Krystyna HABRAT – SYNDROM FELI, CZYLI SZLACHETNOŚĆ POŻĄDANA

2
120

  Obejrzałam wczoraj dobry film “Fachowiec”. Niestety nie od początku, więc moje refleksje mogą nieco błądzić, ale  całą naszą rzeczywistość poznajemy też fragmentami, a jednak  coś o niej wiemy.

  Raz już trafiłam przypadkiem na ten film, jakoś w środku, i wtedy wydał mi się jednowymiarowym, spóźnionym, produkcyjniakiem ze szlachetnym, a pokrzywdzonym, bohaterem i złymi kapitalistami. Zerkałam na niego pobieżnie i nawet nie pamiętam, czy do końca. Głównie dla  powszechnie lubianego aktora, grającego główną postać – ślusarza z rodowodem i postawą inteligenta. Tym razem też przyciągnął mnie on i patrzyłam na ten film   jakby jego oczami, bo sam w później znalazł się w podobnych okolicznościach zawodowych i… też nie wygrał. O tym później.  Tylko o kapitalistach zdania nie zmieniłam. Czy ja – skromna mróweczka na tym świecie – muszę takich lubić?

  Największe wrażenie na filmie robi scena, gdy bohater, młody ślusarz, wchodzi na wykład agitatora, który kiedyś i jego zmamił hasłami, że praca uszlachetnia, czy coś w tym rodzaju. Tym razem wmawia słuchaczom coś zupełnie innego.  Ślusarz wdaje się z nim w dyskusję i wylewa na niego całą swą frustrację z powodu klęski swych idei. Jest oczytany, skończył gimnazjum, wydał nawet chwaloną książkę, miał okazję studiować na politechnice, ale wybrał szlachetną pracę, gdzie mógł pracować nad wynalazkiem i wdrażać go w życie. Ma nawet sukcesy, ale życie nie bywa pasmem powodzenia, zawodzą go ludzie: bogaci kapitaliści, którzy raz się z nim bratają, a potem pokazują mu swą wyższość, a czasem wyrzucają za drzwi i nasyłają na niego ponurych facetów. Pobity wyrzuca z półek książki, które go zawiodły. Panna, elegancka, choć nagle zbiedniała, też się w nim nie zakocha, bo nie dla niej robotnik.   Wpaja mu tylko wzniosłe hasła i przykazania, jak on powinien postępować.

  Brakuje tu tylko jednego, że żadna praca nie hańbi. Tak przecież głoszą ci, co nie lubią sobie rąk brudzić, ale innym zalecają, bo wolą nimi  kierować, pouczać, być ponad nich. Zrobią wszystko, nawet świństwo, aby piąć się w górę p szczeblach kariery. A naiwni im wierzą. Do czasu. Filmowy ślusarz –  też przejrzał na oczy.

  Siedziałam kiedyś w studenckiej stołówce przy jednym stole z miłymi dziewczynami i przypadkiem usłyszałam, że jedna z nich zgubiła bloczki na obiady. Na cały miesiąc, a ten dopiero się zaczął. Dla studenta to strata poważna. Wtedy jedna ją ochoczo pocieszyła:

  – Nie martw się. Ja też kiedyś zgubiłam bloczki i Fela mi pomogła. Jadałyśmy obiady na pół. Zosia też  się ze mną dzieliła. I Hania, jak tylko mogła. Teraz też Fela ci pomoże. I Zosia. I…

  Wskazywała palcem kolejne dziewczyny przy stole, i te przytakiwały. Nie wspomniała tylko o sobie,  że  też pomoże.

  Pewnie, dlatego  wbiło mi się to w pamięć. Podziwiałam Felę i jej koleżanki, tak zawsze chętne do niesienia pomocy. Jedząc tam obiady, poznałam je bliżej. Szczególnie tę, która tak sprawnie organizowała pomoc dla koleżanki, powiedzmy Janinę. Obserwowałam je i miałam okazję przekonać się, że właśnie Janina często ich pomocy potrzebuje. Wręcz wymaga. Mieszkała na mieście, ale odwiedzała  koleżanki w akademiku i od progu wołała, że jest głodna. Gdy ta akurat nic nie miała, co zdarza się wiecznie “zauczonym” i zakochanym studentkom, Janina nakazywała, by  wyszła na korytarz i wołała, aby   ktoś poratował je chlebem.  Trochę się krępowały, ale  pożyczyły. Janina, wcinając,  po raz któryś obiecywała, że zrobi bardzo dobrej kawy,  gdy ją która odwiedzi. Tylko, jak któraś przyszła, akurat kawy   nie miała. Nie przejmowały się. Do czasu. Jedna wychodząc od niej, w pośpiechu zbyt mocno otworzyła drzwiczki  na podwórko  zabudowane małymi szybkami i jedna   wypadła i się rozbiła.  Taka mała  15×15 cm. Nie miała czasu tego od razu załatwić, bo  biegła na wykład. Zapłaciła za nią  Janina. Nawet bez pomocy Feli.  Na razie część, bo więcej nie miała. Ku zdziwieniu koleżanki, koszt wprawienia szybki  równał się obiadom w stołówce na blisko miesiąc. Nie chcąc obciążać  Janki takim wydatkiem, koleżanka pobiegła sama do stróżki owej kamienicy z pieniędzmi. A ta sympatyczna kobiecina powiedziała, że to nic nie kosztuje, bo jej mąż sam wprawił z zapasów, jakie zawsze ma, bo często wypadają.  Janina też nic jej nic nie płaciła.

  Odtąd, ile razy słyszę, jak ktoś nawołuje innych do pożytecznego czynu dla innych, myślę: “Najlepiej zrobi to Fela”. Zawsze są tacy, którzy wymagają, aby jakaś Fela coś zrobiła, dała, ofiarowała, ale sami się uchylą. Chętniej wymagamy czegoś od innych.  To taki częsty “Syndrom Feli”. A, jak ktoś w końcu odmówi przysługi leniwemu egoiście, ten nazywa się go człowiekiem nieużytecznym, bo przecież trzeba pomagać.

  Mamy bardzo dużo szczytnych haseł oraz przykazań, które prowadzą nas przez życie i kształtują w nas człowieczeństwo.

 Słyszymy od małego pouczające wierszyki Jachowicza, które mają wdrażać nas do posłuszeństwa wobec starszych – rodziców, nauczycieli, wszystkich mądrych dorosłych. Przecież wszyscy dorośli są mądrzy, tylko czasami któryś zbłądzi. Zatem Andzia ma nie ruszać róży, bo kłuje, Ma czytać książki,  no to pozwolę sobie zacytować z pamięci:

“Zamiast kwiatów, zamiast wstążki
kupowała Andzia książki.
Ale żadnej nie czytała.
Ot tak  tylko, aby miała.
  Na to mama jej powiada
  Książka w szafie nic nie nada.
  Pszczółka z kwiatów miodek chwyta,
  Kto ma książki niechaj czyta.”

  Niestety w czasach wychowania bezstresowego taka pedagogizacja poprzez literaturę to już  nieomal śmieszność. A nas jeszcze tak staroświecko wychowywano i nie biegano z nami po psychologach (tfu! sama jestem nim), że sobie nie radzimy. Do szkoły chodziło się pieszo, ale w grupie, bo nie dowożono nas autem, wybierając daleko położoną szkołę o wielkiej renomie, skupiającą wszystkich snobów. 

  O, zasad wychowawczych mieliśmy pełno na każdym kroku. W szkole podstawowej wisiała na korytarzu złota myśl Żeromskiego:

  “Nauka jest jak bezmierne morze, im więcej z niej czerpiesz, tym bardziej jesteś spragniony.”

  A w klasie, krótkie i węzłowate:

  “Będziemy karni.” .

  No i byliśmy najlepszą klasą- wychowawczyni Stanisławy Koper. W liceum tak samo. Tylko wtedy miałam wrażenie, iż nauczyciele innych przedmiotów,  na złość naszemu wychowawcy, który był zarazem wice-dyrektorem, a może też, aby ich klasy nie wypadały gorzej, czyhali na nasze grzechy, obniżając stopnie o byle co. Mnie tuż przed maturą za przecinki i brzydkie pismo, podczas gdy wartość  literacka wypracowania została  pominięta.  Więc na złość wybrałam ciekawsze studia,  nie polonistykę. Wprawdzie  trochę zazdrościłam polonistom, ale tylko trochę.

   A wracając do wzniosłych haseł, jakie nas wychowywały, to  dorośli wpisywali nam w staroświeckich pamiętnikach:

  “Módl się i pracuj, a będziesz szczęśliwa.”.

  Wierzyliśmy w to, wiedząc zarazem, że to nie wystarczy. Starsi jednak lubili powtarzać aforyzmy, jakimi ich w dzieciństwie na każdym kroku raczono, np.:

  “Pokorne cielę dwie matki ssie”.  O, tej “mądrości” to ja nie cierpiałam. Ale nie odważałam się powiedzieć głośno, że dlatego zawsze pozostaje tylko cielęciem. Nigdy, nie znosiłam, jak ktoś mną rządził, zwykle darłam koty z szefami. Nie lubiłam się podporządkowywać i już z przedszkola uciekłam po tygodniu, i więcej tam nie wróciłam.  

  Dla kontrastu przypomnę, kiedyś już tu ogłoszone, powiedzonko, jakie skandował nauczyciel mojego taty, gdy jakiś uczeń usprawiedliwiał się niezbyt przekonująco:

  “Że skarpetka była mała, to czapeczka mu spadała”.

  Mądrości zawarte w złotych myślach mają już coraz mniejszy wpływ na nasze życie.  Co gorsza, powoli oswajamy się  z hasłami, od których włosy stają na głowie. Coś co było nie do wyobrażenia, nie uchodziło w dobrym towarzystwie, teraz niektórzy głoszą jako nowy wzór. Często  przybrane słowami, jakie ludziom dobrze wychowanym, nie przechodzą przez gardło. Wygląda, że świat szybko zmienia się na gorsze. 

    Niedawno znalazłam na Facebooku wyznanie, zawsze przeze mnie podziwianej, Anny Dymnej, że to   nieprawda, iż dobroć zawsze wraca do człowieka czyniącego dobro. Ale mimo to, należy dalej czynić dobro, aby zachować człowieczeństwo. Pani Dymna sformułowała to pewnie lepiej i zilustrowała przykładami, bo, jak słyszałam, nieraz spotykają ją przykrości. Ja nadal ją podziwiam, tak za aktorstwo, jej osobowość, jak i poświęcenie się pracy z dziećmi niepełnosprawnymi. I, zamykając za sobą drzwi, ciągle pamiętam jej słowa, by obejrzeć się, czy kogoś nimi nie uderzy. Tak uczyła ją matka.

  Czemu piszę o tym wszystkim, zaczynając od wczorajszego filmu o zdolnym i wrażliwym robotniku, który spotykał się  z samymi przeciwnościami? Bo on wierzył w idee i one go zawiodły.

  Często widzimy, jak te mądre wskazówki życiowe bywają czcze. Jak niewystarczające.

  Wmawia się nam, by nadstawiać drugi policzek, by zło dobrem zwyciężać i że bogaty prędzej przejdzie przez ucho igielne niż trafi do nieba. A tu widzimy, że najlepiej się mają ci, którzy nie przestrzegają przykazań ani zasad, robią kariery nieuczciwie, kradną na potęgę. Może uczciwi mają za to   zdrowszą psychikę, bo nie dręczą ich wyrzuty sumienia. Nie lękają się, wpadki i odsiadki. Są zadowoleni z siebie, choć nie z majątku czy wysokiego stanowiska, zdobytego po trupach? I tacy zachowują swe człowieczeństwo.

  Myśląc tak, przypominam sobie powieść Ildefonso Falconesa “Katedra w Barcelonie”. Budowali ją w średniowieczu  prości robotnicy, aby była tylko ich i mogli się tam w spokoju modlić do Matki Boskiej. Wszystko temu poświęcali, a kiedy dźwigali na plecach ciężkie kamienie ponad ich  ludzkie możliwości, radość spełniania wielkiej idei dodawała im sił i  unosiła ciężar w górę. Dopięli swego. Tylko, gdy już kończyli swe wiekopomne dzieło, wielcy i utytułowani tego świata, choć nie przyłożyli reki do budowy, nie sypnęli kiesą, teraz zajęli najważniejszą kaplicę na swe sarkofagi rodzinne i miejsca do wygodnego siedzenia podczas nabożeństw.

  Coraz częściej myślę sobie, że ci, co głoszą szczytne hasła dla maluczkich, robią to dla własnego interesu. Ci maluczcy, to  skromni, szarzy ludzie,  potrzebujący  idei, jako wzorca do życia. Wielcy mamią ich nimi, aby  nie przeszkadzali im robić karierę, zdobywać władzę i pieniądze. Zresztą robią to dla różnych przyczyn.

  Nawet przedwczoraj, gdy oburzano się, że pewna polityk życzy nam zagłodzenia, ktoś  przypomniał wielkimi literami przykazanie: “Nie czyń drugiemu , co tobie niemiłe”.  Był wielkoduszny, tylko czyim tu kosztem, bo nie wiem, kierował to do owej polityk, czy do   życzących jej tego samego?

  Tylko idee są do życia potrzebne. Życie wtedy ma lepszą wartość, jest piękniejsze. Przynajmniej ja jestem o tym przekonana.  Cenię nie bogactwo, nie władzę, nie karierę, ale ładne życie. To może wymagałoby dłuższego opisu, ale każdy i tak zrozumie. Nawet po swojemu.

  A kiedy siedzę sobie w domowym zaciszu, zapominam, że  ludzie miewają przyjemność w dokuczaniu innym

  A aktor, grający robotnika idealistę we wspomnianym na wstępie filmie też, podobnie jak w tym filmie, spotkał się z wrogością współpracowników, gdy wygrał konkurs na dyrektora teatru. Był nie po myśli zespołu. Co o tym sądzę – nie powiem. Nie staram się dociekać przyczyn. Ja jestem tylko obserwatorem z daleka. Ale wystarczy  porównać tę sytuację z jego rolą we wspomnianym filmie i wie się więcej. Ja tego aktora nadal cenię i lubię.

  Tak, coraz bardziej się przekonuję, że świat jest na ogół nam przeciwny. Szczególnie idealistom. Ale cóż? Idee są nam do życia potrzebne. Życie musi być ładne.

Krystyna Habrat

Katowice 30.10.2021r.

Reklama

2 KOMENTARZE

  1. Dziwny jest ten świat. Coraz częściej obijamy się o anomalia, coraz trudniej szukać zwykłej normalności. Myślę, że cwaniacy mieli, mają i będą mieć dobrze. W ich mniemaniu, oczywiście. Z racji swojego wieku wielu różnych ludzi spotykałam. Mądrych i niekoniecznie. Ci mądrzy wprawdzie nie zawsze wyjdą na swoje, ale zachowają twarz. I szansę, że wcześniej czy później zostaną zrozumieni.
    Ze słowami pani Anny Dymnej nie zgadzam się. Bliższe są mi słowa Władysława Bartoszewskiego :”Warto być uczciwym, choć nie zawsze się to opłaca. Opłaca się być nieuczciwym, ale nie warto.”
    Bo może i nie warto, ale jakież to ważne. Dla siebie samego.

  2. Dziękuję Aniu. Tylko chyba ja źle ujęłam słowa pani Dymnej, która mi zawsze imponuje swą postawą, ale wydaje mi się, że jak zawsze podkreśliłam jej wielką szlachetność i ofiarną pracę dla innych, poszkodowanych przez los. Tym razem w jej słowach pobrzmiewa nutka żalu, ale kończy wypowiedź, że dalej będzie robić swoje, bo tego wymaga człowieczeństwo. Ujęła to ładniej, ale już tego nie odnajdę. Z resztą komentarza, Aniu, się zgadzam. I dziękuję.😀

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko