Andrzej Walter – Książka dobrem kultury

1
465

   W ostatnim numerze naszego portalu opublikowano znakomity tekst (z wyrafinowanym podtekstem) Marka Wawrzkiewicza, którym zgrzeszył przed dziesięciu laty, a ów „podtekst” polegał na tym, że Marek napisał ten tekst jakby w podsumowaniu dwudziestolecia (tak zwanej) kapitalistycznej wolności oraz po „długiej rozmowie na  temat powołania redakcji Pisarze.pl.

   Tekst o „sytuacji pisarza i sytuacji książki” nie stracił w zasadzie nic na aktualności, a iście dosadny komentarz umieścił pod tym tekstem Andrzej Wołosewicz pisząc, że „Obawia się niestety, iż za kolejne 10 lat będzie można tekst Marka znowu publikować jako bardzo aktualny, o ile jeszcze jakaś rzeczywistość kulturo-podobna ocaleje“.

   Warto zauważyć, że dziś mówimy o trzydziestoleciu (tak zwanej) wolności i kapitalizmu w Polsce, zaś za lat dziesięć będzie to już czterdziestolecie, a osławiony PRL dożył raptem lat 45-ciu (z czego ostatnie dziesięć lat agonii było co najmniej specyficzne), zatem mamy blisko równoważnię totalnie odmiennych czasów i okresy niemal porównywalne. Z jednym, dosyć ważnym zastrzeżeniem, że w PRL niczego tak nie szanowano i nie pożądano jak książki, a w naszym czasie niczego tak spektakularnie nie zgnojono, zdeprecjonowano i zniszczono … jak książki właśnie…

   Cały tekst Marka oparty został na określanej finalnie tezie, że „kultura polska – od swego zarania – zawsze była kulturą literacką, ergo jej podstawowym nośnikiem była książka” oraz chyba jeszcze ważniejszej konkluzji: „Od kiedy pamiętam toczyła się w naszym kraju dyskusja na temat czy książka jest dobrem kultury, czy towarem. Nasze czasy definitywnie ten dylemat rozstrzygnęły. I to ma swoje konsekwencje.

   Wychodząc z tych założeń, z którymi się całkowicie zgadzam należy po stokroć podkreślić i poddać analizie pytanie w tym wszystkim wciąż i nadal najistotniejsze – czy książka jest dobrem kultury?.

   Pomimo owego definitywnego rozstrzygnięcia, czy wręcz ostatecznego rozwiązania kwestii książki i jej obecnej powszechnej funkcji towaropodobnej to właśnie w tym dylemacie upatrywałbym jądra ciemności. Jeśli bowiem owa książka tym dobrem kultury jednak nie jest, a wszystkie nasze rządy po roku 1989 udowadniały coraz silniej taką właśnie oryginalną odpowiedź, to ów tekst będzie aktualny i za pół wieku i możemy sobie do woli strzępić języki, a jeśli jednak książka tym dobrem kultury jest (czy ma być, choć to dla mnie wręcz oczywiste), to to, co zrobiły owe rządy (po kolei) przez trzydzieści lat to delikatnie rzecz podsumowując kryminał, a tak naprawdę nieznane w historii ludzkości barbarzyństwo świadczące o tym kto przez owe trzydzieści lat rwał się do tak zwanej władzy, bogactw i statusu elit.

   Pisałem już o tym wielokrotnie. Naszym podstawowym problemem jest nienazywanie rzeczy (i rzeczywistości) po imieniu. Tutaj postawmy wielokropek i dajmy czytelnikom możliwość wylania w skrytości sumień własnej żółci (sumy indywidualnych strat i upokorzeń) na ten i inne rządy oraz włodarzy i decydentów, którzy uczynili z kultury magiel, z książki niepotrzebny towar a z czytelnictwa marnowanie czasu…

(przy czym z pewnością nie mam na myśli współcześnie protestujących, których wiodącym hasłem jest wulgarne zawołanie do ludu – aby ktoś tam – najlepiej rząd – w sposób błyskawiczny …po prostu się oddalił)

   Opuszczając niejako tę dygresję chciałem zwrócić uwagę, że cztery ważne i ciekawe rozwiązania Markowego tekstu podane nam (a jakże) na tacy w finale Jego rozważań oparte są jakby podskórnie na niepoprawnej (jak to ujął konserwatywnej) i podświadomej wierze, że jednak ta teza o rozstrzygnięciu dyskusji na temat „czy książka jest dobrem kultury” …. nie jest wcale prawdziwa (dokonana), a książka (jako taka) w Jego mniemaniu tym dobrem kultury jednak jest (będzie i pozostanie !!!) pomimo dowodów na to, że stało się inaczej, a i Autor wciąż jednak wierzy w dobrą wolę „sił sprawczych”, które (wbrew swej naturze): przywrócą, powołają, wskrzeszą i ożywią nasze ukochane i martwe już dziecko zwane „dobrem kultury” (czytaj – książką). (Na temat poezji już nie wchodźmy, to dla niektórych za trudne)

   Otóż nie. Barbarzyńca pozostanie barbarzyńcą i swoim topornie uchwyconym kijem Wisły nie zawróci. Będzie się uśmiechał do kamer, czytał dzieciom w pięknie przystrojonych salach, pozorował troskę i pochylenie się nad wagą i znaczeniem czytelnictwa, edukacji w tym zakresie i wytworzenia mody na czytanie, a w duchu będzie miał to szczerze i głęboko w … poważaniu. Na takich metodach i w takim stylu po prostu się dziś wszędzie na świecie rządzi. Wciskając ludziom kit między oczy i uszy i grając przed kamerami wymuskanego i wszechwiedzącego, cudownego i dobrego ideała ideałów, władcę oświeconego i zasługującego na naszą wdzięczność, poparcie i poklask.. Komedia dell’arte dla łatwowiernych. Bez dalszego komentarza…

   Otóż jeszcze po trzecie – rok 2020 był rokiem zamknięcia kultury, twórców ze względu na pandemię od czynników zewnętrznych, obszarów jej działania.. Zamknięcia kin, teatrów, koncertów, wykładów, spotkań i konferencji, osadzenia w więzieniach naszych domów i mieszkań wszelkiej rozrywki oraz aktywności i wreszcie nieprzemyślanych rozwiązań stadnych, których skutki unicestwiły przyświecające im cele i nie pozostaną już bez echa, nie zanikną w próżni, nie zginą.

Zapada zasadnicze pytanie, czy urzędnicy ministerialni sprostali swoim zadaniom w tej trudnej sytuacji? I odpowiedź nasuwa się jedna – niestety nie! Był to rok oderwania się urzędnika ministerialnego od materii, którą zarządza, od twórców, artystów, wykonawców, ludzi sztuki, którzy w relacjach Minister – twórca napotkali na mur nie tyle obojętności, co kompletnej już izolacji od spraw, dla których to ministerstwo w ogóle zostało powołane. Widoczne też było coś dla ludzi środowiska sztuki oczywistego, ale widać nie dla ministra, co wyrażało się tym,  że ministerstwo nie rozróżnia do dziś: twórców, kompozytorów, reżyserów, pisarzy, poetów, ludzi kreujących jakiś produkt od artystów celebrytów – wykonawców, aktorów, słowem ludzi wdzięczących się do kamer od ludzi drugiego planu, którzy jednak stanowią później istotę i podwalinę całego show. To po cóż nam w ogóle takie ministerstwo? Organ, który nie za bardzo wie czym zarządza i jak to wszystko funkcjonuje, a rozsądne propozycje (choćby Bohdana Wrocławskiego o wspólnej pracy nad specjalną ustawą dla kultury, której główne tezy stworzymy my – twórcy) kwituje zwyczajowym milczeniem i obojętnością.

   Kultura jest jednak czymś ponad waszymi zamarzniętymi i stężałymi mózgami. Funkcjonuje niejako ponad waszą wyobraźnią, czy wręcz – powiedzmy otwarcie – jej brakiem. Niedoczekanie chyba nasze na tak proste rozwiązania jakie istnieją i funkcjonują w krajach zachodnich, gdzie od dawna już stosuje się zasadę własnej produkcji reklam, zasadę większościowego udziału własnej piosenki w przestrzeni radiowej czy choćby mądrego wspierania twórców rodzimych przed twórcami z importu. U nas wciąż wszystko wrzuca się do jednego worka i niech sobie „artyści” radzą… a czasem wręcz króluje bawoli zachwyt nad grajkiem zza wielkiej wody, tylko dlatego, że przybył zza tej wody. Ot, taka prowincjonalna przypadłość, wyrastająca z kompleksów, z pomniejszenia własnych wartości, ze wstydu przed samym sobą.

   Książka jako dobro kultury ma w tej hierarchii również swoje poczesne i …„poczytne” miejsce i ona też nie zginie. I jest tym dobrem kultury czy tego chcecie czy nie. Rynek może się rządzić swoimi prawami – taka jego natura, a sztuka, zawsze i od zawsze rządzi się i rządzić się będzie z kolei swoimi, odmiennymi prawami, których wyznacznikami są: atmosfera dziejów, duch tych dziejów i zapotrzebowanie społeczne, a my właśnie przeżywamy pewnego rodzaju przewartościowanie postaw i potrzeb, dążeń i wartości, marzeń i spełnień. Nie wiemy wszelako co z tego wyniknie, ale odnoszę wrażenie, że nieuchronnie zbliża się kres świata jaki znamy. To dla sztuki i dla książki jest zawsze jakaś szansa…

. Tekst Marka (a może jego przypomnienie) uzmysłowił mi, uzmysłowił nam, że … „jesteśmy w dupie, a do tego uprzytomnił, że parafrazując Kisiela – zaczęliśmy się nawet w tej dupie na swój sposób urządzać, a tu nagle jak nie huknęło, nie gruchnęło, jak nie walnęło z przytupem, jak nie zagrzmiało i … rozpadło się wszystko jak domek z kart, jak marna konstrukcja na wietrze. O, jaka piękna katastrofa… zawołałby Zorba naszych czasów.

   Zorbo, gdzie jesteś?

   Okazało się też, być może, że to szansa nie dla samej książki (jako dobra kultury), ale choćby tylko dla czytelnictwa jako jednej z najpiękniejszych metod spędzania wolnego czasu za pan brat z kształtowaniem i rozwojem wyobraźni, równoległych światów, podwójnie nasączonego życiem życia wewnętrznego i tak dalej i takie tam dyrdymały, w które uwierzy ten, który zechce (odważyć się na nadzieję)… i w to w ogóle uwierzyć.

  W takiej rzeczywistości książka przestanie być w ogóle potrzebna. Zastąpi ją „wirtualna rzeczywistość opowiedzianej historii” będąca rozrywkowym złudzeniem po entuzjastycznym udziale w procesie produkcji, rozstrzygniętym i dawkowanym ex cathedra przez kolejny mądry nie-rząd, który niebawem być może nadejdzie, i zacznie nami w skrócie zarządzać (znów doraźnie – z dnia na dzień) czego Państwu szczerze nie życzę… (choć patrząc na ten, być może każdy inny byłby lepszy) ale jak wiecie i zapewne wnioskujecie z tego niepoprawnego tekstu mnie chodzi o coś zupełnie innego.

   O wiarę w książkę, jako dobro kultury i wiarę w człowieka jako coś więcej niż realizację zawołania „w zdrowym ciele”

   Życzę Wam zatem miłych lektur oraz jakiegokolwiek ducha, byle był duchem

Reklama

1 KOMENTARZ

  1. Każdy głos w obronie kultury literackiej się liczy, więc dodam coś i ja. Patrząc na mapę Polski, widzimy wielkie obszary, gdzie nie dojedzie do odbiorców na co dzień ani teatr z Warszawy ani muzeum stamtąd, ale książka może dotrzeć wszędzie i zawsze. Telewizję tu pominę.
    Chodzi więc o to, aby do każdego, jak kiedyś pod strzechy, docierały wartościowe książki. Obecny rynek książki, oparty na zarabianiu na książce jest błędny. Nie wiem, czy ktoś się na tym bogaci, bo takich nie znam. Pewnie nieliczni. Tylko, czy dobra książka dociera do każdego?
    W zeszłym roku pewne wydawnictwo proponowało książkę z przeceny po 5 zł. Ale odbiorca, kupujący książkę w ciemno, bez jej obejrzenia, tylko z reklamową zachętą, musiał jeszcze pokryć cenę przesyłki: 15 zł. Kto na tym zyskuje? Tak, jakby
    nikt.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko