo  bardzo niezależnego wypowiadania się.. Od roku 1996 w tejże Akademii Sztuk w Warszawie prowadzi Gościnną Pracownię Malarstwa. Wspomnieć trzeba, że krótkotrwałym epizodem we wczesnej twórczości Tarasewicza było malarstwo figuratywne. To podejmowało wielu artystów część z nich odeszło z takich pojęciowości. Artysta także szybko z takiego malarstwa zrezygnował, wspomnieć należy, że obrazy w ramach, z emanacją figuratywną, jak twierdzi, „zniszczył”. Czyżby to co zrobił początkowo było pomyłką, może tylko rozgrzewką?, czyżby na studiach uczył się sposobu kładzenia farb lub techniki oraz kompozycji? – Stać go jednak było, żeby zacząć wszystko od nowa… doznał olśnienia? – Kategorycznie odrzucił wszelką aluzyjność dzieła, unika do dziś “literatury” (w tym autokomentarza), nie nadaje obrazom tytułów, odbiór należy bezpośrednio do wolnego widza, lub odbiorcy(?)

          – Oryginalna formuła jego malarstwa zrodziła się ze wspomnianej dalekowzrocznej obserwacji pejzażu, poszedł w pola i knieje, wszedł w horyzont pozbawiony ludzkiej obecności, szedł pod słońce i w knieje, mające własną niepowtarzalną wewnętrzną rytmikę i zapach, uradzaj i wszedł w harmonię lasów, oranych pól, loty ptaków, wtedy właśnie na dobre, myślał jak to objąć? – wyszedł z ram. A kiedy przekraczał granice Polski za oceny… aż do USA i Emiratów Arabskich kilka razy. Ostatnio odwiedził Irak. Jego niekonwencjonalna sztuka tam spodobała się krytyce i ludziom, gdyż była niezobowiązująca, otwarta i otaczała zamaszyście odbiorcę od stóp do głów, w szerz i wzdłuż. Jak mówi, wtedy wygłosił własną domenę:     

           „ Zawód, który uprawiam to przemyślane łączenie kolorów”. Twórca upodobał sobie dla swych zgrzytających, często kontrastowych, ma się rozumieć, harmonii, psychodelicznych kolorów, element wolności i pokazywanie ekspansji – To jakby znak firmowy? – Zarzucano mu: że używa nienaturalnych kolorów wszem i wobec, a mówi o naturze. Często zapytywano artystę – jak on sam widzi te nienaturalne kolory w naturze (?) – jak godzi to? , co o tym sadzi? – czasem są to barwy bardzo ostro świecące u niego, niby na łonie natury? – Twórca mówi dalej: „ nie ma nienaturalnych braw, ani w sztuce ani w naturze. One po prostu istnieją, a same malarstwo, jego środki i miejsca, to po prostu kolor”

 – Można tu śmiało dodać – artysta nie wątpi w intuicję swego odbiorcy, stającego przed dziełem, lub wewnątrz niego, jest osaczony zawsze okiem artysty, i jakby ma taką niepisaną powinność, przenieść wrażenia i estetykę radości do swej pamięci i umieścić w wyobraźni… Odnaleźć podmiot dla siebie, choć dzieła tu nie mają tytułów, są zewem czasu i pojmowania języka oraz intuicji najświeższej.

Do dziś bardzo dużo pisano na temat Leona Tarasewicza, wspomnę, że dziennikarka i pisarka Małgorzata Czyńska wydała książkę o artyście, po latach twórczych i wieloletniej egzystencji. Odbyło się z tego tytułu wiele spotkań artystycznych w Galeriach i Muzeach, w których uczestniczył artysta. Natomiast można zawsze drążyć w jego kreacjach element natury, świat otaczającego artystę czasu, kosmosu?

Można powiedzieć metaforycznie, że LEON TARASEWICZ zasymilował się z wszystkim co cechuje naturę „na żywo” wokół niego, i na każdym miejscu, maluje i kreuje z dużym wysiłkiem jej obraz, można powiedzieć, że tworzy kolorową DROGĘ DO SŁOŃCA, zarówno po przez uprawę malarstwa jak i  własnego ogródka. Uprawia rośliny, patrzy, sprawdza jak rosną i kwitną w doniczkach na półkach, dotyka ich, podlewa i wącha głównie kwiaty w ogrodzie ale i blisko na półkach, jakoby taki rajski ogrodnik. Kwiaty sieje i sadzi te mało spotykane oraz powszechne, niektóre rzadko kwitnące ustawia w ogrodzie, bawi się ich uprawą. Na domiar upraw, artysta hoduje co jest takim paradoksem, albo intrygą dla kreacji malarskiej: kury, ich bardzo rzadko spotykane kolory i pierzaste bujne odmiany, są tu koguty i inne ptactwo, jak bażanty i powszechny drób domowy, każdemu ptakowi nadje osobne imię i zapamiętuje imiona… Dlaczego? – ponieważ daje do zrozumienia, że jest oddany naturze i bez reszty jest mu przynależna, jako człowiekowi kreatywnemu, natomiast wydaje się, że powszechnie nie dostrzega się jej piękna. Twórca i kreator naturalny, podpatruje „na żywo” naturę i wierzy, że wiele od niego zależy, interesuje go zmieniająca się aura w przestrzeni non – stop, klimaty… Tarasewicz maluje ciągnące się długimi metrami przestrzenie farbami akrylowymi i nie tylko, jakby ciągnęły się one polami i lasami, czasem jest to czerwień farby miniowej do konserwacji, metalu, dużo używa ugru, żółci, kolory czasem miesza zależnie od nastroju i klimatu chwili ziemi, ale wszystko jest tu przemyślane.… Te kreacje bywa, że jest to np. duży korytarz, skropiony grubo plamami czerwieni i żółci, schody, np. rozchodzące się z półpiętra w danym budynku w kilka stron – do góry i w dół.. Mówią o nim „to malarz wspaniały” – odważny, godny kompan innych artystów i ludzi we wsi, choć nie wszyscy malarze uznają jego imaginacje. Otóż póki nie wyjeżdżał, np. do Stanów Zjednoczonych miał różne zastoje – po powrocie przyszły powodzenia. Trzeba wyjeżdżać za oceany i mówić własnym językiem, a popularność nadejdzie… Twórca właśnie poszukiwał i tam siebie mozolną pracą. Wspomnieć należy, już pod koniec lat 80., dzięki bystremu oku i estetycznemu smakowi zainteresował tamtejszą krytykę i art. – dziennikarzy. Natomiast kiedy każdorazowo wracał zza granicy – zawsze przywoził nowe pomysły i taszczył pudła farb, kolorów jakich w Polsce jeszcze nie było. Wpadł na pomysł, żeby pomalować ściany i podłogi w Muzeum Narodowym w kolorowe pasy, lub pomieszczenia i korytarz w „Zachęcie”, później położył się na pomalowanej w mocny uger podłodze, z rozłożonymi rękoma, jako człowiek uwolniony z wszelkich reguł i otaczających go ram, pozostawiając, w dodatku, na środku wielkiego pomieszczenia; pojemniki po farbach akrylowych tuż przed chwilą użytych, jakoby uszły z tych pojemników uwolnione kolory i rozlały się na ścianach i podłogach, pozostawił tu pojemniki, złożone do kupy na stercie niedbale, dołożył inne po farbach, po realizacji, trzy dwukolorowe – czerwień i żółć… z wyjściem lub wejściem na schody czerwono żółte, mocno pochlapane, co tworzy pewnego rodzaju eskapadę lub nawet barykadę kolorów, z której uwolniły się owe kolory, uchodząc w nieskończone tła… Powtórzę to  oczywiście to ciężka praca! – przez kilkanaście dni obracać dużym pędzlem, czy wręcz szczotkami malarskimi malarzy pokojowych, różnokolorowymi pędzlami, etc… wcześniej wytyczając bieg kolorystyczny świątyń Sztuki

Leon Tarasewicz mówi: „NIGDY NIE OPUSZCZAM RĄK” – zdaje się rozumieć, nawet jak jestem za granicą, chodzę czasem, przed wyjazdem, po sklepach za farbami w wielkich hobokach – wiadrach, np. szukam czerwieni, mini konserwacyjnej na własny artystyczny użytek, której już zużył wiele, zwłaszcza gdy upadał system komunistyczny w Polsce malował dużo czerwieniami, musiały być wierne, inne kolory także. To człowiek niespokojny, bardzo ruchliwy, majsterkujący na swoim podwórku…
Tarasewicz opowiada gdziekolwiek: o swoim dzieciństwie, np. co go ukształtowało na białostockich, jak mówi „Wysrankach” – Oczywiście wszyscy  domyślamy się, z jakiego powodu tak nazwał „przysiółek oparty o zagajnik”, nota bene bardzo przydatny dla pewnych spraw fizjologicznych, ale pamiętny! Mówi np. o tym, jak wylądował w rzeczce, bo pływał pod mostem na lodowych krach. Jak podglądał pary w sytuacjach intymnych, ale też mówi, jak bywał np. świadkiem małżeńskiego gwałtu. Wspomina o zespole, w którym przygrywał na weselach, i o kapeli „Kameleon”, takiej nie od chałtur. Opowiada chętnie o Stacji Waliły, gdzie się urodził i obecnie mieszka i jakby uprawia wszystko jako wolny człowiek.  Jak się wydaje, wziął sobie za cel hodować drób ozdobny z bardzo kolorowymi kogutami, kury z długimi centkowanymi piórami, ogromnymi grzywami i krótko ogoniastymi z gęsto zarośniętymi łapami, które zwozi na Podlasie z całego świata, gołębie i bażanty też pojawią się w tej opowieści, bo bez kur dla profesora Tarasewicza nie ma życia! – Wyczynia z nimi na co tylko pozwala godna natura, dba i powiela oraz ułaskawia…

Jak wspomniałem – artysta o nieprzeciętnym wizjonerskim talentem na Stacji Waliły, to artysta dobrze umieszczony w naturze z krwi, kości oraz wiary. Malował przecież obrazy, nawet ikony, które miały powodzenie, czasem jeszcze popełnia jakiś obraz pod ramę. Natomiast poprzez instalacje postanowił wejść w sam środek przestrzeni bardzo ogromnego obrazu, w którym sam się porusza i oddycha, jakby szerzej(?). Niewielu umie tak zastosować własne wewnętrzne środki, i używać ich oraz tańcować wielo – barwnie… To niezwykła praca, wiara i odwaga!

– Profesor i teoretyk Leon Tarasewicz powie dalej: „Sztuka to jest poczucie niemożliwości. Twórca każdą kolejną pracą przekracza granice, o których sam jeszcze nie wie. I trzeba mu mocno wierzyć w to, że ma przed sobą drzwi do otwarcia, drogi, którymi jeszcze nie szedł nikt, ani ty, ani inni, to jest zadanie artysty”.

       Można zaryzykować teorię, że już w początkowej fazie twórczości artysty, widać było duży wpływ pracowni Tadeusza Dominika, to chyba bezsprzeczne: prace na płótnach z liniami rozszerzającymi się do w dół po stopy odbiorcy, tła z prostopadłymi liniami horyzontów, czy choćby płótna z elementami przyrody, jak chociażby schematyczne świerki, romby i kwadraty, pochyłe kolorowe linie, podświetlone i naprzemienne w dwu lub trzech kolorach, tła podzielone np. na cztery części,  formaty obok siebie, z tłami jednej przestrzeni różnie stonowanej…

    Artysta i twórca uznał zapewne, że nie może powielać sposobu malowania, choćby swego profesora(?), i dlatego zniszczył, jak OŚWIADCZA te pierwsze obrazy, ( jak ongiś Beksiński), bo miał bezsprzeczne prawo, przejść do całkiem swobodnej nieskrepowanej ramą kreacji twórczej, nieco inaczej, szerzej zmetaforyzowanej i otwartej na oścież, także duchowo, np. poszerzonej o hodowlę pokolorowanego naturalnie i dziwnie wyglądającego drobiu…

Natomiast wiele opowiedział o sobie na żywo w książce – (warto zainteresować się tym wydaniem), pt. „Nie opuszczam rąk” autorki Małgorzaty Czyńskiej, gdzie wpierw opowiada on szczerze o swojej białoruskiej tożsamości i trochę skomplikowanych stosunkach Białorusinów z Polakami, a także o fascynacji naturą i regionem, zwierzętami i nietypowej pasji, jaką jest uprawa kwiatów i roślin oraz hodowla ptactwa. Artysta wspomina też czasy studenckie, ale przede wszystkim mówi o Sztuce, której podporządkował całe swoje życie i osobowość artystyczna, nie chce zażegnywać jednego dla drugiego… Natomiast o samej własnej sztuce mówi dalej: „SZTUKA to jest poczucie niemożliwości. Twórca każdą kolejną pracą nad dziełem przekracza granice, o których sam jeszcze nie wie. I trzeba mocno wierzyć w to, że ma przed sobą drzwi do otwarcia, drogi, którymi jeszcze nie szedł nikt, ani ty, ani inni…” – Warto dodać, zapytać – czy nie powinno to być mottem lub credo każdego artysty, każdej profesji – nie musiałby każdy twórca martwić się o miejsce w Sztuce, właśnie tej, pisanej z dużej litery. Do tych niemożliwości należy dochodzić uparcie…

Leon Tarasewicz (ur. 1957) artysta malarz, profesor Akademii Sztuk Pięknych. Laureat wielu nagród, m.in.: Nagrody im. Jana Cybisa, Nagrody Fundacji Zofii i Jerzego Nowosielskich, Paszportu „Polityki”, Nagrody im. Jerzego Giedroycia, Nagrody im. prof. A. Gieysztora, Nagrody im. Cypriana Kamila Norwida, Nagrody Stulecia ZAiKS-u. Współpracuje z warszawską Galerią Monopol, Galerią Foksal, rzeszowską Galerią Tabot, poznańską Galerią Ego, a także lubelską Galerią Białą.

Leon Tarasewicz portret artystycznej kreacji – Wyk. Zbysze Kresowaty

Zbyszek Ikona – Kresowaty

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko