Wiesław Łuka – Chopina kochać nie przestanę. Po finale XVIII konkursu  pianistycznego

0
89

 Wygrał go Kanadyjczyk azjatyckiego urodzenia – Bruce (Xiaoyu)  Liu. Pokonał w czterech etapach kilkudziesięciu konkurentów, pianistów płci obojga. Mogło się wydawać, że zwycięzca trzytygodniowej batalii konkursowej „weźmie sobie luz” , w ostatnim  wykonaniu koncertu fortepianowego f – moll  Fryderyka , już podczas  uroczystego  zakończenia międzynarodowej, Wielkiej Imprezy; że wykona genialny utwór na pół gwizdka. Ale – nie! Zagrał go jeszcze bardziej mistrzowsko niż wszystko, co konkursowo wykonywał do tej pory i co oceniało kilkunastoosobowe, światowe   jury.

Tak megamistrzowską grę Brusa  ocenił mój rozmówca, wybitny komentator muzyczny, Adam Rozlach, który od kilkudziesięciu lat potrafi dostrzec tysiące  tajemnic ukrytych w kompozycjach  Fryderyka oraz innych wybitnych kompozytorów. Ich odkrywanie i mówienie o tym w radiowych audycjach, to chleb powszedni, profesja  Rozlacha. Mówił o nich w telewizyjnej transmisji całego Konkursu do tysięcy, może do milionów telewidzów.

Pytam go i sam:  – Co się podobało panu Adamowi w ostatnim występie Kanadyjczyka?  

Od razu sam mu odpowiadam : – Mnie w grze Brusa wszystko się podobało, we wszystkich szczegółach, bom niewykształcony muzycznie, a zaledwie kochający to, co kochała tysiące lat temu, starożytna,  Helleńska  muza Euterpe pokazywana  od zawsze na malowidłach i w rzeźbach z fletem w ręce.

– A co się podobało  komentatorowi? – powtarzam pytanie!

 – Bezbłędne wykonanie utworów  podczas czterech  etapów konkursu. Brus już dał o sobie znać w naszym kraju pięć lat temu podczas bydgoskiego Konkursu im. Paderewskiego jako kilkunastolatek fenomenalnie grający…

– Już potrafił bezbłędnie naciskać odpowiednie klawisze  fortepianu w odpowiednim momencie i z odpowiednią sił.?

– Potrafił! A dziś, to już prezentuje się jako kompletny wirtuoz, gotowy do wielkiej, światowej  kariery…

Dziś prezentuję pana jako krytyka muzycznego i pytam: kiedy pan miał  pierwsze  zetknięcia  z muzyką w ogóle, a w szczególności z Chopinem?

 Notuję:  Pochodzę ze śląskiej rodziny, a w tych rodzinach domowe muzykowanie nie należało do rzadkości; wręcz przeciwnie. Wtedy zacząłem grać na akordeonie . Organizowaliśmy  pierwsze amatorskie festiwale w domach kultury…

– A zetknięcie  z Chopinem?

– Trudno, by  sześcio, siedmiolatek fascynował się Chopinem.  Ale podbudowę muzyczną w szkołach muzycznych  I oraz II stopnia  zdobywałem. Tamto granie na akordeonie dało podstawy muzycznej wiedzy i świadomości. Po maturze poszedłem do Akademii Muzycznej na Kierunek Teorii Muzycznej. A Chopin zapukał głośniej do serca w 1970 roku, gdy na klawiaturze fortepianu „zmagano” się z Geniuszem  podczas VIII Konkursu jego imienia. W tamtych czasach w konkursach  wygrywali Amerykanie,  a naszymi idolami byli Janusz Olejniczak i Piotr Paleczny. Wtenczas już miałem podstawy wiedzy   muzycznej… Zacząłem myśleć – jaką mamy instytucję, że z całego świata przyjeżdżają do nas ludzie i grają Chopina.

– Może warto dla „ubarwienia” rozmowy przypomnieć incydent z X Konkursu (1980), kiedy jury wykluczyło z gry  Jugosłowianina Ivo  Pogorelicza, a jurorka, Martha Argerich opuściła  na znak protestu gremium oceniające.

– Wołałbym opowiedzieć coś innego z dawnych lat . W 1971 roku do śląskiego liceum muzycznego przyjęty został  Krystian Zimerman. Przez dwa lata siedzieliśmy w jednej ławce szkolnej.  Do dziś pamiętam, że przeżyłem kolosalne uderzenie. Krystian już wtedy był w każdym momencie fenomenalny. On, czternastolatek w 1970 roku, chyba już mógł  wygrać każdy konkurs. Ale jego kariera rozpoczęła się na dobre pięć lat później. Był już dobrze przygotowany do kariery. W 1980 roku zrobiłem z nim pierwszy wywiad dla Polskiego Radia, gdzie już od roku pracowałem.  Z tej rozmowy pamiętam do dziś – co i jak mówił. A mówił mądrze i pięknie  po polsku, że i teraz  bym nie zmienił ani słowa.

– Utrzymujecie przyjacielski kontakt?   

– Oczywiście. Twierdzę, że on jest człowiekiem  tytanicznej pracy – jako pianista najwyższej rangi. Nie wiem, czy  potrafiłbym wymienić  trzech, czterech w Europie mu równych. Również jest wielki jako nauczyciel  przyszłych muzyków. W  szwajcarskiej uczelni potrafił zamykać się  na dwie doby z nimi i ćwiczyć.

A  innego, polskiego mistrza fortepianu, także zwycięzcy – XV konkursu ( 2005 rok ), Rafała Blechacza można wymienić obok Zimermana?   

-To jest także pianista wyjątkowej wartości. Nagrywa świetne płyty. Ale  trzeba zauważyć, że Kristian na swoją pozycję pracuje 50 lat, a Blechacz  „dopiero” 15 lat.  On się oczywiście  liczy w grupie wybitnych, światowych  wirtuozów.  

–  Czy pan komentator,  słuchając i obserwując kolejne konkursy, może powiedzieć o zmianie pewnych trendów grania  muzyki Chopina?

–  Tyle jest szkół grania, ilu jest profesorów. Kiedyś się mówiło o szkole amerykańskiej, czy rosyjskiej.  Dziś, w czasach globalizacji, Chińczyk czy Japończyk wyjeżdża do Nowego Jorku, czy Paryża, tam się  kształci muzycznie i po  latach nauki trudno powiedzieć,  czy  on gra po chińsku, czy europejsku.  Tylko raz zdarzyło się, że Chińczyk, Li Yundi przyjechał do Warszawy na XIV Konkurs (2000 r.) i wygrał go po nauce wyłącznie w Chinach.

– Co jest najważniejsze w graniu miłośników naszego Geniusza?

–  U jednych artystów góruje technika, u innych interpretacja. Najważniejsze jest to, by granie było wierne zapisom Mistrza. By gra była piękna, choć jedna jest bardziej śpiewna inna  naturalna. Każdy pianista gra inaczej. Ale musi grać tak, jak oddycha, zgodnie ze swoją naturą. Jego muzyka musi być szczera i uczciwa –  bez efekciarskich uderzeń w klawisze. Efekciarstwo uśmierca muzykę.

 – Co znaczy szczere granie?

 – Ono musi być naturalne – z serca całej duszy! Nie wydziwiane! Nie można na przykład wzbudzać wesołości podczas grania lirycznej melodii. Nie można z mazurka czynić walca. Nie można przerywać linii melodycznej. Gra musi się podobać słuchaczowi. Chopin wyraźnie kreślił nuty i nie dopuszczalne są odstępstwa od jego zapisów. Dla Chopina ważna była technika gry. Dziś pianista musi się nauczyć grania „rubato”. To słowo po włosku znaczy „kraść”. Jeśli muzyk ukradnie nutkę z jednej frazy, to musi ją oddać w  następnej.

– Dlaczego Polacy tak rzadko wygrywają konkursy?

Nie powiedziałbym, że rzadko. Po wojnie zanotowaliśmy cztery zwycięstwa  konkursowe. Halina Czerny – Stefańska wygrała w 1949 roku,  Adam Harasiewicz w roku 1955, no i Kristian Zimerman oraz Rafał Blechacz. To nie jest taki zły wynik!

– Usłyszałem teraz, że Polacy nie grają porywająco …

Nie można uogólniać. Przecież niektórzy nasi artyści też porywają. Trzeba jednak pamiętać, że na nich działa wielka społeczna presja  i odpowiedzialność  – że w swoim kraju muszą wygrać. W takiej atmosferze narasta zdenerwowanie, które często przeszkadza występom.

 – A co pomaga Azjatom w osiąganiu szczytów wirtuozerii  –  nawet tym nastolatkom; jak w tym roku?

 – Azjaci są zaprogramowani na ciężką i  wytrwałą pracę. Podobno oni nawet nie mają czasu na spanie. A nasz wybitny artysta, Ignacy Paderewski, wiele lat temu powiedział, że w osiąganiu  zwycięstw pomaga tylko  pięć procent talentu, bo reszta, to praca.

Którzy  wykonawcy zrobili na panu największe wrażenie?

– Wszyscy, których wyróżniło jury i jeszcze kilkoro innych. XVIII  konkurs obfitował w wybitnych muzyków. Chyba nawet pod tym względem poprzednie konkursy nie dorównują mu.

– Słychać, że w Japonii gra się Chopina również w restauracjach do „kotleta”…

Myślę , że i u nas zdarzają się takie  występy. Uważam, że w eleganckim lokalu gastronomicznym, przy wystawnych daniach  na stole, grane utwory Chopina, Beethovena, czy Bacha  nie tracą  artystycznej wartości.

***

Był głos komentatora. Dopuszczam więc do głosu kilku , jurorów.

 Adam Harasiewicz: „… Moim idolem był Artur Rubinstein. On przekonywał , że artysta musi codziennie grać, ćwiczyć. Ale musi też znaleźć czas na odpoczynek, który  dodaje mu sił na następne ćwiczenia przy klawiaturze…  Melodie,  które kieruje do słuchaczy powinny być zrozumiałe dla ludzi, którzy nie  siedzą w zawodzie muzycznym … Muzyka nie znosi dużych przyspieszeń i nagłych zwolnień… Muzyka lubi „rubato”…”

Janusz Olejniczak: „… Przed laty dopuszczano artystów   polskich i zagranicznych  do konkursu na podstawie nadesłanych przez nich życiorysów.  Dziś są trudne muzyczne eliminacje…  Sam wiele młodzieńczych lat przeżywałem w stresie – miałem problemy z jedzeniem i spaniem… Długo dochodziłem do stanu spokoju…”

Piotr Paleczny: „… Uważam, że w konkursach   sprzed lat dominował Chopin grany dynamicznie. Dziś gra się w sposób bardziej wyważony, ale też bardziej wyzwolony. Dopuszczalna jest gra mniej podatna na presję metronomu, urządzenia do ćwiczeń muzycznych i komponowania… Artysta może pozwolić sobie na improwizację – zwłaszcza w częściach  lirycznych utworów Chopina…”

Kevin Kenner (USA, zwycięzca XII konkursu, 1900 rok) „… Od lat siadam w gronie kolejnych zespołów jury. Jestem związany z Polską od lat  nauki w Krakowskiej Akademii Muzycznej. Tu  przeżyłem festiwal Solidarności z roku 1980 i bałagan strajkowy. Wiele razy się bałem, czy złapię autobus , by zdążyć na ćwiczenia w Akademii. Do Krakowa przejechałem z matką. Ona wszystkiego pilnowała. A sąsiadka wiele razy częstowała nas smakowitym barszczem – raz czerwonym, raz białym. Ale także innymi smakołykami i specjałami polskiej  kuchni …  Do dziś odczuwam rodzaj nostalgii za grą w Krakowie, gdy mijam gmach filharmonii…”

PS: Niektórzy recenzenci muzyczni mają zastrzeżenia  co do werdyktu jurorów. Tak się dzieje po zakończenie każdego konkursu. Sam pozwalam sobie wyrazić własną wątpliwość – na jedną z nagród, moim skromnym zdaniem, zasłużyła siedemnastoletnia Eva Gevorgyan,  reprezentantka Rosji i Armenii ( w jednej osobie) zamiast reprezentantki Włoch, Eleonory  Armellini… Ale mówi się, że jeszcze się taki (a) nie urodził (a), co by wszystkim dogodził (a). I basta!

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko