Andrzej Walter – Szlachectwo w błękicie tożsamości

1
331
A. Walter

   W przedziwnym miejscu znalazła się dziś polska proza, dla której miernikiem stała się rynkowa popularność oraz wulgarny lans, którego z kolei dźwignią handlową ma być coraz silniejsze zszokowanie czytelnika. Finalnie rzecz ujmując czyli w efekcie oferty księgarskiej otrzymujemy rzęsisty deszcz (czasami nawet niezłych) kryminałów oraz powieści sensacyjnych, będących jednak jedynie tym, czym są – kryminałem bądź sensacją albo też beletrystykę podążającą wspomnianą już ścieżką łamania tabu, czy też przekraczania (wszelkich) granic (niejednokrotnie) dobrego smaku. Nie będę się tu zatem kusił o licytację (bądź hierarchię) jakichkolwiek nazwisk, gdyż nie zamierzam tu uprawiać zbędnej reklamy (jako pożyteczny idiota) twórców, za którymi i tak podąża gigantyczna siła kapitału czyli po prostu kasy finansującej te harce, ale zapewniam Was, że są to środki ogromne, w których wiodące wydawnictwa upatrują po prostu świetny interes, bowiem nic dziś nie sprzedaje się tak dobrze jak wątpliwej proweniencji sensacyjka, łamanie tabu czy obojętnie jaki, byle skandal.

   Mamy potem w świetle kamer pisarza celebrytę, ambasadora legendarnej marki, który wybudzony z letargu i oszołomiony złymi emocjami, rzuca na portalu społecznościowym jakże urocze i głęboko literackie zawołanie do wyznawców – pierdol się Polsko, a później szybko je usuwa, jakby opamiętując się poniewczasie, że chyba jednak posunął się nieco nazbyt daleko…

   No cóż. Tak właśnie przegrywa ów pisarzyna sam ze sobą, słowem z czasami, które niejako współ-wytworzył, gdyż są to czasy łatwej dokumentacji tego typu wybryków, aczkolwiek czym innym jest być może nasze święte oburzenie, a jeszcze czym innym paradoksalnie społeczne zapotrzebowanie pewnej strony zblazowanej widowni jakże łasej na takie niby kolejne złamane tabu. Śmiem twierdzić, że to wszystko rynkowa gra celowo ukierunkowana na posmaczek skandalu jako kolejną dźwignię dla sprzedaży kolejnej tandetnej i kiepskiej literatury, a nawet jeśli nie kiepskiej to w swym wydźwięku tak tendencyjnej, wulgarnej, podkręcającej jak najniższe instynkty, że potem nawet jeden z krytyków (tych którzy jeszcze przetrwali czasy pompowania reklamy i promocji) komentuje jakby sprawę oczywistą, że takiego pamfletu na epokę to on jeszcze nie czytał… Czy to jest literatura? Ależ tak, ależ jak najbardziej, to ta współczesna polska proza (ta nagradzana), o której już więcej tu pisał nie będę. Broni się bowiem sama, jest świetna, popularna, oklaskiwana tylko nie chce mi się tego czytać, gdyż wolę mieć niestrawność po alkoholu niż po tak bezsensownie snobistycznej, przy czym też: nudnej, napuszonej i napompowanej lewicową beztreściowością lekturze.

   No cóż, po raz wtóry, takich dożyliśmy czasów, kiedy książka bywa albo jarmarczną rozrywką bądź też narzędziem lewackiej propagandy. Jest jednak w naszym pięknym kraju i inna literatura, literatura wielka i szlachetna, proza polska lotów najwyższych, ta proza niejako starodawna, pisana w innym, dobrym i rzetelnym stylu, jako normalne, dobre książki, których nie doświadczysz dziś w reklamach głównych mediów, których nie zobaczysz w zapowiedziach wysokonakładowych dzienników, czy tygodników tak zwanej „opinii” społecznej, gdyż nie stoją za tymi autorami i wydawnictwami pieniądze, mody i nie stoją sensacyjki, skandale, a stoi za nimi po prostu kawał dobrej literackiej roboty, świetna cząstka literatury wpadającej w obieg świata, ogromny nakład pracy, wreszcie niezbędny talent, który powoduje, że książka wciąga od pierwszego akapitu bardziej niż jakikolwiek obraz, film, czy inna, w oczywisty sposób prostsza rozrywka nowych czasów. Takie książki znajdziecie przeważnie w antykwariacie, a ja z całej plejady autorów współczesnych, których książki jednak są jeszcze w księgarniach stacjonarnych oraz internetowych jednym tchem wśród najlepszych obecnie polskich pisarzy wymieniłbym tutaj Zbigniewa Niedźwiedzkiego Ravicza, dolnośląskiego literata zamieszkałego we Wrocławiu.

 

  Zbigniew Niedźwiecki Ravicz, prozaik, dramaturg, autor tekstów piosenek. Zadebiutował serią książek FacSimile, która ukazywała się w latach 2004 – 2006. Kontynuacją tej pracy były książki z cyklu Sugestie słowa i Groteski słowa (2012 r.). W 2009 roku opublikował powieść o charakterze społeczno-obyczajowym Grzech przemilczenia. A w 2011 roku spod pióra pisarza wyszedł zbiór satyrycznych opowiadań pt. Przypadki małżeńskie. Jako dramaturg ma w swoim dorobku monodram pt. Daisy – błękitna tożsamość oraz szereg sztuk teatralnych dla dzieci i młodzieży. Pisarz jest członkiem Związku Literatów Polskich oraz Stowarzyszenia Dziennikarzy RP.

   Zatrzymajmy się jednak na chwil kilka przy książkach „Daisy – błękitna tożsamość”, której obszerny drugi tom ukazał się w dopiero co minionym, nieco zwariowanym roku 2020. (Pierwszy tom z kolei ukazał się dwa lata wcześniej w 2018.) Książki te to prawdziwy majstersztyk pisarski (choć i „Grzech przemilczenia” to proza warta każdego grzechu lektury). Dlaczego tak sądzę? Autor włożył w te pozycje tytaniczną ilość pracy.

   Otóż wydawałoby się, że niby temat, jak to temat, co kogo interesuje to wybiera i czyta, a wtedy albo mu się to podoba, albo i nie. Nic bardziej błędnego. Niedźwiedzki to autor przewrotny. Zainteresuje każdego. W jego ręku bodaj najdziwniejszy temat nasączy się odpowiednią literacką treścią i barwą zdolną pomalować nam właśnie zaczytywany aktualnie świat. Każdy miłośnik literatury, książek i czytelnictwa potwierdzi, że lektura Niedźwiedzkiego to pasjonująca przygoda intelektualna. Jego indywidualny styl, niepowtarzalna atmosfera narracji powodują, że książki tej się nie czyta, lecz wręcz „pochłania”, smakuje, a chyba po tym najpewniej odróżniamy książkę dobrą od książki złej. Zatem wymóg podstawowy mamy spełniony – Niedźwiedzki nie nudzi, Niedźwiedzki wciąga. Niedźwiedzki zaciekawia, daje do myślenia i roztacza wizje świata, którego już nie ma w sposób tak perfekcyjny, że nawet łatwiej tamtych ludzi poczuć i zrozumieć, a dzięki temu spojrzeć jakże szeroko na wydźwięk czasów i epoki. A wymóg drugi, wymóg szlachecki? Szlachectwo bycia dobrym pisarzem zobowiązuje, obliguje do trzymania stylu i poziomu, a Zbigniew Niedźwiedzki Ravicz to liga najwyższa, literacka ekstraklasa i półka najwytrawniejsza.

   Książka Niedźwiedzkiego jest książką autorską, czyli rozumiem przez to nasączoną własną osobowością literaturą, w której autor opowiada pewną historię, opowieść, z którą głęboko się utożsamia, jakby zestawia jej narrację podskórnie z dylematami współczesności – uwypukla, dając nam do myślenia, pewne problemy, dylematy i zalążki do własnych rozważań i refleksji, pewne wątki przedstawia wytrawnie, szlachetnie, absolutnie nie kiczowato, (zważmy, że poruszamy się jakby na gruncie historii mogącej być momentami romansem – zwłaszcza w obliczu nieudanego małżeństwa, co pachnie w naszych czasach często nachalnym maglem – tutaj: nic podobnego, nawet człowiekowi by przez myśl nie przeszło… brawo! Zbyszku…). Nie chciałbym w żadnym stopniu popaść tutaj w skrajność oceny czy przesadę nadmiaru komplementów, ale muszę naprawdę dalece obiektywnie przyznać, że całą opowiedzianą historię kontrowersyjnej przecież postaci oraz właściwych jej czasów autor przekazał w sposób rzetelny, męski, uczciwy i bardzo prawdziwy. To jest uczciwe i bezcenne, gdyż buduje bardzo zbliżoną relację ufności czytelnika do pisarza i opisywanego tematu, tak samo jak miało to miejsce kiedy czytaliśmy „Chłopów” Reymonta czy „Lalkę” Prusa, a nawet „Potop” Sienkiewicza. Tylko pisarz, któremu się wierzy może stać się autorytetem opowiedzianej historii. Tak się dzieje w tym przypadku.

   Być może właśnie Daisy von Pless jest tu właściwą bohaterką naszych czasów, właściwą z punktu widzenia przewartościowania postaw, dzisiejszego świata postawionego na głowie, w którym odwrócono rolę damsko-męskie, w którym zanieczyszczono rolę i znaczenie elit, w którym zgniliznę i toporność osadza się na piedestałach, a wytworność i szlachectwo wyrzuca na śmietniki historii… Kto wie? Może właśnie taka powieść – jakby przypowieść o: przepaści światów, o roli jednostki wobec walca epok, wobec własnych marzeń rozbijających się o brzeg dziejów i ocean codzienności nam jest dziś potrzebna, ba, wręcz niezbędna, aby odbudować w sobie właściwe proporcje ocen, postaw i oczekiwań? „Błękitna tożsamość” staje się jakby naszym udziałem i zaczynamy lepiej rozumieć swój własny los rzucony w bagno tego świata bez właściwości. Do tego możemy dosolić ów los smakiem porażki, a taki ma wydźwięk ocena postaci Daisy von Pless (świadka dwóch potwornych wojen), choć finalnie możemy tej postaci przypisać jakiś cień mentalnego zwycięstwa na tle owych zniszczonych i pokruszonych marzeń, to zwycięstwo nad czasem i jego przemijalnością w postaci świadectwa osoby, postaci indywidualnej i jej opisanej i udokumentowanej dążności do wykroczenia poza samą siebie. Bohaterem naszych czasów może być tylko byt skomplikowany, niejednorodny, byt z pogranicza światów, a może i wszechświatów… byt pozornie przegrany, którego ostateczny triumf to utrwalone w pamięci ludzkiej niejednoznaczne klisze fotograficzne nietuzinkowej osobowości chcącej uczynić wiele dla innych ludzi…

   Postać Daisy von Pless w całej swojej złożoności każe nam zapytać nie o to, co nam uczyniono z tym światem, ale i o to co my dlań uczyniliśmy, aby choć w okruchu był czy stawał się światem choć trochę lepszym. W tym przedziwnym świecie, w którym wmawia się dziś egalitarnie prawie każdemu jego prawa w miejsce jego obowiązków oraz błękitną tożsamość w miejsce tożsamości realnej – tej z krwi i kości.

   A my w miejsce piękna i miłości otrzymujemy dziś artystów rodem z Emila Zoli zwielokrotnionych prześciganiem się w brudzie i stęchliźnie, w emanacji brzydotą, genitaliów na krzyżu i w myśl zawołania „wszystko już było”, ale takiego swawolnictwa to raczej jeszcze nie, zatem przełamujmy fale i tońmy. Orkiestra będzie wciąż grała. Nowy wspaniały świat zapuka do bram. Kolejnych Daisy von Ples coraz mniej. Ich miejsce zajmują lamparcice wszelakie oraz inne stworzenia duże i małe zazdroszczące zwierzętom ich wysublimowanych przyzwyczajeń i postaw.

   Wracając mocniej i głębiej do samej książki i jej percepcji możemy o niej przeczytać kilka słów w Zelowskiej Gazecie Kulturalnej Andrzeja Dębkowskiego:

„Daisy – błękitna tożsamość” to powieść o księżnej von Pless – ostatniej pani na zamku Książ i w Pszczynie. Książka powstała w oparciu o pamiętniki bohaterki oraz źródła historyczne dotyczące arystokracji europejskiej przełomu XIX i XX wieku. Oprócz walorów literackich, powieść zawiera sporą dawkę wiedzy na temat jednej z najbardziej znanych postaci okresu „belle epoque”. Chociaż świat książąt pszczyńskich zniknął już za symbolicznym horyzontem przeszłości, to jednak nie przestaje nas fascynować swoim blaskiem. Można się o tym przekonać z lektury książki.

Powieść została uhonorowana nagrodą Klemensa Janickiego (Ianiciusem) za wartości literackie i historyczne.”

   Warto też przytoczyć motto przyświecające całej twórczości Zbigniewa Niedźwiedzkiego Ravicza, a brzmiące następująco: „Nikomu nie wolno spojrzeć krzywdzie w oczy i spokojnie zasnąć”. I w świetle tej idei przywołać słowa Kaliny Izabeli Zioły:

   „Na Dolnym Śląsku, w Książu, znajduje się jeden z najpiękniejszych w Polsce zamków. Stara książęca rezydencja słynna jest nie tylko ze swej urody. Właśnie tam mieszkała na przełomie XIX i XX wieku słynna księżna Maria Teresa Oliwia Hochberg von Pless, zwana potocznie Daisy. Do dziś opowiada się tam legendy o pięknej i dobrej pani, która próbowała zmienić na lepsze życie swych poddanych.

(legendy te opowiada się również w Pszczynie, na Górnym Śląsku i tamtejszym, może już nie tak pięknym pałacu…)

Niedźwiecki Ravicz dzięki swej doskonale skonstruowanej powieści pozwala czytelnikowi przenieść się do czasów, gdy na zamku w Książu panowała piękna Daisy. Pozwala ją lepiej poznać i polubić. Tym, co wyróżnia tę książkę spośród innych biografii księżnej von Pless, jest położenie nacisku na jej życie osobiste, odsłonięcie jej uczuć i relacji z mężczyznami I choć jest to biografia, oparta o udokumentowane fakty,  zawiera wiele fragmentów fabularnych, nadających jej lekkości i potoczystości.  To książka, którą naprawdę warto przeczytać.”

   Ja z kolei poleciłbym naszym Czytelnikom lekturę wywiadu ze Zbigniewem Niedźwiedzkim Raviczem, który ukazał się już pięć lat temu (2016) na blogu o tematyce książkowej https://niebieskapapuzka.wordpress.com/

po rybnickim spotkaniu autora. Wywiad nosi tytuł: „Nie można spojrzeć krzywdzie w oczy i spokojnie zasnąć” – rozmowa ze Zbigniewem Niedźwieckim.

„Dlaczego nie pisze się o drapieżnym państwie, które stało się głównym ciemięzcą obywatela? Dlaczego nikt nie pisze o pysze i bezkarności urzędników państwowych? O zdemoralizowanym systemie sprawiedliwości? O bankach, które robią z ludzi niewolników? O wszechobecnej biedzie? Dlaczego?…

O kondycji polskiej literatury, siedzeniu na tyłku, wyjątkowych dedykacjach, uczuciach podczas pisania i Związku Literatów Polskich.

Całą rozmowę znajdziecie poniżej:

Ja ze swej strony chciałem niejako nawiązać do początku tego tekstu poprzez przywołanie tu kilku wypowiedzi Zbigniewa Niedźwiedzkiego Ravicza, z którym w pełni się zgadzam, a może nawet utożsamiam…:

ZNR: Wańkowicz nazwał wydawnictwa „punktami skupu kultury”. Sporo w tym prawdy. Wydawcy podchodzą do sztuki jak do towaru, komercyjnie – byleby sprzedać i zarobić. Mnie aż tak bardzo na tym nie zależy. Pisanie to dla mnie pasja. A poza tym aż tak bardzo nie zabiegam o popularność. Dzięki temu jestem wolny i niezależny. Nie muszę pełzać w imię tak zwanej poprawności – czyli starego łajna w nowym opakowaniu. Mogę pisać to, co naprawdę myślę. Na przykład, że „polski wymiar sprawiedliwości to prezerwatywa – wiadomo, kto sobie ją nakłada, na co i w jakim celu”. To dla mnie bardzo ważne, gdyż uzależnienie dla pisarza jest tym samym, czym ucięcie języka dla mówcy!

ZNR: Dlaczego nie ma powieściopisarzy, którzy podejmowaliby bolączki, jakie rzeczywiście trapią zwykłych Polaków? Na przykład dlaczego nie pisze się o drapieżnym państwie, które stało się głównym ciemięzcą obywatela? Dlaczego nikt nie pisze o pysze i bezkarności urzędników państwowych? O zdemoralizowanym systemie sprawiedliwości? O bankach, które robią z ludzi niewolników? O wszechobecnej biedzie? Dlaczego?… Chętnie pani odpowiem na te pytania: WSZYSTKO TO ZAPEWNE CZYNI SIĘ, ŻEBY NIE URĄGAĆ WOLNOŚCI SŁOWA!

– Z tego, co wiem, nie łatwo jest wyżyć z pisania. Dlaczego Pan został pisarzem?

ZNR: Na pewno nie po to, żeby być bogatym! Choć czasem spotykam ludzi, którzy wyobrażają sobie, że napiszą bestseller i będą z tego żyli na Wyspach Hula-Hula. Jedna z definicji słowa „pisarz” brzmi podobno: „płatny przewodnik po ruinach własnych złudzeń”. Ale ja nie mam takich złudzeń. Piszę głównie dlatego, żeby doświadczyć w wyobraźni tego, czego życie poskąpiło mi w realu. A to pomaga mi spojrzeć na rzeczywistość w sposób odkrywczy.

– Jest Pan Sekretarzem Dolnośląskiego Związku Literatów Polskich… jak rozpoczęła się Pana działalność w Związku i na czym ona polega?

ZNR: Związek Literatów Polskich, to instytucja z tradycjami sięgającymi czasów Stefana Żeromskiego. Aby być członkiem tego związku, trzeba spełniać określone wymagania. W przypadku prozaików powinno się mieć w swoim dorobku przynajmniej dwie wydane książki i przedstawić je do oceny komisji kwalifikacyjnej. Wówczas zbiera się to gremium i wydaje opinie na temat poziomu artystycznego nadesłanych prac. W ten oto sposób trafiłem do ZLP.

A czym się zajmuję jako sekretarz?… No, jak sama nazwa mówi, strzeżeniem sekretów! Więc… ani słowa więcej!…

   Szanowni Państwo. Sądzę, że wystarczająco dowiodłem Wam szlachectwa tego autora. To autor cichy, spokojny, stonowany, nie przepychający się na targowisku próżności, pierwszorzędny autor drugorzędny, za to pierwszorzędnej literatury, autor nietuzinkowy, inspirujący, bezdyskusyjnie zawsze wart lektury, a wciąż wydaje się autorem: nieznanym, oględnie mówiąc średnio rozpoznawalnym, żeby nie powiedzieć niszowym. Dlaczego? Czy tylko z powodów bytności świata „punktów skupu kultury” oraz „przewodników po ruinach własnych złudzeń”? Czy też może z powodu pewnej subtelnej krytyki teutońskich obyczajów zachodniej Europy, wobec której to my swego czasu byliśmy potęgą, a co najmniej nauczycielem? No cóż, nie odpowiem na te pytania i zostawię je z Wami.

   Ostatnio w kuluarach literackich słyszałem o dwóch historiach punktów zwrotnych w karierach literackich ludzi, którzy w swoim życiu postawili na literaturę, jako na sztukę, którą kochają i której poświęcili życie. Jedna to historia noblistki, druga owego już wspomnianego pisarskiego celebryty. W obydwu przypadkach niewiele brakowało, aby ci autorzy porzucili definitywnie swoje pisanie. Większość z nas wie dlaczego. To temat rzeka. Ostatecznie tak się nie stało, stało się inaczej. Im „się udało”. Co z tymi, którym się nie uda?

   Co wtedy z całokształtem polskiej kultury, literatury, sztuki? Czy ktoś się nad tym zastanawia? Czy kogoś to obchodzi? Czy ktoś w ogóle myśli tymi kategoriami? Tak. Oczywiście, że tak, tyle że ci, którzy tak myślą i rozmawiają o tym, nie mają dziś nic do powiedzenia. Ich głos jest niesłyszalny, wyciszany, zagłuszany, bądź też wreszcie przyjmowany obojętnym znudzeniem. Ich błękitna tożsamość drażni, ale i ściera się dziś z brukiem, nadrukiem, neonem i wyprawą w ruiny własnych złudzeń.

   Może dobre choćby i to….

Andrzej Walter

Zbigniew Niedźwiedzki Ravicz „Daisy – błękitna tożsamość” Tom II. Wydawnictwo KALINY. Wrocław 2020, oprawa miękka, stron 484, ISBN 978-83-63433-07-9

sklep internetowy:    www.ravicz.pl

Reklama

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko