Rozmowa o Nowym Napisie wydawanym przez Instytut Literatury

0
399

W numerze 148-2021 “Poezji Dzisiaj” ukazały się artykuły Andrzeja Waltera i Aleksandra Nawrockiego, redaktora naczelnego “Poezji Dzisiaj” dotyczące “Nowego Napisu”, czasopisma wydawanego przez Instytut Literatury. Teraz w Pisarze.pl publikujemy list Aleksandra Nawrockiego skierowany do Piotra Müldnera-Nieckowskiego, szefa Rady Programowej Instytutu Literatury, wydawcy Nowego Napisu oraz odpowiedź profesora. Müldnera-Nieckowskiego na ten list. Autorzy wyrazili zgodę na publikację ich korespondencji – redakcja  





Andrzej Walter

„Nowy napis” niezgody

   Poproszono mnie o wypowiedź na temat „Nowego napisu”.

– Mój Boże…!

   Najwyraźniej przylgnęła do mnie łata bezczelnego, pyskatego rewolucjonisty, albo też zbuntowanego mąciciela, czy choćby narowistego, nieokrzesanego barbarzyńcy, typa przez przypadek znajdującego się na salonach literackich, którego nie wiadomo kto i po co tutaj wpuścił i który co rusz podważa milutkie tapladełko permanentnie wysychającego literackiego stawu wraz jego ociężałymi drapieżnikami i uznano w związku z tym, że zaiskrzy kiedy o kontrowersyjnym (dodajmy: tu i ówdzie kontrowersyjnym) projekcie charytatywno-literacko-(ponoć)rządowym napisze niejaki Walter.

   No cóż. Miecza nie odłożyłem, tarczy nie sprzedałem ani nie schowałem czy nie zawiesiłem na kołku, a o wierzchowca dbam, jak o syna i jedynie ta … romantyczna rycerskość jakoś jakby: przyblakła, zmarniała, skowidowała się i przygasła. Po prostu coraz mniej mnie we mnie i na odwrót i coraz rzadziej chce mi się kopać z koniem, jeśli chce mi się jeszcze z nim kopać tak w ogóle… Poddaję się. Spokorniałem. Zmiękłem. Złagodniałem.

– Komu na tym zależy, aby wytworzyć wokół Instytutu Literatury i jego wizytówki w postaci kwartalnika drukiem czy tygodnika w sieci atmosfery afery?

   No cóż. Komu, to pomińmy dżentelmeńskim milczeniem gdyż są tam nazwiska … niemal noblowskie. A czemu? Odpowiem Wam – zmasowanemu atakowi wszelakiego agresywnego chamstwa, owiniętego pseudointelektualną elitarnością.

   No pięknie. Ująłem to tak, aby nikt za bardzo nie wiedział o co i o kogo chodzi i tak to na razie zostawmy. Dlaczego? Otóż coraz częściej ostatnio odbijam się od muru obojętności bądź, co gorsze, cenzury. Ten mur rozwija się: wzrasta, umacnia, a właściwie obficie odradza wskrzeszany przez ludzi zza kulis (fachowców od czasów PRL-u) jako zapomniany, acz użyteczny byt, rekwizyt, narzędzie może nawet niezbędne w utrzymaniu kruszejącego qui pro quo. Cóż to ma wspólnego z „Nowym Napisem”. Bardzo, bardzo wiele.

   „Afera” wywołana „Nowym Napisem” to burza w szklance wody. Śmiechu warty wykwit ambiwalencji, aberracji i absurdu. Z czystą, bezinteresowną, nikomu niepotrzebną, a tak bardzo, bardzo polską, i z pewnością wiecznie żywą, naszą drogą, ulubioną i niepowtarzalną, wypielęgnowaną i kwitnącą … zawiścią. Skąd owa zawiść? Otóż za „Nowym Napisem” stoją na tyle duże środki finansowe, że dotychczasowi ich beneficjenci (było, nie było) państwowych środków podnieśli (tam, gdzie im się udało) głośne larum ocierając się o: żenadę, albo choćby śmieszność, aby nie powiedzieć, że otarli się roztrwanianie własnego wizerunku, w pocie czoła przez lata wznoszonego. (Dodać można, iż wielu z nich wznosiło go z wielkim mozołem, gdyż, jakby to ująć elegancko – materiał wyjściowy nie był za bardzo, ujmę to gomułkowsko …wiecie, rozumiecie…)

   Przejdziemy do cytatów, zaczerpnięcia ze źródeł.

   Na stronie internetowej opisywanej inicjatywy czytamy:

„Kwartalnik Kulturalny „Nowy Napis. Liryka, epika, dramat” ukazuje się od 2019 roku. Naszą misją jest docierać do szerokiego grona odbiorców ze współczesną artystyczną, niekomercyjną twórczością literacką, a także wyposażać czytelników w narzędzia niezbędne do w pełni satysfakcjonującej lektury.

Na łamach „Nowego Napisu” czytelnicy znajdą wiersze, opowiadania, całe utwory dramatyczne, pogłębione eseje, tłumaczenia z literatury obcej. Skupiamy się na literaturze najnowszej, ale nie zapominamy również o ogromnym dorobku literatury XX wieku. Formą wsparcia dla czytelników zmagających się z niełatwą twórczością współczesnych autorów są komentarze i teksty krytyczne towarzyszące dziełom publikowanym na łamach kwartalnika. Edukacyjny wymiar pisma jest dla nas bardzo ważny – zdecydowaną większość nakładu rozsyłamy do bibliotek szkół średnich i uczelni wyższych w całej Polsce w pakiecie z książkami z serii Biblioteka Krytyki Literackiej, by służyły jako pomoc dla polonistów, wykładowców, studentów, ambitnych licealistów. Chcemy poszerzać krąg czytelników kompetentnych do oceny współczesnych zjawisk, wydarzeń i dzieł literackich, a także stale poszukujących nowych nurtów i konwencji w literaturze. Innymi słowy – stwarzać czytelnikom okazje do pełnego przyjemności odkrywania głębszych sensów kultury.

Dbamy także o to, by na konta autorów trafiały godziwe honoraria. Jest to forma praktycznego mecenatu, jaki Instytut Literatury sprawuje nad środowiskiem literackim. Na łamy „Nowego Napisu” zapraszamy nie tylko uznanych autorów o ugruntowanej pozycji, ale także nierzadko dopiero debiutujących pisarzy najmłodszego pokolenia, prezentując kompleksowy przegląd najrozmaitszych poetyk i strategii twórczych, wspólnie stanowiących o rozległości i pięknie pejzażu współczesnej polskiej literatury.”

    Czy wszystkie te piękne i okrągło brzmiące hasła udało się Instytutowi Literatury osiągnąć, wprowadzić w życie, urzeczywistnić? Z pewnością nie. Dlaczego?

   Literatura w Polsce ma dwa zasadnicze problemy. Pierwszym z nich jest tak zwany duch czasów, który przestawił diametralnie jej miejsce w hierarchii społecznej. Duch czasów… czyli rozwój technologii, ludzkich rozrywek, stałe obniżanie poziomu edukacji, drastyczne zmiany w modelach spędzania wolnego czasu, generalne i medialne ogłupienie całego społeczeństwa wraz z wciągnięciem go w spór plemienno-światopoglądowy. Drugim problemem literatury w Polsce jest z kolei kondycja sztuki współczesnej jako taka i w ogóle. Sztuka współczesna zdecydowanie i bezwzględnie poszła dziś w lewicowo-marksistowskim kierunku, obalając (jak zresztą sztuka zawsze) zastałe stany, konserwatywne punkty widzenia, tradycyjne i odwieczne prawa bytu. Ku mojemu ubolewaniu, sztuka dziś uwzniośla: deformację, brzydotę, terapie szokowe, permanentne prowokacje estetyczne, etyczne i światopoglądowe. Sztuka przestała być poszukiwaniem piękna, a stała się poszukiwaniem poklasku dla zysku właśnie w takim społeczeństwie, które przepoczwarzyło się zgodnie z duchem czasu właśnie – tym ujętym w problemie pierwszym literatury i tak oto domknęła mi się diagnoza chyba nieodwracalna tego, co dzieje się z literaturą jako sztuką.

   Zmian nie da się już zatrzymać. Trzeba się z tym pogodzić. Stąd chyba misja Instytutu jakby skazana jest na niepowodzenie i przetrwa tylko wtedy kiedy będzie posiadała zaplecze polityczne i zasilanie grupy … trzymającej władzę. Oby nie, gdyż faktycznie w końcu dostrzeżono twórców wypartych przez nowy system, ugruntowany przez trzydzieści lat tak zwanej III RP, która wykreowała kilku własnych pieszczoszków literackich, niekonieczne wysokich lotów.

   Natomiast reakcja tych kilku pieszczoszków literackich z liberalno-lewicowych niby elit zarzucających podejmującym współpracę pisarzom czy poetom „kolaborację ideologiczną”, a później czyniąc publiczny teatr i kabaret jest sama w sobie tak żałosna, przygnębiająca i śmieszna zarazem, że aż ręce opadają.

   Portal granice.pl piórem Patryka Obarskiego na przykład doniósł:

Znani twórcy odchodzą ze Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Rezygnację złożyły m.in. Olga Tokarczuk i Hanna Krall. Wielu polskich pisarzy złożyło właśnie rezygnację z członkostwa w Stowarzyszeniu Pisarzy Polskich. Swoją decyzję argumentują współpracą SPP z utworzonym w ubiegłym roku Instytutem Literatury. W piątek, 14 sierpnia, Justyna Sobolewska, dziennikarka Polityki, poinformowała na swoim profilu na Facebooku o rezygnacji części pisarzy z członkostwa w Stowarzyszeniu Pisarzy Polskich, jednej z najstarszych polskich instytucji zrzeszających pisarzy.

Jak dowiadujemy się z postu zamieszczonego na Facebooku, decyzja podjęta przez pisarzy związana jest ze współpracą SPP z Instytutem Literatury, nowym polskim instytutem literackim, stworzonym przez Ministerstwo Kultury w 2019 r. Pisarze oskarżają władze Stowarzyszenia o legitymizowanie „działań antykonstytucyjnych”, jakie – ich zdaniem – podejmuje rząd Prawa i Sprawiedliwości. Wśród twórców, którzy podpisali się pod rezygnacją, znaleźli się m.in. Hanna Krall, poeci Jerzy Kronhold i Adam Zagajewski oraz noblistka Olga Tokarczuk. Pisarze w uzasadnieniu stwierdzają:

Obecnie władze SPP pod pretekstem „tarczy dla literatów” postanowiły pójść na pełną współpracę z Instytutem Literatury, uznając widocznie ten urząd za instytucję charytatywną, a nie ideologiczną. […] Każdy ma prawo do własnych poglądów i indywidualnych decyzji. Gorzej, gdy angażuje w nie autorytet organizacji. Jeszcze gorzej, gdy próbuje przy tym działać konspiracyjnie, jak pani prezes Oddziału Warszawskiego SPP, która – anonsując perspektywy współpracy z Instytutem Literatury – w rozsyłanych członkom biuletynach nawołuje: „Proszę nie informować o inicjatywie znajomych spoza SPP, gdyż inicjatywa została stworzona z myślą o nas i warunkiem publikacji jest bycie członkiem SPP (obojętne jakiego oddziału)”. 

   Dla mnie już fragment zdania: „w Stowarzyszeniu Pisarzy Polskich, jednej z najstarszych polskich instytucji zrzeszających pisarzy” jest skrajną bezczelnością i celowym kłamstwem udającym nieistnienie 100 letniego Związku Literatów Polskich (wobec ledwie 30 lecia SPP) powodowaną archaicznymi zaszłościami i ciągle nudną już śpiewką w stylu, a kiedy Jaruzelski wprowadził stan wojenny… itp., itd., znów mamy argumenty kolaboracji, współpracy, ideologii. Doprawdy, jeśli ktoś chce wszędzie widzieć seks i erotykę to zobaczy, ale nie mówcie mi, że to normalne. Smaczku dodaje fakt, że po 30 latach istnienia to samo środowisko z honorami i pompą, z Kompanią Honorową Wojska Polskiego, na Powązkach pochowało potem Generała jako człowieka, który „ocalił” „ten” kraj. Rozdwojenie jaźni? Otóż nie. To po prostu czystej rasy hipokryzja. Nazwijmy rzecz po imieniu. Wprost. Ci hipokryci jedną ręką głaszczą, a drugą naciskają spust… Pisał kiedyś o tym Mistrz Wańkowicz nazywając … kundlizmem. Któż to jednak chce dziś pojąć czy zrozumieć?

   Argumentacja agresorów wobec IL oraz Napisu była barwna. Padły wielkie słowa. Bez umiaru, bez sensu, bez refleksji. Pomimo nawoływań do opamiętania, pomimo próśb o nie wchodzenie w politykę, w ten plemienny spór. I tak dalej, i tym podobne, i w ten deseń. Ot, cała kwestia Napisu. Ktoś chce coś zrobić? Do błota z nim, skrócić o głowę, wsadzić do jednego bajora dla wszystkich, niech się uspokoi i siedzi cicho. Taka mentalność. Homo sovieticus. Mamy taki rysunek Andrzeja Mleczki, ukazujący piekło i pewnego gościa, który chce się z kotła wydostać, a współplemieńcy robią wszystko, aby za nogi ściągnąć go zaraz w dół, z powrotem do kotła. Ot, taka polska charakterystyka stosunków społecznych. Robotniczo-chłopska. Jak mawiał pies ogrodnika: sam nie zje, drugiemu nie da… ba, zwymyśla go jeszcze od … kolaborantów. Żałosne to wszystko.

   Najbardziej za zbliżoną do prawdy i realnej oceny Sprawy była na tej scenie konfliktu chyba publikacja w Gościu Niedzielnym, gdzie Basia Gruszka-Zych napisała tak:

„Od instytutów głowa nie boli. Są powody do narzekania czy lepiej cieszyć się z obfitości? Od tego roku mamy w kraju dwie instytucje państwowe zajmujące się książką i jej twórcą. Obok już istniejącego Instytutu Książki działa Instytut Literatury.

Od zawsze miałam przekonanie, że im więcej troszczących się o kulturę, tym lepiej. Kiedyś opiekę nad nią sprawowali mecenasi. Dziś na mecenacie prywatnym opiera się kultura wysoka w Stanach Zjednoczonych. W Polsce takie wsparcie stanowi wykwintny margines. Oba wspomniane instytuty są organami państwowymi. Instytut Literatury został powołany na początku tego roku przez ministra Piotra Glińskiego. Instytut Książki powstał w 2003 r. z inicjatywy ministra Waldemara Dąbrowskiego. Zdrowa konkurencja pod patronatem państwa – tego nam było trzeba. Choć do końca nie wiadomo, czy to konkurencja, skoro pola działalności obu instytutów są komplementarne. Pojawiają się głosy, że jest to mnożenie zależnych od władzy placówek sterujących kulturą. Jeszcze przed narodzinami Instytutu Literatury Olga Tokarczuk zarzuciła tej instytucji, że stanie się narzędziem ideologizacji. Niby poważny zarzut, ale nie do końca przekonuje, bo jeśli przyjrzeć się narzekającym, to wielu z nich, włącznie z noblistką pozostaje beneficjentami, też „reżimowego” Instytutu Książki. To zaprzecza tezie, że instytuty przyznają pieniądze „swoim” (jeśli za takich uznać twórców popierających aktualną władzę) i tylko ich promują. Ci, którzy krytykują powstanie Instytutu Literatury, zaznaczają, że mają prawo brać od obu instytucji pieniądze na dofinansowanie swoich książek i ich tłumaczeń. Przecież to środki pochodzące z kieszeni podatnika, które im się należą. Zapominają, że mogłyby one zostać zagospodarowane inaczej. Trafiają przecież do kieszeni narzekających nie w obawie przed zarzutami stronniczości, ale jako obiektywny dowód wspierania dobrej literatury. Doceniona już grupa twórców nie ma monopolu na dobre pisanie. Sporo pomijanych dotąd autorów także ma dorobek i literackie osiągnięcia. Teraz stoją przed większą szansą na skorzystanie z pomocy instytutów, które otwierają się na nowe nazwiska.”

   Cóż z tego skoro w tym konflikcie jeńców się nie bierze. W miarę jak rosną emocje, w przestrzeni zaczynają latać słowa o faszystach. Inwektywy pęcznieją. Konflikt się rozwija. A dotyczy faktu, że ktoś chce robić coś dobrego dla Literatury, ale tym kimś mogą być tylko nasi. Nie nasi z kolei to są obcy. Znów rozdwojenie jaźni?

   Pora na finał. Moje prywatne zdanie na temat „Nowego Napisu”, rozumiem, że z całym kontekstem w postaci Instytutu Literatury, powołaniu ministerialnemu, z oceną całego tego kabaretu zafundowanego przez SPP i tak dalej?!…

   Moje zdanie jest smutne. Przygnębiające i dziwne. Po co to wszystko? Komu zależy na podgrzewaniu atmosfery, na biciu w bębenek, na wznoszeniu barykad? Dlaczego w Polsce nie da się osiągnąć jedności w działaniach dla jednego celu jakim jest promocja, rozwój i wspieranie literatury? Dlaczego nie da się zakopać toporów wojennych, dlaczego nie da się zespolić sił, dlaczego nie można powołać pewnej wspólnoty dla idei? Chyba znam odpowiedź.

   Skończyły się bowiem czasy dla idealistów, dla idei, dla piękna. To nie czas dla poezji i poetów. To nie czas na romantyzm, na marzycielstwo, na bujanie w obłokach. To nie czasy dla takich Iwaszkiewiczów, Reymontów, Sienkiewiczów, czy dla Miłoszów i Herbertów o Norwidach nie wspominając. To czas Świetlickich, Miłoszewskich, Twardochów, Mrozów, Bronek Nowickich i im podobnych, albo też czas dla… czułych narratorów w ekologicznych ubrankach przy lampce z zielonej energii opisujących igraszki LGBTiQ plus kolejne literki, albo beztrosko wykreślających z języka słowo murzyn, wycinających z filmów sceny zapalanych papierosów… czy też już wkrótce, już niedługo zakazujących lektury na przykład takich drastycznych scen

I wyszedłeś, jasny synku, z czarną bronią w noc,
i poczułeś, jak się jeży w dźwięku minut – zło.
Zanim padłeś, jeszcze ziemię przeżegnałeś ręką.
Czy to była kula, synku, czy to serce pękło?

   Ech, Synku, nieeee,  kula kulą, ale to przecież byli … faszyści… (zwani w pewnych kręgach Nazistami) – po prostu wykreśliliśmy dziś kolejne słowo, wykreśliliśmy w tym kontekście słowo Niemcy. To, jak i wiele innych dziś spraw, słów, postaw jest dziś po prostu – Verboten! Koło historii kręci się, aż miło. Tej historii, która się skończyła. Deja vu to praktycznie codzienność. Wielki Brat nadchodzi wielkimi krokami, a literatura? Literatura ocaleje sama z siebie. Przecież to tylko… napis… nic więcej.

   Jeżeli fakty są przeciwko nam, tym gorzej dla faktów…

Andrzej Walter, 25 maja 2021, Gliwice

Pan prof. Piotr Muldner Nieckowski /dotyczy publikacji Andrzeja Waltera o „Nowym Napisie” w 148 nr „Poezji dzisiaj”.

Szanowny Panie Profesorze!

Najpierw trochę o sobie, czego nigdy dotąd nie robiłem.  Kiedy swojego czasu zdawałem na filologię polską /Uniwersytet Warszawski/, ze zdziwieniem zauważyłem, że siedzące obok mnie kandydatki /warszawianki – jak się później okazało/ w swoich pracach pisemnych robią kardynalne błędy ortograficzne. Zwróciłem im na to uwagę. Poprawiły. Po pisemnym miałem parę dni do ustnego, więc  pozwiedzałem giełdy na inne fakultety i po wiedzy zdających na nie zorientowałem się, że z powodzeniem mógłbym zdawać również na historię i filologię rosyjską, a to dzięki moim wykładowcom: znakomitej polonistce, Janinie Grabowskiej,  historykowi Warmuzińskiemu i rusycyście, Andrzejowi Lewandowskiemu. Podczas zdawania egzaminu ustnego tylko ja znałem tytuły pism literackich i co w środku –  też. Egzaminatorzy w połowie przerywali mi wypowiedzi. Na pytanie dlaczego, odpowiadali: pan i tak wie więcej niż trzeba. Zdziwiłem się, że ja – z odległej prowincji – wiem, a pozostali, z renomowanych szkół warszawskich – dukają i nie znają pism literackich. A jednak jesienią spotkałem  się, razem z owymi „dukatami-dukaczami” na wydziale. I wtedy, gdy trzeba było coś ustalać z opiekunem roku – delegowano zawsze mnie. Studiami rozczarowałem się, bo zamiast własnego zdania trzeba było mieć cudze,  a kiedy przyszedł czas zgłoszenia tematów prac magisterskich, wszyscy zgłosili ambitne, tylko ja – o Czesławie Miłoszu /rok 1964/ i od razu odsunęli się ode mnie wybitni profesorzy. Jednak swojego dopiąłem, pracę obroniłem i – zostałem bezrobotny, a moi współkoledzy i współkoleżanki, od błędów ortograficznych i niewiedzy co do pism literackich, zaczęli robić kariery: naukowe, polityczne, etc. Kiedy Miłosz został Noblistą, z miejsca zaprzyjaźnili się z nim ci, którzy jeszcze niedawno nazywali go zdrajcą. Ja uznałem, że byłoby nietaktem pokazywać Nobliście mój uniwersytecki dyplom ukończenia studiów z jego nazwiskiem i podkreślić, że byłem tym pierwszym w świecie, który miał odwagę. Jeszcze pomyśli, że ubiegam się o coś u niego. I. Nie –zdecydowałem. Kiedy w r. 1990 upadła „Poezja”, nikt nie podał jej ręki. A kiedy w parę lat później powołałem do życia „Poezję dzisiaj”, ci,  którzy upadającą poprzedniczkę nie podtrzymali, nagle hauknęli w stylu: jak śmiał! I w dodatku za swój sprzedany samochód.  Wariat? Na ile mu to starczy?! Jeśli liczy na dotacje, to karty już rozdane. Oto skutki chodzenia własnymi drogami, zawsze  pod górkę, ale satysfakcja – prawdziwa. Bo „taki to świat, niedobry świat, ale innego nie ma świata” – zdaje się, że to Leśmian. A to co robię, mimo że często pod górkę, mam po rodzicach, którzy będąc bezdomnymi, w ciągu jednej nocy na pocarskim poligonie wojskowym w r. 1935 zbudowali stojący do dzisiaj dom. Obecne  władze w atmosferze na pewno nagłośnionego skandalu kazałyby go rozebrać, tamtejsze jakoś nie. Podczas styczniowej ofensywy 1945 r., gdy naokoło paliły się wioski, do stojącego w szczerym polu naszego budynku między dwoma frontami, schroniło się wiele osób, ku zaskoczeniu i zdumieniu moich rodziców. Przeczucie podpowiada nam, że u Państwa przeżyjemy – mówili.  Kule i bomby z obydwu stron przenosiły, a zrzucona na  jego dach bomba przez radzieckiego lotnika nie wybuchła. Tamte chwile do dziś stoją mi przed oczami. A dom przetrwał wszystkie polskie pierestrojki i podobnie jak on przetrwa je także zostawiona samej sobie, czyli mnie, „Poezja dzisiaj”.

I na zakończenie – w trosce o młode talenty trojgu wybitnym artystom, z sukcesami nie tylko w kraju, półsierotom –  ufundowałem roczne niewielkie stypendia z własnej, również niewysokiej emerytury /2400 zł./ po tym, kiedy odmówili im pomocy ludzie bardzo zamożni oraz urzędnicy zawiadujący kulturą.

Powyższy fragment mojego życiorysu to broń Boże nie aluzja do czegokolwiek, tym bardziej do kwestii, o której za chwilę.

A teraz gwoli wypowiedzi Pana prof. Lecha Witkowskiego, z którym dobrze mi się koresponduje, jednak chcę doprecyzować jego  uwagę o napaść na „Nowy Napis”. To nie napaść, a rodzaj życzliwego niepokoju w stosunku do cennej inicjatywy i – jej wykonywania, bądź co bądź za nasze, podatników, pieniądze. Chodzi mi przede wszystkim o formę przekazu, czyli tzw.  język, a właściwie podjęzyk, jakim od dłuższego czasu posługuje się coraz bardziej Nieczytelna Humanistyka, tym samym ograniczając się do odbioru przez coraz węższą grupę odbiorców. Tu cytuję Noblistę Isaaca B. Singera: „Alpy są wspaniałe, natomiast wykłady z filozofii, jakich słuchałem tutaj w Bernie i w Zurichu, są równie nudne, pedantyczne /…/, jak wiedza szerzona w Warszawie”, przed czym  przestrzegam wydając od 24 lat „Poezję dzisiaj” prawie z własnego budżetu, więc muszę liczyć się z kupującymi ją odbiorcami, jednocześnie dbając o właściwy poziom kolejnych publikacji, inaczej Pismo zniknie z rynku. Pisma dotowane nie znają tego problemu, właściwie bólu istnienia. I tak istnieją, niezależnie od powodzenia, bądź niepowodzenia w ich dystrybucji i mogą być również rozdawane, co nie jest najlepszą metodą do sięgania po nie /przez rozdawnictwo m. in. upadł Rzym,  bo obywatele – na każdego pracowało 40 niewolników – odwykli od pracy i walki/. A te, które pozbawia się dotacji, z miejsca giną: patrz „Sycyna, Borussia, Zeszyty Literackie, etc. Tymczasem moje, wydawane za emeryckie pieniądze /2400 miesięcznie/ jak dotąd istnieje i ma swoich odbiorców nie tylko w Polsce, czego oficjalne czynniki od kultury konsekwentnie nie chcą zauważyć. Mimo wielu własnych i nie tylko – problemów, zupełnie przypadkowo przyszło mi zainteresować się dystrybucją „Nowego Napisu”. Zauważyłem mianowicie jego obecność w szkołach, wyższych uczelniach, etc. i  zapytałem z przyzwyczajenia jako czuły na punkcie czytelniczym i odbiorczym, o czytelników i odbiorców „Nowego Napisu”. Tam gdzie pytałem, w dość wielu miejscach, leży on sobie spokojnie, nietykany.  I w tym pies pogrzebany. Dlaczego? Tu i ówdzie udzielano mi odpowiedzi, że za zbyt szczelną formę przekazu, naukowy żargon, brak zwięzłości i jasności, i dodawano: bo czego nie ma w programie, do tego nikt się specjalnie nie kwapi.  Uznałem, że dla dobra sprawy powinno się te kwestie zasygnalizować, wyjaśnić, zadać sobie pytanie o ewentualne usprawnienie i zachętę. Z własnych doświadczeń wiem np. jak wyglądają międzynarodowe sesje naukowe.  Zapraszany na zagraniczne uniwersytety staram się mówić, a nie czytać i nie dłużej niż 10-15 minut, chodząc po sali przed słuchaczami i przekazując co mam do powiedzenia w formie rozmowy, czasem pytań.  Pozostali, naukowcy,  czytają napisane teksty monotonnie, naukowo, zza papierów, co najmniej przez pół godziny, a sala podsypia. Wykład kończy się kurtuazyjnymi oklaskami, wykładowca usatysfakcjonowany, słuchacze  na chwilę trzeźwieją, do następnego wykładu.  Zawartość Pisma też winna być przystępna. Najtrudniej przekazywać zwięźle i jasno.  Dlaczego np. znakomity Przyboś popada w zapomnienie? Halina Poświatowska, której krytycy wróżyli krótkotrwałą obecność w literaturze, a którzy dawno już wypadli z obiegu, tak pisze o Przybosiu: „Poeta tęgi – metafora błyszczy – metafora jak błyskawica –  ale jedna siedzi na drugiej i z wierszyka robi się szarada. Nawet konstrukcja ścisła jak w szaradzie. Zimne to jakieś – jednym słowem –smutno być Przybosiem”. I dalej: „Z Różewiczem  inna historia. Różewicz jest bardzo ludzki – bliższy – pozwala  zajrzeć w to i owo – częściej po prostu wzrusza, nie zostawia cię z otwartą gębą, ale obsesyjny jak Gajcy czy Baczyński – nie może zapomnieć o okupacji – ma to sobie za chlubę, że nie może zapomnieć. I to męczy – przynajmniej mnie. Popatrz, jaki śliczny jest Gałczyński, że w obozie pisał tylko erotyki dla żony”. I ludzie czytają wiersze Poświatowskiej, jej „Koniugacje”, i  o świecie, który idzie w lisim futrze/kołnierzu?/, etc.  Stąd wypowiedź poety i krytyka, Andrzeja Waltera, co prawda wykraczająca poza temat zamówienia, który się odważył napisać o „Nowym Napisie”, Piśmie póki co klasycznie uniwersyteckim – kawałek własnych przemyśleń,  zaznaczając zresztą, że również  „należy cieszyć się z obfitości”, czyli obecności nowej publikacji.  A że z werwą właściwą niektórym poetom i zbytnim zagalopowaniem się, to jeszcze nie powód do niepokoju. Tym bardziej, że przede wszystkim  wyraził swoją krytyczną opinię, słuszną, o literackich środowiskach i zapewne dlatego nie wypadało mu publicznie głaskać  cennej inicjatywy, czyli powołania do życia „Nowego Napisu.” A  ja nie jestem cenzorem i nie ma we mnie lęku, że odbiorą mi dotację, bo jej nie mam, za opublikowanie „Nowego Napisu Niezgody”, bo o nie sianie niezgody tu chodziło. Natomiast , znów dla dobra sprawy, chętnie opublikowałbym w najbliższym 150 nr „Poezji dzisiaj” – bez dotacji /ukaże się pod koniec września/, ale i bez zwrotów – informację, jak przyjął się „Nowy Napis” w środowiskach, dla których został powołany? Niekoniecznie literackich. I co się robi, żeby się przyjął bardziej?  Niekoniecznie  w formie dyskusji z wypowiedzią Andrzeja Waltera. Uprzedzam jednak, że bez „godziwego za to honorarium”, z przyczyn wyłożonych powyżej. Łączę wyrazy szacunku – Aleksander Nawrocki

PS. Miałem przyjemność ongiś w „Poezji dzisiaj” drukować Pana wiersze.

Pan Aleksander Nawrocki

Podkowa Leśna, 26 sierpnia 2021 r.

Szanowny Panie,

dziękuję za list, na który niestety dopiero teraz mogę odpowiedzieć. Pamiętam lekturę artykułu Andrzeja Waltera, wymianę uwag na ten temat z Lechem Witkowskim i zaanonsowanie sprawy przez Bohdana Wrocławskiego, ale to wszystko stało się w czasie moich letnich wyjazdów. Przepraszam. I już odpowiadam na Pana korespondencję.

Poruszył Pan problem, który i mnie obchodzi, jakkolwiek z kwartalnikiem „Nowy Napis” („NN”) mam coś wspólnego tylko pozornie. Pełnię bowiem (społecznie, nieodpłatnie) tylko funkcję przewodniczącego Rady Programowej Instytutu Literatury (IL), nic więcej tam nie robię. Notabene nie wszyscy wiedzą, że instytut ten jest de facto departamentem Ministerstwa Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu, podobnie jak Instytut Książki (IK), choć z innym, odrębnym pakietem zadań, ale komplementarnym. To w pewnej mierze rzutuje na niechęć, którą niektórzy żywią do tej instytucji, nie zapoznawszy się z jej funkcją i działalnością.

Rada Programowa IL nie zajmuje się organizacją ani techniką, profilem czy stylem działania czasopisma finansowanego przez IL. Wobec tego kwartalnika wymaga tylko przestrzegania zasady, że ma to być pismo krytycznoliterackie z nastawieniem również literaturoznawczym, będące jednocześnie periodykiem literackim, promującym wartościową literaturę zaniedbywaną przez inne media. Treści tego czasopisma powinny być dostosowane głównie do potrzeb intelektualnych nauczycieli języka polskiego i ewentualnie polonistycznej kadry akademickiej. Zakłada się, że nauczyciele języka polskiego w czasie studiów polonistycznych zapoznali się z literaturą przedmiotu, gatunkiem języka, którym się znawcy tej dziedziny posługują, i terminologią we wszystkich tych dziedzinach dziedzinie używaną.

Wydawane przez IL pismo jest bytem osobnym, niekontrolowanym ani cenzuralnie, ani ideologicznie, ani w żaden inny sposób, który by wykraczał poza metody merytoryczne związane z przedmiotem. Działa więc na tej samej zasadzie co – jak w wypadku Instytutu Książki – miesięczniki „Twórczość”, „Odra”, „Dialog” itp. Są to więc media niemal całkowicie niezależne, choć co prawda finansowane przez państwo, ale za które odpowiadają naczelni redaktorzy i kolegia redakcyjne, nie zaś wydawca. Rada Instytutu Literatury, a tym bardziej jej przewodniczący (czyli ja) poza ewentualnymi uwagami co do realizacji tych zasad ogólnych, nie ma na kształt, zawartość i losy kwartalnika „NN” żadnego wpływu.

Naczelnym redaktorem jest dr hab. n. hum. Józef Ruszar, notabene pełniący funkcję dyrektora IL, i myślę, że konkretne uwagi trzeba by kierować do niego. Profesora Ruszara postrzegam jako specjalistę, typowego zawodowca, który nie stroni od omawiania tego, co sam robi. Dyrektor IL i zarazem naczelny „NN” wydaje się otwarty na każdą dyskusję, nawet dla niego niewygodną. Miałem możność obserwowania tej postawy, kiedy ukazały się pierwsze numery „NN” i gdy zaraz potem na niego jako twórcę czasopisma oraz na współpracowników wylały się kubły pomyj i wysypały tony hejtu.

Przedstawił Pan uwagi ogólne, których kształt mniej więcej zarysował czy zasugerował Andrzej Walter, mój z dawien dawna kolega i przyjaciel, świetny poeta i krytyk. Rozmawiałem z nim na tematy związane z Instytutem Literatury i „Nowym Napisem”, jednak były to uwagi raczej zdawkowe i wyrywkowe niż systemowe czy całościowe, dlatego zapewne nigdy w pełni nie skonfrontowaliśmy swoich poglądów na ten temat.

Dzisiaj widać, że reakcja tych, którzy swego czasu zderzyli się z nowym kwartalnikiem, była całkowicie nieadekwatna do rzeczywistości. Ale nie chodziło im o zawartość pisma, ale sam fakt, że się zaczęło ukazywać. Trudno dociec, o co im naprawdę chodziło. Teraz dorabiają do tego teorie, ale choć fala fałszywej krytyki trochę już opadła, cały czas odzywają się jedynie jej bezargumentowe echa, a sami krytycy nadal nie zauważają, że „NN” nie bierze udziału ani w polityce, ani w walkach frakcyjnych, ani w forsowaniu ideologii; że nie stosuje cenzury, bo tak to ustawia i kształtuje jego naczelny redaktor i współpracownicy. Natomiast, co jest bardzo charakterystyczne, „NN” przypomina pisarzy zapomnianych i literaturę niesłusznie zarchiwizowaną. Pokazuje też pomijanych a zdolnych i nieraz wybitnych pisarzy zarówno starszego pokolenia, jak i nawet bardzo młodych. Pomijanych, co ciekawe, przez tych, którzy bieg fali krytyki, czasem bardzo nienawistnej, podtrzymują, i którą wcale nierzadko ideologizują albo podporządkowują polityce. Oni nadal uważają, że „NN” jest z gruntu prawicowy i nie dostrzega osiągnięć lewicy oraz że realizuje system pozyskiwania zwolenników dla prawicę, a konkretnie partii Prawo i Sprawiedliwość. Ludzie ci albo nie umieją czytać ze zrozumieniem tego, co się drukuje w „NN”, albo są tak nafaszerowani złą wolą, że mimo wszystko nie są w stanie stwierdzić stanu faktycznego, w stylu „nie, bo nie”. Pan jako założyciel i właściciel czasopisma literackiego sam przez to przeszedł, więc niczego nowego nie podaję.

To jeden aspekt poruszonych spraw.

Drugi to ten, który dotyczy formuły kwartalnika „NN”, a szczególnie tego, że zdaniem niektórych osób, w tym także Pana i Andrzeja Waltera, jako pismo adresowane do nauczycieli jest dla odbiorców nieczytelne, za trudne, zbyt „profesorskie”. Tak, może tak być i pewnie tak jest, ale nie zapominajmy, że głównym adresatem są nauczyciele, co zmienia postać rzeczy. To zmusza do stawiania pytań: Czy można sobie wyobrazić nauczycieli, którzy nie umieją czytać tekstów „profesorskich”? Czy nie przeszli szkoły „profesorskiej” na studiach? Skąd się wzięli na stanowiskach nauczycielskich? Nie potrafię i nie chcę wypowiadać tego głośno, bo to by musiało być dla nauczycieli obraźliwe.

Ale coś w tym jest, skoro pojawiają się głosy, że czegoś nie są w stanie czytać, bo nie rozumieją. Jeśli sprawę rozbierze się na elementy składowe, to rzednie mina.

Po pierwsze dla mniej zaradnych czytelniczo i naukowo nauczycieli stworzono przed dziesiątkami lat miesięcznik (potem nawet dwutygodnik) „Polonistyka”. Tam umieszczano, niekoniecznie upraszczane, teksty na temat literatury interesującej polonistykę szkolną oraz w zakresie poprawności językowej i teorii języka. „Polonistyka” istnieje do dzisiaj, a i jej dawne numery są dostępne m.in. w Internecie. W latach 90. XX w. została przejęta przez Radę Języka Polskiego (czyli przez PAN), ale jej funkcja dydaktyczno-szkoleniowa bardzo osłabła. Nauczyciele na kursach doszkalających, w których wielokrotnie brałem udział, regularnie dopominali się tekstów doszkalających właśnie z zakresu literaturoznawstwa, literatury nowej i językowych zagadnień poprawnościowych. A teraz słyszę i czytam, że nie chcą takich materiałów, bo dla nich to za trudne.

Po drugie naukowe i popularne teksty literaturoznawcze, krytycznoliterackie i językoznawcze, którymi zachwycano się w latach 60. i 70., były drukowane w licznych czasopismach kulturalno-społecznych i nikt nie narzekał na ich czytalność (= czytelność + zrozumiałość). Przeciwnie, wymagano, aby nauczyciele je czytali i nikt nie protestował, a zdecydowana większość korzystała z tego w taki sposób, że dzięki temu uzyskiwała status zawodowy najwyższej próby. Były to teksty, o których dzisiaj by powiedziano, że są „trudniejsze od tych z Nowego Napisu”.

Przejrzałem w bibliotece trochę artykułów krytycznych i literaturoznawczych w „Życiu Literackim”, „Kulturze” i „Tygodniku Kulturalnym” i niejeden jest napisany językiem znacznie bardziej wymagającym od czytelnika uwagi i wiedzy niż te, które znajdujemy w „NN”.

Tu dochodzimy do sprawy kluczowej. Nie zauważyliśmy pewnego faktu kulturowego, który się dokonał w ciągu ostatnich 30-40 lat. Stało się bowiem coś złego z poziomem intelektualnym dzisiejszych czytelników, i to wykształconych, w dodatku polonistów, skoro ci tak narzekają na trudność w odbiorze „Nowego Napisu”, pisanego zupełnie normalnym językiem polonistycznym.

Nastąpiły też zmiany w samej literaturze, i to nie tylko wysokiej, ale także popularnej, w poezji, prozie i dramacie. Gatunki te są dziś językowo i strukturalnie (kompozycyjnie + estetycznie + filozoficznie) inne niż 30-40 lat temu. Zmieniły się, a nowość dla większości ludzi zawsze jest w jakiś sposób trudna. Nie wiem, czy to, co dziś mamy na półkach księgarskich jest istotnie trudniejsze, ale z pewnością jest takie, że do ich odbioru jeszcze się nie przyzwyczajono.

To podobne zjawisko do tego, które obserwowano w XIX wieku w związku z ujemną recepcją romantyzmu (vide Kajetan Koźmian i jego zwolennicy pseudoklasycy), poniżaniem wartości „Pana Tadeusza”, wielu wierszy i większych utworów Mickiewicza (począwszy od „Zimy miejskiej” na „Romantyczności” i „Dziadach” skończywszy), wielkich poematów Słowackiego („Król Duch”, Anhelli”) czy całej twórczości Norwida, wręcz negowanej przez wielu jego współczesnych.

Czytelnicy „NN”, a więc nauczyciele, mogą nie wiedzieć, jak mają reagować na nową literaturę, prezentowaną w tym kwartalniku. Niech porównają na przykład z „Twórczością”, a zobaczą, że poziom trudności jest ten sam. Po pierwsze niechętnie czytają, a wobec tego nie rozumieją tez stawianych przez krytyków, literaturoznawców czy „reporterów kultury”, które są dostosowane jakością do owej nowości. Jest to zjawisko nienowe, po latach względnego spokoju zaczęło być widoczne i dokuczliwe już w latach 70. XX w., gdy nowa literatura była odrzucana i potępiana w czambuł, po prostu z góry przeznaczana do wegetacji w drugim rzędzie na półkach bibliotecznych. Przeciwnicy tamtych nowości, i to nie tylko tych ze stajni Henryka Berezy, na pęczki produkowali teksty przeciwko nowości i zarażali swą niechęcią młodych, wówczas uczniów, a dziś profesorów literatury. Niejeden znawca wskazuje też na negatywny wpływ mediów wizualnych (kino, telewizja, gry komputerowe), które swoją łatwością i miałką treścią zaspokajają tych, którzy nie mają w zwyczaju uruchamiać myślenia, mimo że przecież przy odrobinie wysiłku potrafiliby się zachwycić nową literaturą i jej krytyką.

Z informacji, które Pan zawarł w swoim liście, pośrednio (przez presupozycję) wynika, że wiedza z tego zakresu nie pokrywa się w umysłach nauczycieli z wiedzą akademicką, prezentowaną przez autorów „NN”. Myślę, że to prawda, ale przyzna Pan, że niebezpieczna i bulwersująca. Niebezpieczna, gdyż zagraża poziomowi edukacji szkolnej, a bulwersująca, bo sami nauczyciele, odbiorcy „NN”, swoim zachowaniem, tj. ignorowaniem czasopisma i narzekaniem na jego „trudne teksty” wskazują, że nie mają zamiaru podnosić swoich kwalifikacji. Nie chcą.

Po trzecie ujawnione w naszej dyskusji zjawisko dysharmonii świata kultury literackiej, a ściśle asymetria wiedzy uniwersyteckiej w zestawieniu z nauczycielską, jest moim zdaniem w znacznej mierze skutkiem drastycznego obniżenia poziomu edukacji szkolnej i dostosowywaniem się nauczycieli do niskich wymagań szkolnictwa. To trwa już długie lata, a więc kolejne pokolenia są tym dotknięte i nawet nie wiedzą, że mogłoby być inaczej albo przynajmniej mogłoby być tak, jak za czasów szkolnych moich i Pana. To jest odniesienie do tej tak zwanej „zbawczej likwidacji łaciny i sprowadzenia historii do wczoraj”, jak to określają dziennikarze zajmujący się kulturą. Szkoły podstawowe, do niedawna też gimnazja, ale przede wszystkim licea przestały uczyć czytania tekstów, bo sami nauczyciele przestali umieć to robić. Wynieśli to z osłabionej dydaktyki uniwersytetów, prowadzących zajęcia w degradującym jakość kształcenia systemie bolońskim, dwustopniowym (licencjacko-magisterskim). Niestety deklaracja bolońska zamiast podnieść autorytet uniwersytetów europejskich wobec amerykańskich, prestiż ów doszczętnie zrujnowała. Nauczyciele akademiccy przeważnie pozostają na odpowiednim poziomie umiejętności, ale ich uczniowie, późniejsi nauczyciele, są zdecydowani słabsi.

Po czwarte – to powoduje, że studenci polonistyki już na uczelni rezygnują z typowych w czasach powojennych marzeń o uprawianiu krytyki. Spowodowało to dramatyczny zanik tej dziedziny. Zaczęło brakować wykonawców, głów myślących o literaturze poza uniwersytetem, nieobowiązkowo. Dziś krytyka jest pod każdym względem nieopłacalna, i to nie tylko materialnie, także prestiżowo. Nastąpiło odwrócenie zainteresowań polonistów. Krytyką z konieczności zajęli się pisarze, w tym zakresie dość niewydajni, bo to przecież nie ich podstawowe zadanie. Liczba tych, którzy mogliby zasilić „NN” i podobne czasopisma, od 1989 roku drastycznie malała i nadal maleje. Mówi się nawet, z przesadą, ale dobitnie, że prawdziwych krytyków jest w Polsce mniej niż palców u rąk.

Co do „NN”, to warto wspomnieć, że czasopismo to boryka się nie tylko z ogólnym brakiem autorów piszących o literaturze, ale jest dodatkowo przez dużą grupę bojkotowany jako pismo rzekomo prawicowo-PiS-owskie i rządowe. Autorów, wśród których można by wybierać, jest tak mało, że – jak mi to relacjonują redaktorzy – niektórych tematów w ogóle nie można w tym piśmie zrealizować.

Analizując problem rzekomo małej czytalności „NN”, trzeba więc moim zdaniem położyć nacisk na kilka nakładających się zjawisk. Oto one:

1. Zauważalne obniżenie umiejętności recepcyjnych adresatów (czytelników) „NN” i czasopism podobnych, także tych już dawno uznanych, typu „Twórczość”, „Topos” czy „Odra”. Winę za to ponosi stałe, czterdziestoletnie już obniżanie poziomu edukacji w Polsce. Niestety „NN”, nie ma, bo nie może mieć na to wpływu. My także go nie możemy mieć, w każdym razie nie w trybie doraźnie naprawczym. Chodzi bowiem o stworzenie nowego, wydajnego systemu edukacji kulturalnej, której literatura ponownie stanie się ośrodkiem (od początku lat 90. już nim nie jest z woli ówczesnej Minister Kultury), a polonistyka szkolna zacznie to przenosić do umysłów młodzieży w lepszy niż dotychczas sposób.

Jeśli nauczyciele nie rozumieją tekstów z tych czasopism, to powinni się wziąć do roboty i nadgonić zaległości w wykształceniu.

2. Zmiana stylów poetyki, narracji prozatorskiej, dialogów (film) i dramatopisarstwa (teatr, film), które nie zostały dostatecznie zbadane i zarejestrowane jako wiedza obowiązująca nauczycieli akademickich i także szkolnych. Krytyka i literaturoznawstwo nie nadążają za funkcjonowaniem i wyczerpywaniem się postmodernizmu ani za jego skutkami kulturowymi, tak pozytywnymi, jak i hamującymi rozwój literatury czy w ogóle kultury; zbyt anemicznie reagują na tendencje, które odnawiają literaturę jako zjawisko prawdziwie twórcze. Ledwie zauważają znaczący wpływ science fiction i fantasy; nie dostrzegają napływu nowej poezji; kompletnie ignorują literackie nowości i wciąż nie doceniają poważnego znaczenia literatury dla dzieci i młodzieży. Najtrudniej przychodzi im stwierdzanie upadku dramatu, a właściwie „teatru reżyserskiego”, który przez dwie dekady szokował pozornymi nowościami, ale pieczołowicie przygotował dla siebie pułapkę, w którą ostatecznie wpadł, samoczynnie schodząc na pobocza kultury. Bulwersuje niewiedza i wręcz nieudolność krytyki w zakresie nowości w poezji, która w wydaniu kilkudziesięciu, może nawet stu poetów, nie tylko zresztą młodych, dziś idzie w stronę zupełnie odstającą od teorii, od klasycznej, zdrewniałej poetyki, dzięki czemu staje się świeża i dostrzegana przez młodzież, ale nie przez fachowców.

3. Poprawa jest konieczna od zaraz. To wszystko w zakresie krytyki i literaturoznawstwa wymaga bowiem ostrej rewizji, ale nie zapominajmy przy tym, że język tych dziedzin jest w dużej mierze ustalony i nauczyciele nie mogą go cofać do poziomu potocznego. To by była jakaś wielka kulturowa pomyłka. Problem nie w języku, ale w dotarciu do nauczyciele z pojęciami, które powinni znać i które mają swoje ustalone nazwy.

Takie treści niosą przecież artykuły, bloki tematyczne i zestawienia utworów zawartych w „NN”. Dlaczego krytycy kwartalnika tego nie dostrzegają? Nie wiem. To tajemnica tych krytyków, ale pewnie chodzi o to, że po prostu nie czytają.

3. Zmniejszenie liczby krytyków i literaturoznawców (oraz bojkot polityczny uprawiany przez niektórych), potencjalnych autorów piszących do czasopism takich jak „NN”.

Uważam, że nie można wymagać od czasopisma, aby zeszło stylem, jakością intelektualną i spłaszczeniem języka o kilka pięter tylko dlatego, że w latach 1980-2014 państwo polskie zrezygnowało z podtrzymywania wysokiej jakości szkolnictwa i wypuściło najpierw ze szkół średnich studentów, a następnie z wyższych nauczycieli, których umiejętności zawodowe nie wystarczają do odbioru tekstów krytycznoliterackich, literaturoznawczych i literackoartystycznych. Wierzę, że jest wielu nauczycieli, którzy jednak są w stanie takim zadaniom podołać. Nie dziwi natomiast, że biolodzy nie będą w stanie przemóc utworów polonistycznych, ani to, że nauczyciele polonistyki nie poradzą sobie ze wszystkimi dziełami biologów.

Jeszcze raz dziękuję za list i pozdrawiam serdecznie –

Z poważaniem
Piotr Müldner-Nieckowski

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko