Andrzej Mencwel – Byłoje i dumy

0
78
Jacek Maślankiewicz

            Na miękkiej, broszurowej okładce, dominował pionowy ciemnoniebieski prostokąt, w który białymi majuskułami wpisano imię i nazwisko autora oraz tytuł książki, a na białym podwale niebiesko i proporcjonalnie nazwę wydawnictwa. Nie przypuszczam, żeby ktokolwiek poza samym autorem i jego bliskimi kojarzył te barwy z carską Rosją, chociaż prace rusycystyczne pozbawione wszechobecnej wówczas czerwieni, budziły zdumienie. Niebieski był wtedy kolorem sterowanej z Moskwy „Walki o pokój”, a słynny „Gołąbek pokoju” Picassa, z gałązką oliwną w dzióbku, nakreślony został również niebieską kreską. Gdyby więc autor w tajemnej zmowie z projektantką okładki (była nią Ewa Frysztak-Lubeska, czynna i uznana graficzka PIW-u) podsuwał nam jakieś skojarzenia z rosyjską przeszłością, to pewnie samymi kolorami okładki by tego nie osiągnął. Spis rzeczy  natomiast zawierał komunikaty jednoznaczne, zaczynał się bowiem od studium Słowianofile i okcydentaliści, co mi wtedy nic nie mówiło, kończył zaś rozprawą Dostojewski a idea wolności, trochę bliższą, bo czytałem już Zbrodnię i karę. Między tymi dwiema pracami mieściły się rzeczy poświęcone Bielińskiemu i Turgieniewowi, w eseju tytułowym zaś pojawiali się zupełnie mi nieznani Michaił Bakunin, Piotr Czaadajew, Apołłon Grigorjew, Mikołaj Michajłowskij i inni. I żadnej literatury radzieckiej wydawniczo uprzywilejowanej, a w moich latach szkolnych natrętnie wmuszanej. Książkę firmował Zakład Słowianoznawstwa Polskiej Akademii Nauk, co nie było zachętą dla studenckiego amatora. Metryczka wydawnicza, wówczas obowiązkowa, dziś historycznie nieoceniona, oznajmiała, że druk książki ukończono w sierpniu 1959 roku, zatem we wrześniu powinna być sprzedawana w księgarni-kawiarence PIW-u, którą nawiedzało się rytualnie. Już wiadomo, że chodzi o pierwszą autorską książkę Andrzeja Walickiego, Osobowość a historia, z podtytułem Studia z dziejów literatury i myśli rosyjskiej. Jeśli nabyłem ją jesienią tegoż 1959 roku, to zapewne kupiłem  również oba tomy, czyli cztery części Braci Karamazow przełożone przezAleksandra Wata, a wydane w serii Pisma Fiodora Dostojewskiego, redagowanej przez Pawła Hertza, których druk ukończono w październiku tegoż 1959 roku.

             Nie umiem teraz wytłumaczyć, dlaczego tę książkę  niedługo potem nie tylko przeczytałem, ale nawet przestudiowałem, o czym świadczą zdecydowanie młodzieńcze, czynione jeszcze długopisem (później przeszedłem na ołówek, aby nie czynić takich szkód) zapiski na marginesach. Nie wiedziałem kim jest Andrzej Walicki, bo nie mogłem znać opracowań wcześniej przez niego publikowanych w ezoterycznych periodykach naukowych lub w Bibliotece Narodowej. Byłem studentem polonistyki i zaczynałem zaglądać na filozofię, pisywałem reportaże i recenzje, trochę z ciekawości dla ludzi i utworów, głównie jednak z powodów zarobkowych, bo z samego stypendium żyć się nie dało. Czytałem namiętnie literaturę piękną, ale nie miałem przed sobą żadnego planu badań, zwłaszcza takiego, który miałby zmienić stosunek Polaków do Rosji, jakim kierował się od zarania swej pracy naukowej Andrzej Walicki. Do Rosji, która była przecież dla nas, ówczesnych studentów, Wielkim Bratem (czytałem już Rok 1984 Georga Orwella, którego polskie, paryskie wydanie pożyczył mi warszawski kolega) stosunek miałem raczej niechętny. Muszę zaznaczyć, że rodzinnie pochodzę z Wielkopolski, sam uważam się za dziecko Polski zachodniej i tradycyjne dla „wschodniaków” antyrosyjskie urazy były i są ode mnie dalekie. Stalinowska rusyfikacja, której apogeum przeżyłem w latach szkolnych (klasy 4-7 podstawówki, 1949-1953, klasy 8-11, licealne, 1953-1957), kończyła się osobliwym rozdwojeniem duchowym. Z jednej strony była to drwiąca wrogość wobec tej wszechmocnej, a jakoś groteskowej potęgi, którą najlepiej wyrażała prześmiewcza piosenka, jedna z pierwszych, jakiej nauczyłem się w akademiku: Niech żyje nam marszałek Stalin, co usta słodsze miał od malin/ Niech żyje Armia nam Czerwona, przez sojuszników uzbrojona. Z drugiej natomiast – języka rosyjskiego uczyłem się, wprawdzie przymusowo, jednak przez siedem lat, umiałem w nim czytać, śpiewy koleżanek mnie uwodziły, tajemna moc poezji rosyjskiej tknęła. Rozdwojenie to przypomina wcześniejsze, któremu podlegali uczniowie gimnazjów rosyjskich w dawnym zaborze carskim – między grozą rusyfikacji, a otwarciem na świat przekraczającym rodzimy partykularz. Żeromski w Syzyfowych pracach nadał tej dwoistości dramatyczny wymiar, podobnie Brzozowski w Płomieniach, choć co do sensu – odwrotnie.    

            Jak się okazało po latach, mieliśmy z autorem Osobowości a historii, zajmować się Brzozowskim nieomal równolegle, a przyjaźniłem się z nim ponad pół wieku. Była to przyjaźń falująca, raz bliższa, raz dalsza, zawsze jednak, przynajmniej z jego strony, niezawodna, a jej najbardziej okazałym owocem były cztery tomy Prac wybranych Andrzeja Walickiego, opublikowane w serii Klasycy współczesnej polskiej myśli humanistycznej wydawanej przez krakowski Universitas. Redagowałem tę antologię, napisałem do niej wstęp, a co najbardziej znamienne i dotąd zatajone, została ona przygotowana i zrealizowana podług mojego, a nie autorskiego projektu. Każdy kto miał szczęście znać bliżej Andrzeja Walickiego wie, jak poważnie traktował on swoje prace i to z każdego okresu życia; a kto szczęścia tego nie miał, może się o tym przekonać z jego solennych pism autobiograficznych. Otóż wtedy, kiedy Andrzej zwrócił się do mnie z propozycją przygotowania tego, kanonicznego poniekąd  wyboru jego prac, miał on reprezentować całość jego dorobku naukowego, w którym, jak dobrze wiemy, pars magna stanowi kultura rosyjska. Od razu, podczas naszej pierwszej rozmowy, dostrzegłem, że nie da się tego zrobić, bo jak w czterotomowym wyborze zmieścić grubaśne buchy: W kręgu konserwatywnej utopii, Filozofia prawa rosyjskiego liberalizmu, Zarys myśli rosyjskiej (Od Oświecenia do renesansu religijno-filozoficznego), z dodatkiem Marksizmu i skoku do królestwa wolności (Dzieje komunistycznej utopii)? Same te dzieła mogły wypełnić jakieś osiem woluminów przewidywanego wyboru, gdy, podług umowy wydawniczej  mieliśmy do dyspozycji tylko cztery. Wybieranie z tych dzieł wstępów, pojedynczych rozdziałów czy fragmentów groziło okaleczaniem. Ponadto, w takiej wszechstronnej antologii  prace Walickiego o kulturze polskiej zostałyby zmarginalizowane, a uznawałem je za kanoniczne nie tylko dla jego myśli, ale również dla naszej historii idei, albo postaw kulturowych.  Możemy historię tę nazwać narodową, w innym jednak znaczeniu niż obecnie rozpowszechnione.

            Kompozycja tego wyboru była przygotowywana w połowie pierwszego dziesięciolecia nowego wieku (po 2005 roku, tomy 1-4 ukazały się w latach 2009-2011), kiedy nacjonalistyczna koncepcja  narodu, wcześniej już odnawiana, zyskiwała rangę ideologii oficjalnej, propagandowo obecnie dominującej. Nie zamierzałem  bynajmniej wpisywać naukowych dzieł Andrzeja Walickiego w doraźne odniesienia publicystyczne, także dlatego, że on sam radził sobie z nimi bezpośrednio i znakomicie. Uważałem natomiast i uważać będę zawsze, że istnieją różne idee narodu, a także różne typy patriotyzmu, zaś wypracowywanie najlepszych idei oraz typów dokonuje się nie w manifestacjach hasłowych, lecz w przesłankach antropologicznych. Hipoteza antropocentryczna, którą autor wskazał w metodologicznym wstępie do dzieła skromnie zatytułowanego W kręgu konserwatywnej utopii (1964), zakładała, że rdzeniem każdej wizji świata jest określona filozofia człowieka i społeczeństwa. Przyswoiłem sobie tę hipotezę już podczas pierwszej lektury tego dzieła, czemu dałem świadectwo w obszernej recenzji, a pozostała ona ze mną właściwie na zawsze. Kiedy ponad cztery dekady później przystępowaliśmy do dyskusji nad koncepcją reprezentatywnych pism Andrzeja Walickiego, miałem ją również na uwadze. Byłem  przekonany, że problematyki narodu nie można uznać za niebyłą i jej porzucić, bo narody istnieją naprawdę i będą istnieć w dającej się przewidzieć przyszłości. Nie wolno więc dopuścić, aby ich problematyka została przejęta całkowicie przez nacjonalizm integralny, co właśnie się dokonywało. Rdzeniem tego nacjonalizmu była naturalistyczna filozofia człowieka i społeczeństwa, która winna zostać odrzucona, ze względu na swój plemienny esencjalizm z rodzimym dodatkiem wyznaniowego ekskluzywizmu. Sama krytyczna wiwisekcja nacjonalizmu integralnego, mistrzowsko dokonywana przez Walickiego nie była jednak wystarczająco. Należało bowiem zastąpić go nacjonalizmem liberalnym, jak proponował autor  (termin nie był trafiony i się nie przyjął), a w miejscu tradycjonalistycznego wzoru polskości, wznieść nową polską formę, mającą swoje bogate antecedencje w narodowej tradycji progresywnej. Sądziłem również, że autor dzieł Filozofia a mesjanizm, Stanisław Brzozowski-drogi myśli, Trzy patriotyzmy oraz studium Cyprian Norwid: trzy wątki myśli, szczególnie cenionym, jest jedynym myślicielem współczesnym, który w swoich dziełach wypracował fundamentalne przesłanki (filozofię człowieka i społeczeństwa) historycznej koncepcji narodu, jak nazwałem ją w swoim wstępie do Prac wybranych. Koncepcję tę tworzył i rozwijał Andrzej Walicki  przede wszystkim w tych studiach i rozprawach, które odnosiły się do kultury i myśli polskiej, dlatego to one powinny wypełniać owe cztery tomy Prac wybranych w serii Klasycy współczesnej polskiej myśli humanistycznej.

            Nie mogę teraz utrzymywać, że wszystko to miałem ułożone w głowie, gdy przystępowaliśmy do dyskusji o tej antologii, ponieważ naprawdę porządkowało mi się to podczas paroletniej pracy nad nią. Prawdą jest natomiast, że miałem wówczas takie przeświadczenie, iż należy zrobić wszystko, co osiągalne, aby kanoniczny wybór Prac wybranych Andrzeja Walickiego przedstawiał w możliwej pełni tę  filozofię człowieka i społeczeństwa, która inspirowała jego historyczną koncepcję narodu i to przede wszystkim narodu polskiego. Przeświadczenia tego nie wyrażałem w rozwiniętym dyskursie, bo nim nie dysponowałem, ale było ono tak mocne, że wiedziałem, iż od niego nie odstąpię. Propozycja tej współpracy była dla mnie pouczająca i zaszczytna, ale gdybym miał realizować inną koncepcję antologii, musiałbym zrezygnować. Jak już wiemy, wybór pism Andrzeja Walickiego ukazał się w tym zasadniczym kształcie, jaki projektowałem, co oznacza, że autor tych prac został do niego przekonany. Jeśli pierwsza nasza rozmowa przerodziła się w starcie racji, to przez dwa lata przygotowywania kolejnych tomów współpraca stawała się  harmonijna, a przyjaźń nie osłabła, lecz się skrzepiła. Przekonanie Andrzeja Walickiego do innego poglądu na własne prace, niż ten, który on sobie sam  wytworzył, graniczyło z niepodobieństwem. Niepodobieństwo to, jak widać, nie tylko udało mi się  osiągnąć, ale zaskarbiłem sobie również wdzięczność autora, którą mi wprost wyraził.

            Co nieskromnie ujawniwszy wracam do książki Osobowość a historia i pytania o młodzieńczą z nią znajomość, owocną i dalekosiężną. Kiedy się z nią zapoznawałem byłem początkującym polonistą, którego pasją była niewątpliwie literatura piękna, a chciałem zdobyć dobrą o niej wiedzę. Na  pierwszych latach studiów, wiedzy o literaturze uczyli mnie świetni nauczyciele, Maria Renata Mayenowa i Michał Głowiński, a lepszych może wtedy nie było na świecie. Moje wprowadzenie do poetyki i teorii literatury zostało dokonane, uznawałem je za obowiązujące i to się nie zmieniło. Nauka ta była wówczas intelektualnie atrakcyjna, systemowo i klarownie wykładana przez wybitne osobowości, na dodatek, po chorobliwych ekscesach tak zwanego marksizmu-leninizmu, emocjonalnie zdrowa i ożywcza. W następnych latach, dzięki twórczości swoich liderów, a także coraz liczniejszych uczniów, rozrosła się ona w całą szkołę strukturalistycznych badań literackich, której dorobek jest imponujący. Ale ja tu jestem, na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, u początku swego literaturoznawstwa, z przyswojonymi preliminariami teorii form literackich, ale bynajmniej nie zaspokojony. Odczuwam bowiem, nie całkiem świadome, lecz doświadczane trwale, pragnienia w dziedzinie treści, idei, „światopoglądów”, jak się wtedy mówiło i pisało. Na marginesie zanotuję, że tego ostatniego terminu nie lubiłem, wolałem „wizję świata”, którą zapewne dzięki Leszkowi Kołakowskiemu piszącemu o Goldmanna interpretacji Pascala i Racine’a, przejąłem i używam nadal. „Światopogląd” był zbyt „naukowy”, „wizja świata” bardziej artystyczna, a mnie chodziło o sztukę słowa i jej możliwie pełne sensy. W pierwszej książce Andrzeja Walickiego, którą, przed nabyciem przeglądałem w saloniku PIW-u, zapewne zajęło mnie głównie studium o Dostojewskim, którego autor na samym początku oznajmiał, że Dostojewski to (…) filozof-dialektyk, wskazywał antynomię Boga-Człowieka i Człowieka-Boga jako podstawę tej filozofii, a następnie dokonywał konsekwentnej interpretacji kluczowych bohaterów: człowieka z podziemia, Raskolnikowa, Kiryłłowa, Iwana Karamazowa. Zastrzegając przy tym, że przypisywanie samemu twórcy myśli i uczuć jego bohaterów jest błędem, ponieważ dzieło Dostojewskiego jest powieściową prezentacją i konfrontacją całego repertuaru postaw. Autor Braci Karamazow, podług Walickiego, nie rozwiązywał swoich problemów na płaszczyźnie teoretycznej, lecz unaoczniał w dziełach pisarskich prawdziwą dialektykę przeciwieństw: wolności i konieczności, spontaniczności i przymusu, swobody i samowoli, racjonalności i moralności. Maurice Merlau-Ponty, którego zaczynało się czytać, nauczał, że zadaniem pisarza nie jest rozprawianie o ideach, lecz czynienie ich obecnymi. Chodziło jednak o idee, a nie o same formy artystyczne.

            Nie sądzę, abym to wtedy dobrze rozumiał, zwłaszcza, że zaczynałem dopiero zmagać się z Braćmi Karamazow, których edycję ówczesną zachowałem do dzisiaj, w stanie rozpadu podobnego temu, jaki osiągnęła Osobowość a historia. Najważniejsze było to, że lektura rozpraw Walickiego ożywiła we mnie potrzeby rozwijane następnie przez długie lata naszej współpracy bezpośredniej i pośredniej. Przypomnę, że jeszcze wtedy nie było głównych prac Baczki, Kołakowskiego, Szackiego i Pomiana, Walicki dopiero debiutował, o „warszawskiej szkole historyków idei” nie mogło więc być mowy, ale dla mnie furtka do antropologicznej interpretacji dzieł literackich została otwarta i chętnie ją przekroczyłem. Skrzyżowanie na którym spotykały się aksjomaty strukturalizmu literaturoznawczego z inspiracjami historii idei, okazało się formacyjne dla moich prac własnych. Tak się szczęśliwie złożyło, że w poszukiwaniach tych nie byłem osamotniony, bo otaczał mnie cały wianuszek koleżanek i kolegów, ożywionych podobnymi potrzebami, a skłonnymi też do działania wykraczającego poza program studiów. Zebraliśmy się razem, przejęliśmy dychawiczne dotąd koło naukowe i je rozkręciliśmy, przywróciliśmy mu przedwojenną nazwę, pod którą było znane, jako ośrodek intelektualny: Warszawskie Koło Polonistów. Wykroczyliśmy też poza wydziałowe opłotki i zaczęliśmy zapraszać ciekawiące nas osobowości na wykłady i dyskusje. Jednym z pierwszych gości był  autor Osobowości a historii, a jego wystąpienie miało charakter programowy. Nie mogę pamiętać tego szczegółowo, notatki też mi się nie zachowały, tyle właśnie, co na marginesie książki, ale jestem pewien, że dotyczyło ono kwestii wówczas kluczowej. W naszym ówczesnym horyzoncie – relacji literatury i filozofii, w perspektywie Andrzeja Walickiego – historii idei, jako scalającej obie te dziedziny. I tak się zaczęło, ale na tym się nie skończyło.

            Opiekunem naszego koła studenckiego był młody wówczas asystent, Janusz Maciejewski. Nie można było trafić lepiej, ponieważ Janusz nie tylko podzielał nasze zainteresowania i czynnie im sprzyjał, ale był też żywym wcieleniem ideału opiekuna spolegliwego, na którego zawsze można liczyć i na nim się wesprzeć. Nie wiedziałem jeszcze, że taki ideał etyczny postulował w swych pismach Tadeusz Kotarbiński, a z jego spełnieniem już się spotkałem. Janusz zresztą był spolegliwym spontanicznie, sam z siebie, nie z naśladowania jakiegoś wzoru i pozostał przyjacielem  na złe i dobre przez całe życie (zmarł w 2011 roku). Była w nim jakaś nieustanna i nie wygasająca nawet wtedy, gdy był długotrwale chory i ledwie mówił, gotowość zrozumienia drugiego i pomagania mu, doświadczyłem jej wielokrotnie i nie potrafię oddać w swoich słowach jego niezwykłej zwykłości. Wtedy, szczęśliwie, Janusz był w pełni sił młodzieńczych (ledwie przekraczał trzydziestkę), pisał we „Współczesności” świetne artykuły krytyczne i tryskał energią społeczną,  na dodatek znał blisko każdego, kogo nam było trzeba. Chcieliśmy Zbigniewa Herberta, to autor Studium przedmiotu pojawił się na naszym spotkaniu, a prywatnie odśpiewaliśmy razem jego ulubiony podobno, parodystyczny refren: O dzielny kabewiaku, gdzie swój karabin masz? Staś Grochowiak  był przyjacielem Janusza i dzięki temu znalazłem się w kręgu poety, którego wiersze mówiłem z pamięci. Potrzebowaliśmy podyskutować z Janem Józefem Lipskim, to okazało się, że Janusz jest już od dawna z nim zaprzyjaźniony, a Jan Józef na pewno mu nie odmówi i do nas przybędzie. Co do Andrzeja Walickiego – nie mogło być lepiej, gdyż był on szkolnym jeszcze kolegą Janusza z łódzkiego  liceum, ich przyjaźń falowała przez dramatyczne półwiecze, które się zaczynało, nigdy nie została zerwana, a wtedy właśnie kwitła. Dlatego Andrzej nie tylko przyszedł na dyskusję z nami, ale pojechał również na dwutygodniowe chyba sympozjum w górach, którego był filarem i ozdobą.

            Działo się to w 1962 roku, zapewne w lutym, czyli podczas przerwy semestralnej, w przepięknym schronisku „Samotnia”, położonym nad Małym Stawem w Karkonoszach, w pobliżu Śnieżki. Jak do niego doszło, długo by opowiadać, zaznaczam tylko, że było ono warszawsko-gdańskie. Nasza znakomita koleżanka ze studiów, Małgosia Książek (obecnie Czermińska), została asystentką w ówczesnej Wyższej Szkole Pedagogicznej (Uniwersytet Gdański powstał później w roku 1970), a jako współtwórczyni odrodzenia WKP, rozwijała nadal współpracę z nami. I tak żeśmy się zgadali, zorganizowali, zdobyli środki finansowe (z ZSP, nie z uczelni), wyjechali do Karpacza i podeszli do „Samotni”, która okazała się schronieniem doskonałym. Lokalizacja nie była moim pomysłem, choć to ja pochodzę spod Karkonoszy, bo w Jeleniej Górze spędziłem pierwsze lata powojenne. Najważniejszy był jednak skład ekipy, zdumiewająco mocny, a jak się okazało na miejscu, dobrze zorkiestrowany, oraz problematyka, która wszystkich pobudzała, a była wówczas w centrum humanistyki: literatura a idee. Nie „ideologia”, zastrzegam decydująco, ponieważ było to słowo wykluczone przez narzucaną wcześniej monotonię, lecz idee właśnie, czyli myśli, poglądy, postawy- zróżnicowane w treści i formie, wielogłosowe z istoty swojej. Takie ukierunkowanie naszej problematyki wysuwało na pierwszy plan Andrzeja Walickiego, tym bardziej, że Michał Głowiński, również zaproszony, nie mógł przyjechać z powodów zdrowotnych.  Ale byli z nami również Jan Józef Lipski, Janusz Maciejewski, Janusz Szpotański, Helena Zaworska, także Andrzej Lam, który zresztą po paru dniach wyjechał. Nie pamiętam poszczególnych dyskusji, ale ich tonacja był poważna, a diapazon wysoki, do którego dostroili się młodsi uczestnicy z obu kół naukowych: Małgosia Książek, Małgosia Szpakowska, Elżbieta Feliksiak, Danusia Knysz (obecnie Knysz-Rudzka), po latach same profesorki, oraz Andrzej Makowiecki, Rafał Marszałek, Andrzej Werner, Janusz Termer i niżej podpisany.  Janusz Maciejewski miał wszystko w swojej pieczy, Janek Lipski przemawiał naukowo, a głównie promieniował przyjaźnią, Szpotański dopiero zaczynał swoje przyśpiewki i dyskutował całkiem poważnie, Lena Zaworska, czarowała wiedzą o awangardzie artystycznej. Ponieważ na debatach się nie kończyło, a prawdziwy sympozjon odbywał się wieczorami, to Andrzej Walicki został odkryty również jako śpiewak. Po rosyjsku, od Romana Jakobsona z Nowego Jorku, papieża lingwistycznego strukturalizmu  (Krystyna Pomorska-Jakobson była koleżanką Andrzeja z warszawskiej rusycystyki), znał wszystko, czego pragnęliśmy i nie dawał się długo prosić się o występy: Kałyma, Centrałka, Murka. Także stare, z przedrewolucyjnych jeszcze czasów, studenckie przyśpiewki, z których szczególnie zapadły mi w pamięć: Oczerawatielnyje głazki.

            Można powiedzieć, że tak to się właśnie zaczęło, skoro Kałymę odśpiewaliśmy z Andrzejem, poniekąd na zakończenie – na uroczystym mianowicie obiedzie, którym podejmował nas rektor, po odnowieniu doktoratu Andrzeja Walickiego w Uniwersytecie Warszawskim, którego byłem promotorem. W laudacji omawiałem, możliwie zwięźle całą twórczość Andrzeja Walickiego, ale dwa tylko zdania chcę przypomnieć: „Tę cechę jego postawy trzeba tu plastycznie uwypuklić – mocno w sobie osadzony, dumny i hardy indywidualizm, niezmiennie poświadczony w tych zmaganiach (Polskich zmaganiach z wolnością, które się właśnie ukazały – przypis teraz). Powiedziałbym, że jest on raczej angielski, więc osobisty i jednostkowy, niż polski, gdyż ten przeważnie bywa grupowy, więc stadny”. Oczerawatielnyje głazki lubię sobie nucić w aucie, zwłaszcza kiedy jadę na uniwersytet, co niestety zdarza mi się coraz rzadziej.

            A co z Pracami wybranymi w serii Klasycy współczesnej polskiej myśli humanistycznej? Nie wzbudziły one dotąd właściwego zainteresowania i należytej debaty, ale są i czekają na pełne zrozumienie. A kiedy ono nastąpi, bo nastąpi niewątpliwie? Wtedy mianowicie, kiedy upowszechniona zostanie ta idea narodu, którą Andrzej Walicki wysłowił tak: Rozumiem przez to pogląd, zgodnie z którym naród, w odróżnieniu od plemienia bądź sekty, stanowi rozległą, pluralistyczną  społeczność, w której obrębie istnieją różne, równoprawne odmiany indywidualnego i zbiorowego „ja”. Jest to społeczność powstała w trakcie ewolucyjnego procesu, na który składały się liczne, podejmowane samoczynnie działania adaptacyjne. Tym samym niemożliwe jest arbitralne definiowanie „istoty narodu”, podobnie jak autorytarne wyznaczanie „przypisanych mu” odtąd wartości. Moje wieloletnie badania nad fenomenem „narodu” dają mi podstawy do nadziei, iż taka synteza jest możliwa i kiedyś się dokona.


Andrzej Mencwel, (ur. 1940) prof. em., historyk literatury i kultury polskiej, krytyk literacki, eseista. Autor rozprawy wstępnej pt. Od historii idei do ideowego projektu. Andrzeja Walickiego historyczna teoria narodu, w: Andrzej Walicki, Kultura i myśl polska. Prace wybrane pod redakcją Andrzeja Mencwela. Tom 1, Naród, nacjonalizm, patriotyzm, Kraków 2009; tom 2, Filozodia polskiego romantyzmu, Kraków 2009; tom 3, Stanisław Brzozowski – drogi myśli, Kraków 2011; tom 4, Polska, Rosja, marksizm, Kraków 2011.  

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko